Страница 97 из 134
– Był wtedy w przybytku – odezwała się księżniczka.
– Bad Bidmone często przywoływała go do siebie. Miał być kniaziem, dotykał Sorgo i rozmawiał z boginią. Zazdrościłam mu z całego serca.
– Nie było czego – brwi mateczki zbiegły się w grubą kreskę. – Bo na koniec właśnie tych dwoje stanęło wówczas na drodze Zird Zekruna. Dziecko i miecz.
– Gdyby zdołał go powstrzymać, Wężymord nie nosiłby żelaznej korony.
– Myśl, dziewczyno! – syknęła przez zaciśnięte zęby przeorysza. – Twój brat wyszedł żywy z kąciny Bad Bidmone z mieczem kniaziów na plecach. I cokolwiek zobaczyłaś w wieży Nur Nemruta, dziecko – dodała łagodniej – widok umierającej bogini napiętnował twojego brata znacznie dotkliwiej. Myślę, że właśnie dlatego Zird Zekrun nie przestał go tropić przez te wszystkie lata. Nie z powodu tronu Żalników, ale dlatego, że oglądał śmierć bogini.
Księżniczka ze świstem wciągnęła powietrze.
– Czy Koźlarz? – przemówiła z trudem. – Czy on… się zmienił?
– Nie wiem – mateczka potrząsnęła głową. – Nie wiem, czy rozumiesz, księżniczko: podobna rzecz nigdy wcześniej nie zdarzyła się w Krainach Wewnętrznego Morza.
Nie powiedział mi, pomyślała, czując, jak ogarnia ją dziwne odrętwienie. Nawet nie zająknął się, co naprawdę zdarzyło się w rdestnickim przybytku. Wiedział, jak bardzo okaleczył mnie pan Pomortu i bez słowa odesłał mnie z powrotem na dwór Wężymorda. Bez słowa…
– Dlaczego mi to wszystko mówisz, matko? Opatka zawahała się nieznacznie.
– Ponieważ przed świtem do opactwa przybędzie Wężymord – wyjaśniła wreszcie.
Ręce Zarzyczki drgnęły jak dwoje obcych, spłoszonych zwierząt. Więc to już, pomyślała ze strachem, już teraz. W samo Święto Kwiatów, nim przebrzmią do końca pieśni. Tak, Wężymord mógł wiedzieć o ceremonii ku czci bogini i z rozmysłem przybyć dzisiejszej nocy, abym dokładnie poznała różnicę pomiędzy marzeniem i światem, w którym włada Zird Zekrun.
Powoli podniosła się, machinalnie wygładziła suknię.
– Księżniczko… – zaczęła opatka.
– Chcę zostać sama, matko – odezwała się schrypniętym, martwym głosem. – Jutro wyjadę do Uścieży, ale teraz zostawcie mnie, proszę, samą.
– Przestań! – rzuciła ostro przeorysza. – Czy nie pojmujesz, że to, co ci uczyniono, jest w równym stopniu pułapką zastawianą na Wężymorda? Czy naprawdę nie pojmujesz, że żadne z nas nie może sobie pozwolić na litość…? – uczyniła urwany gest, jakby chciała ją zatrzymać w komnacie, która kiedyś, bardzo krótko, była celą Thornveiin, lecz zaraz przycisnęła ramiona do wyschniętej piersi.
Było prawie ciemno i raz po raz potykała się na schodach wiodących do różanego ogrodu, lecz drogę znała na pamięć i bez trudu odnalazła ławeczkę z białego kamienia. Nie potrafiła powiedzieć, jak długo siedziała z rękoma grzecznie złożonymi na podołku i ściągniętymi łopatkami, jakby przypatrywało się jej całe uścieskie kolegium Zird Zekruna. Z dołu wciąż dobiegały pieśni dziękczy
Kiedy mury opactwa zaczęły na nowo majaczyć w pora
Ptaki zaczynały już śpiewać.
Wężymord przystanął o krok za nią i nie zapytał o nic. Ostatecznie, znali się bardzo dobrze, lepiej niż ktokolwiek i
– Zarzyczko? – powiedział wreszcie bardzo cicho.
– Zraniłam się – odparła niemal niesłyszalnie. – Cierniem róży.
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Popasali pod gołym niebem. W każdej gospodzie kupa waszmościów próżniaczy, piwo żłopie, dziewki maca, tłumaczył podstarości, i wygląda burdy. Zobaczą, że więźnia wiozę, wnet się krew poleje, a nie wiedzieć czyja. Nadto karczmy tutaj liche, piwsko podłe, a na posłaniu więcej robactwa niźli u was włosów w brodzie.
