Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 118 из 146

Siwowłosy oprawca udał, że nie rozumie pogróżki.

– Ano, wielebny Ciecierko, niełatwa rzecz pojedynczą niewiastę spośród takich tłumów wyłuskać. Ale ona wiodła skrzydłonia, a takowe bestie nawet we Spichrzy nieczęsto się ogląda. I dla tej przyczyny ją odkryliśmy. Nasz człek się zaklina, że na Jaskółczą Skałę poszła. A nie uwierzycie, dokąd. – Uśmiechnął się złośliwie. – Do nikogo i

Kapłan wymienił ze swym sługą znaczące spojrzenie. Nie wydawali się jednak szczególnie zdumieni.

– Zaiste, niezwykła to nowina – powiedział zausznik Zird Zekruna. – Wielcem wam zobowiązany, mistrzu Trucieju. Nie zamierzam wszelako dłużej waszej życzliwości nadużywać i od przypisanych zadań was odciągać. Własnych ludzi puszczę tropem tej niewiasty.

Zwierzchnik Wiedźmiej Wieży zwlekał chwilę, po czym, jako że nic więcej mu nie pozostało, z ociąganiem skłonił się na znak zgody.

– O wiedźmę i jej kompana miejcie dobre staranie – ciągnął Pomorzec. – Teraz i

– Wszak to plugastwo! – wyrwało się młodemu oprawcy, który niedawno wypytywał Morwę. – Jeszcze go jakim czarem omami, aby ją z lochów wypuścił…

Któryś z kamratów trącił go łokciem pod żebro tak mocno, że tamten zamarł z półotwartymi ustami. Ale kapłan już nastroszył się ze złości.

– Przełożony świątyni nakazał, byście mi byli pomocą – rzekł surowo. – Czyżbyście zamierzali okazać mu nieposłuszeństwo?

– Ani mowy o tym nie ma – zapewnił go z urazą mistrz Truciej. – Wszystko się odbędzie wedle słów jego wielebności Krawęska. Zapytuję jeno, co z nią uczynić? – wskazał na Morwę. – W lochu zawrzeć?

Sługa Zird Zekruna uśmiechnął się zimno.

– A po cóż? Mój pan lepszą dla niej zgotował nagrodę. – Zanim ladacznica zdążyła się choćby poruszyć, pochylił się nad nią i lodowato zimnym palcem dotknął jej czoła.

Wygięła się w łuk, piszcząc jak lis schwytany we wnyki, gdy coś z chrupotem rozpękło się w jej umyśle. Ciemność przesłoniła oczy. Słyszała, że z ust dobywają się jej jakieś słowa, pospieszne, rozgorączkowane, lecz było tak, jak gdyby wypowiadał je ktoś zupełnie i

– Trafnie ci wiedźma niecnota przepowiedziała przyszłość – rzekł ktoś, chyba ów przyodziany na brązowo pomocnik Pomorca.

Nikt mu nie odpowiedział. Ból tymczasem rozrastał się, coraz głębiej zapuszczał korzenie w skórze Morwy, przenikał w głąb czaszki. Wreszcie z ogromnej odległości dobiegł ją głos pomorckiego kapłana:

– Wyrzućcie stąd to ścierwo.

ROZDZIAŁ 22

Coś się zmieniło z chwilą, gdy Gierasimka wypowiedziała swoje imię. Dziwne, bo przecież mogła skłamać. Wręcz powi

