Страница 135 из 146
Książę Evorinth nic nie odpowiedział, tylko oczy złowróżbnie przymrużył. Był wściekły. Pół miasta kotłowało się z zajadłości na szczuraków, drugie pół piło na umór. Szpiedzy donosili mu, że kapłani od rana spotykali się cichaczem, najpierw radząc pospołu w wieży Nur Nemruta, później zaś knując skrycie po własnych świątyniach. Bogowie jedni wiedzieli, jakie plugastwa zdołali dotąd obmyślić. Cytadela też wrzała, jakby kto wsadził kij w gniazdo szerszeni. A Jasenka, tuż po tym, jak przysłała mu Marchię, zamknęła się w swojej komnacie i nie przyjmowała nikogo.
Spiski utkane tylko po to, by stały się osnową dla kolejnych spisków, pomyślał i znów zląkł się, jak wówczas, kiedy spoglądał na posłańców Wężymorda niespiesznie ciągnących poprzez błonia ku murom miasta. Kiedy wjechali w bramy Spirzchy, wydało mu się z nagła, że czuje na twarzy chłód jesie
Lecz wszystko zostało zaplanowane dawno temu. Zbyt dawno, by cokolwiek cofnąć, a ścieżka była wąska, bardzo wąska.
– Mój ród wiedzie się od Thornveiin – poprawił łagodnie. – Thornveiin, która zrodziła Vadiioneda i była ostatnią panią na Stopnicy. Jestem dziedzicznym władcą Kopie
Rząd przez niewiasty nie przechodzi – zgryźliwie rzekł Twardokęsek. – Przez niewiasty przechodzą tylko na zadek wrzody. Kopie
– Wielce zła krew.
Ciecierka zerwał ze ściany korbacz i zdzielił nim Twardokęska. Zbójcy pociemniało przed oczyma. Książę skrzywił się.
– Dziwna rzecz, lecz sądziłem dotąd, że to ja wydaję w tej izbie rozkazy – zakpił.
Lecz lodowate spojrzenie jego niebieskich oczu przeczyło żartobliwemu tonowi i Ciecierka nie wiedział nawet, kiedy się wycofał z przepraszającym ukłonem.
– Nie mniemałem, że przyjdzie nam rozprawiać o rodowodach – książę znów zwrócił się ku zbójcy – ale lepiej bacz na słowa. Znają tu twoje imię, Twardokęsek, aż za dobrze znają. Ni roku nie pomnę, bym nie słał zbrojnych na Przełęcz Zdechłej Krowy. No i mam cię wreszcie, Twardokęsek, w pętach, a dalej szczekasz.
Zbójca milczał, zerkając ukradkiem ku powroźnikom, którzy układali wiedźmę na szrobie. Niewiastka nieprzytomnie gapiła się wkoło wytrzeszczonymi ślepiami i nie bardzo chyba rozumiała, że ją sposobią do wyciągania. Nie, na wiedźmę Twardokęsek nie mógł liczyć.
– Trzeba się było, zbójco, Przełęczy trzymać, a nie ze zwierzołakami mataczyć – ciągnął pan Spichrzy.
– Nie mataczyłem – mruknął ponuro zbójca.
– Za głupca mnie bierzesz, Twardokęsek? – Książę prychnął. – Od Trwogi przybywasz. Znaczy się przez Góry Sowie, siedlisko szczuraków. I ty mi tu nie wmawiaj, że ci po dobroci przejazd dali. Alboś im już odpłacił, albo cię za przysługą jaką do Spichrzy przysłali.
Zbójca splunął ku safianowym butom księcia. Władca Spichrzy odsunął się o krok i uniósł brew, patrząc, jak plwocina opada na posadzkę, po czym skinął dłonią na kapłana w brunatnej szacie. Ciecierka uśmiechnął się złowieszczo i wymierzył Twardokęskowi kolejny cios kańczugiem.
– Waszej miłości zdałoby się do gości iść – wtrącił cicho kapłan Śniącego – a zbójcę tymczasem oprawcy nieco przysposobią. Wiedźma zaś, co wszyscy potwierdzą, władzy kościelnej powi
– Nasza miłość nie porzuci świątyni w owym obowiązku. Toż zamek i świątynia dwa państwa filary, nam się wspierać i umacniać należy – zadrwił książę, – A uczta i tak się nie rozpocznie, póki wasze świątobliwości w lochu. Widzisz, Twardokęsek – ciągnął swobodniejszym tonem – to już nie mordowanie po gościńcu, tylko polityka. Będzie przeto rozsądniej, jeśli wyjawisz, co wiesz, a ja zadbam, żeby ci szybko i akuratnie ścięli łeb…
Przerwało mu wycie wiedźmy, która ocknęła się wreszcie z odrętwienia. Powroźnicy co prędzej podkręcili sznury, aż niewiastka zaskowytala. Obdarta z przyodziewku wydawała się jeszcze chudsza. Żebra wystawały jej ze skóry jak rząd ościeni.
