Страница 10 из 146
– Mnie szukasz! – żachnął się. – Wszyscy mnie szukacie!
Przybysz potrząsnął głową.
– Nie zdaje mi się. – W jego słowach pojawił się cień rozbawienia. – Chyba że masz wiadomość o Eweinrenie. Pan pałacu powinien o nim słyszeć, tak sądzę.
– Ktoś cię musiał straszliwie zwieść, norhemnie, bom w życiu o nim nie słyszał. – Dri deonem splunął na wyschnięte kamienie. – Trzeba ci było, biedaku, we własnym chlewie leżeć, a nie w miasto iść. Bo w mieściech, norhemnie, ludzie złe a niegodziwe, chętnie z obcego zakpią i na niebezpieczeństwo go wystawią. No, ale jakeś tu przylazł, za późno zmykać – dodał, dobywszy długiego, oburęcznego szarszuna.
Skrzydłoń zasyczał wściekle. Położył po sobie zakończone czarnymi miotełkami uszy, wyprężył się i wyciągnął w przód szyję, aż się ludzie poczęli cofać z przestrachem.
– Nadobne żywiszcze! – Stojący obok Twardokęska nosiwoda mlasnął z zachwytu.
– Nie będę z tobą walczyć – oznajmił dziki. – Nie znam cię, człowieku.
W tłumie odezwały się pogardliwe okrzyki. Ktoś cisnął na środek placu obgryzioną skórkę dyni.
– Też mi rzeźnik… – wycedził przez zęby strażnik.
Nie dokończył jednak, bo dri deonem z wrzaskiem runął na przybysza. Wszyscy wyciągnęli szyje, by nie uronić ani chwili z mającego nastąpić widowiska.
Norhemne odskoczył zwi
Na razie jednak ludzie niecierpliwili się opieszałością barbarzyńcy.
– Czego czekasz?! – ryczał nosiwoda, a jakaś babina w pasiastym fartuchu wtórowała mu, wykrzykując osobliwe plugawe przekleństwa o rodzicielce norhemna.
Dri deonem doszedł już do siebie. Zmierzył przeciwnika mętnym spojrzeniem, znów uniósł miecz i ruszył do ataku. Kiedy znalazł się tużtuż, dziki szybko sięgnął do pasa i kochanek bogini zwalił się na bruk. W jego czole tkwiła niewielka metalowa gwiazdka.
Traganka miała nowego dri deonema.
– Oszustwo! – wrzasnął usadowiony na podstawie kolumny chłopak w pstrokatym kubraku. – Wszak to nie walka, jeno czyste oszukaństwo było!
Odpowiedział mu pełen zawodu poszum tłumu, ludzie oczekiwali bowiem dłuższego widowiska.
– Kijami takiego tłuc, nie na górę do bogini prowadzić! – rozdarła się tęga niewiasta w żółtej sukni. – Sztuczką podłą, nie orężem zwyciężył!
– Przeniewierstwo plugawe! – podchwycono skwapliwie. – Ogniem mu sprawiedliwość uczynić!
Nosiwoda złapał pustą już butelkę po porzeczkowym winie, zgrabnie odbił denko o trzon kolumny i jął wywijać w powietrzu owym naprędce sprawionym orężem. Nie bacząc na rozpaczliwe ujadania przekupek, w mig połamano na pałki dwa stragany z wizerunkami Morowej Pa
Twardokęsek uśmiechnął się szeroko na widok zamieszania. Oto nadchodziła chwila, której od dawna wyglądał. Był nawet skło
Wtem potężne wierzeje pałacu rozwarły się i stanęło w nich kilku kapłanów. Świąty
– No, my już pójdziem, Twardokęsek – postanowił starszy strażnik. – Gracko się uwinęli, nie?
– Ano – przytaknął zgodnie drugi. – Żadnej rozrywki człowiek nie miał, psiakrew. Ale przecież mówiłem, norhemni to straszne rzeźniki.
Barbarzyńca, nie przeczuwając zupełnie, jak bardzo odmieniło się właśnie jego życie, niespiesznie czyścił metalową gwiazdkę o koszulę martwego władcy. Przy wejściu do pałacu zamiatacz ulic czekał już, by uprzątnąć ścierwo; Traganka przywykła do nagłych zmian oblubieńców bogini i nie czyniono z tego większej ceremonii. Zabawa miała wybuchnąć dopiero wieczorem, kiedy nowy wybraniec Fei Flisyon wstąpi na Białogórę, aby się pokłonić swej pani, a kapłańscy słudzy napełnią winem fonta
At, jeden będzie świętować z białą boginią u boku, pomyślał zawistnie zbójca, a drugiemu przed zmierzchem kruk oczy wykolę.