Gospodarz z uszanowaniem powiódł ich do małego alkierza, gdzie podejmowano szczególnie dostojnych gości. Jego karczma cieszyła się całkiem zacną reputacją, zatem o tej porze tylko kilka dziwek, zresztą wcale urodziwych i schludnych, czyhało na cudzoziemców. Akurat trafiło im się paru najemników o długich brodach, północnym zwyczajem splecionych w warkocze. Wyglądali na Zwajców, a złożone w grzeczną stertkę topory wzbudzały szacunek. Gierasimka rozszerzonymi ze zdumienia oczami patrzyła, jak ze śmiechem obściskują ladacznice i wrzucają srebrne monetki w ich głębokie dekolty. Oni również ją spostrzegli i wszelkie chichoty przy długim stole zamarły jak ucięte nożem. Dopiero po chwili wielki, pleczysty chłop o czarnej czuprynie wypowiedział do towarzyszy kilka przyciszonych słów i wojownicy z północy powrócili do żłopania piwa i obmacywania dziewuch. Jednakże w ich ruchach pojawiła się jakaś ostrożność i Nacmierz wiedział, że dobry nastrój w głównej izbie bezpowrotnie prysnął.

Kiedy wreszcie drzwi alkierza zostały zamknięte, z ulgą zamówił ciemną polewkę z serem, pomidory duszone w oliwie i plastry wędzonego mięsiwa na początek. Gierasimka potwierdziła jego wybór lekkim skinieniem głowy, po czym zaczęła skubać chleb, który postawił przed nimi oberżysta. Jadła stara

– Ci ludzie w głównej izbie… – odezwał się ostrożnie, kiedy uporali się już z polewką i zjedli po porcji mięsiwa. – Dlaczego się was przestraszyli?

Obracała w palcach pucharek z winem, którego bynajmniej jej nie skąpił.

– Dlatego, że rozpoznali, iż jestem kapłanką Zird Zekruna – odparła po chwili beznamiętnie.

Spokój, z jakim to powiedziała, przeraził go mocniej niż wyznanie.

– Czyż nie powi

Bezwiednie zwrócił się do niej w poufały sposób, zwykle zarezerwowany dla sióstr, kuzynek i kochanek.

– Być może – zgodziła się, wciąż nieporuszona. – Skąd jednak mam wiedzieć, czy nie wytropiłeś mnie z rozkazu mojego pana?

Podejrzenie, że miałby służyć Zird Zekrunowi, ubodło go do żywego.

– To jakiś żart? – zapytał słabo. – Pigża cię wynajął, żebyś zrobiła ze mnie głupca?

Pigża, syn złotnika, mieszkał przy tej samej ulicy co Nacmierz. Ich ojcowie nie tylko zasiadali pospołu w radzie miejskiej, ale i darzyli się szczerą sympatią, zatem chłopcy znali się od dziecka. Odkąd czteroletni Nacmierz namówił trzyletniego Pigżę, żeby zapędzili trzy świnie, wałęsające się pod podwórzu, do złotniczego warsztatu, nie ustawali w płataniu sobie psikusów. A namówienie karczemnej dziewki albo nawet komediantki, żeby odegrała kapłankę, nie nastręczało żadnej trudności, zwłaszcza dla młodzieńca, którego ojciec był jednym z najbogatszych rzemieślników w Spichrzy.

Jednakże zamiast się tłumaczyć, brązowooka dziewczyna rozsupłała troczki zbierające dekolt sukni, i bez słowa zsunęła ją z ramienia. Widniało na nim brzydkie znamię. Nacmierz w oszołomieniu rozpoznał znak Zird Zekruna, wycięty nożem na skórze i zapuszczony brunatną farbą. Cofnął się, nieomal przewracając krzesło. Pomorckich kapłanów nieczęsto oglądano na ulicach Spichrzy, choć tak jak i

– Czy to skalne robaki?

Ze zdumieniem zobaczył, jak jej twarz odmienia się w uśmiechu, oczy połyskują, a rysy nabierają wdzięku.

– Nie – odparła z rozbawieniem, zawiązując troczki sukni. – Nie marnuje się ich dla takich, jak ja.

– Cóż zatem robisz w mieście? – nalegał, coraz bardziej zdeterminowany, by rozwikłać tę osobliwą zagadkę.

– Tego ci nie powiem. – Znów się uśmiechnęła. – Lepiej, żebyś nie wiedział.

Marchia zbiegała książęcym traktem do miasta z takim pośpiechem, jakby sama A