Książę dał znak, aby od niej odstąpiono, i pochylił się nad rozciągniętą na szrobie kobietą. Powroźnicy pospiesznie okładali ją liśćmi świniej wszy, by nikogo nie zauroczyła, i ciemiężycą, co od złego oka strzeże.
Wiedźma targnęła wykręconymi nad głową ramionami, stęknęła boleśnie.
– Poluzujcież – rozkazał książę. – Gadać musi.
Łysy powroźnik popuścił sznury. Bez zbytniego zapału.
– Wiesz, kim jestem? – spytał książę.
– Yhm – odparła skwapliwie. – A Twardokęsek głupi. Bo wy macie prawo nad Kopie
Książę Evorinth spopielał na twarzy.
– Milcz! – rzucił wstrząśnięty. – Starczy… po prostu starczy…
– Ja już oglądałam księcia – pochwaliła się wiedźma. – Nerinka.
Ale nie był dla mnie dobry. Trzymał w klatce, u powały, i bił, więc ogień uczyniłam i uciekłam od niego…
Jakby ona nie była głupia niedojda, pomyślał ze zdumieniem zbójca, rzekłby człek, że księcia straszy. Że leży na szrobie i się odgraża.
I widać nie tylko Twardokęskowi przyszło to do łba. Jeden z powroźników mimowiednie sięgnął ku naszyjnikowi z zeschniętych kostek nietoperza.
– No, no – mruknął do siebie książę. – Z gęby Nerinek zawsze mi się patrzył na idiotę, a tu proszę, wiedźmę do cytadeli przygarnął. I zapewne nie po to ją w klatce wieszał, aby zamiast kanarka śpiewała…
– Chyba wasza miłość sami pojmujecie – powiedział oschłym głosem kapłan Zird Zekruna – że lepiej mistrzów powroźnickich z wiedźmą zostawić. Niech swe rzemiosło czynią, bo ona w zabawach z ogniem dobrze wprawna i może się zła przygoda trafić.
Grymas wykrzywił gębę Twardokęska. Ano, pomyślał, strachajcie się. Dobrze rozumiecie, że jak się wiedźma odwinie, cala się wieża niczym purchawka rozpęknie.
– Pojmuję to jasno – książę się uśmiechnął – i aż serce we mnie zamiera, by wasze świątobliwości pod dachem moim nie ucierpiały.
– Jest powi
– A powi
– Yhm – przytaknęła. – Ogień w gospodzie zażegłam, szczuraków paliłam…
– Nie będziecie chyba słuchać wiedźmiego bełkotu, wasza miłość – zaprotestował kapłan Śniącego. – Od kaźni próbuje się wykpić.
Książę się zaśmiał.
– Wszak sam mnie, pacholę jeszcze niedorosłe, wasza świątobliwość nauczałeś, że wiedźma jest głupia i do knowań niezdatna. Czego ojciec mój, Ergurn Szalony, doświadczył, gdy pospołu z przeklętnicami naszykował spisek przeciwko świątyni. Tedy mówisz – zwrócił się ku kobiecie – że zwierzołaków paliłaś w gospodzie. A potem do Spichrzy ściągnęliście. Po cóż? Trzeba było w góry co prędzej umykać, nie między ludzi leźć.
Długą chwilę wpatrywała się w księcia bezmyślnymi niebieskimi oczami.
– Bo tędy jej droga idzie – rzekła wreszcie.
– Czyja?
– Jej. Oni wiedzą. – Kiwnęła głową na Krawęska i Ciecierkę. – Dlaczego ty nie wiesz?
Władca Spichrzy obrócił się ku kapłanom.
– Więc powiadacie wasze świątobliwości, że wiedźmy są głupie?
– spytał uszczypliwie.
– A po cóż ci wiedzieć? Nic ona od ciebie nie chce. Przechodzi tylko. Szuka. Nie możecie jej zostawić? – Niewiastka zapłakała nagle. – Nie pokryła jej woda, nie pochłonął ogień, czego jeszcze chcecie? Wy nią jako kukłą obracać nie będziecie… Bo już zgadywać poczyna, ku czemu ją posłano. Bo jej wszyscy o A
Powroźnicy cofnęli się, słysząc imię morderczyni bogów, które budziło lęk nawet w największych bluźniercach.
– Herezja! – wykrzyknął kapłan Śniącego. – To imię przeklęte i kamienie nagie obraża!