Twardokęsek w duchu przytaknął mu skwapliwie. Niech się trafi człek bystrzejszy niźli nasz podstarości, a w try miga rozpozna Zwajców i to wielkie Koźlarzowe mieczysko. Dziw nieopisany, że nas władyka nie wybadał. Nie wybadał albo rzecz z umysłu tai, poprawił się w myślach. Bo niepodobna, aby gęby Koźlarza nie widział, skoro nawet w Górach Żmijowych jego wizerunki po gospodach hojnie porozwieszane.
Na koniec rozsiedli się na dnie porośniętego rzadką trawą jaru. Z kompanii nie wyłączono nawet Bogorii, któremu władyka rozwiązał więzy pod szlacheckim słowem honoru, że nie popróbuje ucieczki. Pachołkowie trzymali straż wokół obozowiska – i stosowny dystans, toteż gwarzono swobodnie, bez strachu.
– Wiecie, że ledwo co orszak żalnickiej księżniczki tędy przeciągnął? – zagadnął podstarości. – Raźno konie popędzali, jakby ich co goniło.
– Widzieliście księżniczkę? – Wiedźma poruszyła się niespokojnie na pieńku zaścielonym kraciastym kocem. – W jakim zdrowiu?
– Nie widziałem – władyka nabrał z kociołka kolejną łyżkę gulaszu – bo przylgnęła w klasztorze naszej świątobliwej mateczki. Cud prawdziwy, że ją pomorckie kapłaństwo ostawiło w pokoju.
– Oj, nie uraduje podobna samowola Wężymorda! – zaśmiał się Bogoria. – Nie darmo tyle lat trzymał ją przy sobie. A tu, patrzajcie, wyfrunęła ptaszka przy pierwszej sposobności!
– Będzie zamieszanie – podstarości z lubością wciągnął w nozdrza zapach potrawy. – Na nas się pewnie skrupi, na pospolitakach. Jeszcze my przez ciebie, Bogoria, wszyscy damy gardło. Bo żeś nie miał kiedy, durny, żmijowej harfy kraść, jeno właśnie wtedy, jak księżniczka w opactwie siedzi.
– Czego się lękacie? – Karzeł dłubał paznokciem w zębach. – Dacie harfę staroście, niech się sam kłopocze.
– Starosta odeśle ją do Uścieży, co jest rzecz niegodziwa i być nie może – oznajmił z mocą podstarości. – Toć to nie kawał martwego drewna baranimi kiszkami przewleczonego, jeno znacznie więcej.
– Od razum wam, szwagrze, mówił! – ryknął Bogoria. – Aleście tylko o staroście gadali. O musie, rozkazach i inszych durnotach. Własną matkę byście sprzedali Pomorcom za tuzin groszaków, ścierwojedzie!
– Milczcie, Bogoria – ofuknął go podstarości. – Widzicie, panienko – odwrócił się ku Szarce – jakeście w karczmie zagrali na żmijowej harfie, to mnie tak we wątpiach targnęło, całą garścią. Powiedzcie, panienko, jakim sposobem grać na niej potraficie?
– Nie wiem – Szarka odwróciła wzrok.
Siedziała obok władyki, który bardzo szczodrobliwie polewał jej do kubka skalmierskie wino. Pomiędzy nimi, na skórzanej derce, leżał kufer ze żmijową harfą. Z rzadka, kiedy płomienie strzeliły wyżej, zbójca widział, jak palce Szarki mimowolnie gładzą skrzynię. Nie sądził, by o tym wiedziała, lecz podstarości z pewnością spostrzegł, że żmijowa harfa przyciąga rudowłosą, niczym ogień ćmy.
– Bo, widzicie, panienko – Bogoria podrapał się po głowie – ja żem próbował grać i mnisi próbowali, jakem leżał w chlewiku. Nikt nie wydolił wydobyć ni jednego dźwięku.
– Co nie jest żadna nowina – wtrącił cierpko karzeł, który nie został dopuszczony do skalmierskiego trunku, toteż popadł we wredny nastrój – bo na niej tylko żmijo – wie grali. A kiedy żmijów nie stało, oniemiała harfa do cna.
– Słyszeliśmy bywszego wieczoru, jak oniemiała! – prychnął Bogoria. – Starczyło, żeście, panienko, palcami po strunach przesunęli. Tedy pytamy grzecznie, dlaczego. Bo może wyście, panienko, nie zwyczajna śmiertelniczka, co z chorą krewniaczką pielgrzymowała do klasztoru o uzdrowienie prosić, ale zgoła i