– Nie ociągaj się, Twardokęsek! – Szarpnięcie łańcucha zakończyło jego filozofowanie. – Jak się spóźnim do wieży na obiad, sam flaki ci wypruję jeszcze przed kaźnią.
Zbójca zwłóczył jednak i popatrywał ciekawie na norhemna. Nawet przepchnął się ku niemu kilka kroków, licząc, że strażnicy, jak on zaintrygowani, nie wprowadzą swych gróźb w czyn. Dri deonem podszedł do wierzchowca, przestraszonego napierającym zewsząd tłumem, wypowiedział kilka słów przyciszonym głosem i uspokajająco położył zwierzęciu rękę na karku. Ku irytacji Twardokęska nie wydawał się zbytnio zakłopotany ani walką z dri deonemem, ani późniejszym zamieszaniem. Najwyraźniej zamierzał odczekać, póki na placu nie rozluźni się nieco, i oddalić się do swoich spraw. Jego bezczelność aż zapierała dech w piersiach. Albo, pomyślał zbójca, on naprawdę nie pojmuje, co zaszło.
Słudzy świątyni niechybnie doszli do równie niepokojących wniosków, bo jeden z nich wysunął się naprzód i pociągnął przybysza za skraj kubraka.
– Panie, zda ci się teraz oporządzić, nim przed zachodem słońca wstąpisz na stok góry.
– Po co? – zdziwił się norhemne. – Czasu nie mam, by zbaczać z drogi.
Kapłan aż się zachłysnął na myśl o teologicznych skutkach niefrasobliwości barbarzyńcy. Twardokęsek poczuł, jak w gardle wzbiera mu niepohamowany śmiech. Był tak rozbawiony, że się odezwał, czego srodze miał w przyszłości żałować.
– Właśnieś został wybrańcem miejscowej bogini – objaśnił nie bez zgryźliwości. – Póki ktoś i
Barbarzyńca z niedowierzaniem spojrzał na martwego dri deonema, po czym wyrzucił z siebie kilka niezrozumiałych słów, niewątpliwie przekleństw. Zaraz jednak przeniósł wzrok na zbójcę, a jego oczy, widoczne w fałdach zawoju, zwęziły się w dwie szparki, gdy rozpoznał tego, co go na pewną śmierć wystawił.
– W żadnym razie – oznajmił twardo kapłanowi. Następnie wydarł struchlałemu strażnikowi łańcuch, krzepko ujął go w połowie, owinął wokół ramienia i zwisającym końcem raz a potężnie zbójcę uderzył. – To w podzięce za wskazanie drogi, ścierwojadzie.
Twardokęsek zaskowytał, kiedy ogniwa łańcucha przeorały mu czoło. Sądził, że norhemne dosiądzie po prostu skrzydlonia i odleci, wzgardziwszy wdziękami bogini i dostatkiem w baśniowym pałacu. Ten jednak zwlekał i zbójcy zaświtało w głowie, że może bardziej niż odzyskać wolność dzikus zapragnie wywrzeć zemstę na człeku, który posłał go w śmiertelną pułapkę. Servenedyjki nauczyły go, że południowe plemiona nie traktują lekko zniewag.
Gapie tymczasem wiwatowali donośnie, szczęśliwi, że wreszcie dzieje się coś ciekawego.
– Dosyć! – rozległ się gromki głos Mierosza, najwyższego kapłana Fei Flisyon.
W przeciwieństwie do konfratrów nie wydawał się zbytnio zaniepokojony, może dlatego, że za jego plecami stało sześciu jasnoskórych niewolników o rysach ludu Sinoborza, mierząc z łuków w barbarzyńcę. Na czołach nosili piętna z rodzaju tych, które wypala się na targowiskach u podnóża Hałuńskiej Góry, zbójca więc zgadł od razu, że Zird Zekrun dotknął ich karzącą lewą dłonią o sześciu palcach i doszczętnie wypalił im rozum, aby służyli swemu panu ślepo i bez cienia własnej woli.