Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 121 из 146

Karczmarz nieśmiało zajrzał do pomieszczenia. W dłoni trzymał glinianą, pokrytą woskiem tabliczkę, na której rylcem wydrapano skomplikowane wyliczenie. I

Syn bankiera liczył więc w skupieniu, na chwilę pozostawiwszy kapłankę Zird Zekruna samej sobie, gospodarz zaś niespokojnie przestępował z nogi na nogę. Modlił się w duchu, aby jego połowica – leniwe, tłuste babsko, które nawet teraz, kiedy do oberży zawitało tylu gości, nie zwlokło zadka ze stołka w kuchni, by pomóc posługaczkom w głównej izbie – nie pomyliła się w rachunkach. Nacmierz nie grzeszył skąpstwem i dobrze ugoszczony potrafił czasem dodać do zapłaty pół srebrnego grosza – pod warunkiem wszelako, że się go nie próbowało oszukać. Ale dzisiaj trzeba o naddatku zapomnieć, pomyślał karczmarz, rzuciwszy spod obwisłych brwi spojrzenie na towarzyszkę chłopaka. W zbyt obszernej brunatnej szacie przypominała mu kuropatwę; zresztą miała coś ptasiego w ruchach, może płochliwość, z jaką odwracała głowę, by uniknąć patrzenia mu w oczy. Oj, nie pożywisz ty się na niej, chłopcze, rzekł sobie w duchu. A i ja przy tobie poposzczę.

Jednakże okazałby się kpem, nie zaś cenionym adeptem swej profesji, gdyby przynajmniej nie spróbował poprawić gościowi humoru i sięgnąć do jego sakiewki. Zagaił więc ostrożnie:

– A słyszeliście, mości Nacmierzu, co ludzie po targowiskach powiadają?

Chłopak pokręcił głową, nierad, że mu się przeszkadza. Gierasimka zerknęła nad jego ramieniem w rachunek, lecz zaraz odwróciła wzrok.

– Ano, szczuracy się jakoby ruszyli z Gór Sowich – ciągnął niezrażony oberżysta – i ponoć na Spichrze z wielką siłą idą.

Syn bankiera znów potrząsnął głową, jakby się oganiał od utrapionej muchy, i gospodarz z rozgoryczeniem skonstatował, że ani słucha, choć wieść była przecież świeża i bardzo smakowita. Na wszelki wypadek gadał dalej:

– Mówiła mi stara Gałkowa, co chleb do świątyni wozi, że się tam zeszło dzisiaj wielu kapłanów i to najprzeróżniejszych bóstw, ani chybi na naradę. Choć może z powodu święta ściągnęli, aby w przeddzień Żarów przed Nur Nemrutem się pokłonić.

– Nie – odezwała się niespodziewanie dziewczyna. – Żaden nie odda czci obcemu bogu. Lecz z pewnością nie spotkali się bez przyczyny.

Oberżysta popatrzył na nią zaskoczony, nie oczekiwał, że przemówi, zwłaszcza w podobnej rzeczy! Niewiasty powi

– Jakkolwiek było – rzekł w końcu z lekkim skrzywieniem, aby pokazać, że nie przywiązuje wagi do słów płochej niewiasty – to i tak nie kapłanom, lecz księciu naszemu Evorinthowi przyjdzie dać odpór plugastwu. A w cytadeli też zamęt, odkąd tam żalnickie poselstwo zjechało. Widziałem całkiem niedawno Marchię, żoniną siostrzenicę, co jest u Jasenki za pokojową, jak z miasta do cytadeli biegnie. A tak gnała, jakoby jej ktoś soli na ogon nasypał, ani się obejrzała, choćem za nią krzyczał. – I dodał z przyganą: – Ech, pustota dziewczyńska…

Umilkł, kiedy Nacmierz machnął na niego ze złością ręką. Chłopak, wyraźnie niezadowolony i bardziej rozkojarzony niż zwykle, mruczał pod nosem:

– Dwa półgęski po ćwierć halerza… polewki trzy kwarty za trzy czwartaki… Skalmierskiego dzbanek za trzy Skalmierskie półgrosze… co w książęcych groszach daje razem…

– Dwa i trzy czwarte grosza – poddała lekko dziewczyna. – Chyba że w tych nowo bitych, one z pośledniejszego kruszcu.

Obaj mężczyźni odwrócili się ku niej tak zdumieni, jakby stół z nagła przemówił ludzkim głosem.

Kapłanka z pochyloną głową wyskubywała drzazgę z krawędzi stołu, nieświadoma osłupienia, w jakie wprawiła oberżystę i Nacmierza. Zawsze prędzej od i

– Zgadza się – powiedział powoli Nacmierz. – Osobliwe, doprawdy.

Dziewczyna uniosła brew i spojrzała na niego podejrzliwie, jakby obawiała się szyderstwa. Ale nie. Chłopak wydawał się szczerze zaintrygowany. Oberżysta poczuł przypływ nadziei; być może ta brunatna kokoszka miała jakieś zalety i trud włożony w sporządzanie rachunków jeszcze mu się opłaci.

– Od razum zmiarkował, że panienka z zacnej bankierskiej familii – skomplementował ją gładko. – Dobrą krew każdy prędko rozpozna.

– Gdzie cię tego nauczono? – zapytał chłopak. – Obrachowałaś w myślach szybciej niż ja na tabliczce.

– Nigdzie – odparła obojętnie. – Po prostu tak potrafię.

– Jakimże sposobem tak szybko Kiercha znalazłaś? – Jasenka odłożyła inkrustowaną srebrem szczotkę do włosów.

W jej głosie brzmiał chłodny, wystudiowany spokój, lecz Marchia znała ją zbyt dobrze, by ulec złudzeniu.

– Nie spotkałam go – odparła szybko, po czym na jednym oddechu wyrzuciła z siebie: – Lecz mam dla was i

Faworyta odwróciła się ku niej jak atakujący wąż.

– Pewnaś?

Marchia wzięła głęboki oddech, jak pływak, który zaraz skoczy w kipiel. Przemknęło jej przez myśl, że jeśli Wyrwał z niej zakpił, jest już martwa.

– Tak, miłościwa pani – potwierdziła gładko.

– Czemuż zatem od rana do księcia nie wezwano żadnego gońca?

Nie stanowiło tajemnicy, że połowa pokojowców władcy Spichrzy donosiła jego kochance.

– Wiem tylko, pani – Marchia pochyliła głowę – że o poranku pochwycono wiedźmę, co ponoć zwierzołaków na nasze ziemie szczuła. Słudzy Nur Nemruta powiedli ją do Wiedźmiej Wieży… a był przy nich i jeden Pomorzec – dodała ciszej, nie potrafiła bowiem zgadnąć, jakie miejsce w planach Jasenki przeznaczono kapłanom Zird Zekruna. – Ale nowina już szerzy się między pospólstwem i po targowiskach ją powtarzają. Przed wieczorem pozna ją cała Spichrza.

– Ach tak… – powiedziała metresa. – Zatem to tak.

Przymknęła powieki, rozmasowała palcami skronie, po czym podniosła się powoli.

– Posil się! – rzuciła przez ramię. – Śniadanie jest na stole. Ja jeść nie będę.

Zdumiona Marchia wybełkotała niewyraźne podziękowanie. Książęca nałożnica odprawiła ją niedbałym gestem i wyszła na taras. Wsparła się mocno dłońmi o balustradę i przechyliła przez krawędź balkonu, licząc, że chłodny pora