Страница 53 из 134
ROZDZIAŁ ÓSMY
Strażnicy nie ośmielili się jej zatrzymać. Książę na mnie czeka, powiedziała, a pod płaszczem miała jedynie lnianą, spodnią suknię. Bose stopy. Nie znali co prawda jej twarzy, ale we fraucymerze księżnej Egre
Książę wciąż stał przy oknie, przypatrując się pożarowi miasta. Nie, nie zdziwił go widok córki Suchywilka – o ile istotnie była jego córką. Nazbyt dobrze znał pogłoski o dri deonemach, by dziwić się czemukolwiek. Może właśnie dlatego ze wszystkich ludzi, którzy zjechali na spichrzańskie Żary, służebniczka Fei Flisyon niepokoiła go najbardziej. Pozostałych potrafił choć w części zrozumieć. Nawet kapłanów Zird Zekruna, którzy, jak mu się zdawało, nader srogo zawiedli się tej nocy w rachubach. Rudowłosa niewiasta w obręczy dri deonema wymykała się jego pojmowaniu.
– Pani – nieznacznie skinął głową, kiedy podeszła bliżej. – Co was do mnie sprowadza, pani, w tę jakże osobliwą noc?
Wiedział już, że Zwajcy odnaleźli ją w ruinach wieży Śniącego. Żywą. Jednak kiedy stanęła obok w białej sukni, a jej twarz była jasna, niemal przezroczysta, wydało mu się, że tak właśnie musi wyglądać A
Jednak córka Suchywilka była niezawodnie śmiertelna. Jej ręka drżała, kiedy odgarnęła włosy z twarzy. Krwawiła, w wycięciu sukni dostrzegał wyraźnie ledwo przyschniętą rankę. Widział też, że jest wyczerpana do granic możliwości.
A jednocześnie, pomyślał, jednocześnie bogowie potrafią nas omamić na wiele sposobów.
– Nie jestem pewna – powiedziała jakby ze zdziwieniem Zwajka. – Naprawdę. Wiedźmie przepowiednie, spiski, powalona wieża boga, nie potrafię wszystkiego ogarnąć. Jakbym zatraciła się w dusznym koszmarze.
– Tedy jest nas dwoje.
– Nie – potrząsnęła głową. – Mylicie się, książę. Wierzę, że moglibyście mnie w wielu rzeczach objaśnić i wdzięczna będę, jeśli zechcecie. Ale nie jest nas dwoje w żadnej z nich. I cokolwiek postanowicie w tej materii, to bez znaczenia i nic nie zmieni.
Książę Evorinth uniósł brew. Mógł ją odesłać do Wiedźmiej Wieży za przewiny dotkliwsze niż ubliżanie panu Spichrzy. Przywędrowała z wiedźmą tej samej nocy, kiedy w Trątniowcu i Cierzynie mordowano jego poddanych, i szła od strony Gór Sowich, odwiecznego zwierzołackiego siedliska. Nie potrzebował dowodów. Nie potrzebował nawet sądu. Starczyło rozpuścić wieści wśród rozszalałego motłochu. Herezja i bluźnierstwo, pomyślał. Dość, by uwięzić ją w ciemnicy głębszej niż lochy pod Wiedźmią Wieżą. Tak głębokiej, że Suchywilk nie zdoła jej odnaleźć.
Będzie czas, pomyślał. Nie raz wydawał ludzi katu: nie darmo w Górach Żmijowych nazywano go Wieszacielem. Jednak wbrew temu, co powtarzano ze sprośnym rechotem w spichrzańskich oberżach, nie znajdował uciechy w przypatrywaniu się torturowanym niewiastom ani przyozdabianiu dusielnic ścierwem zbiegłego chłopstwa. Podpisywał pergaminy. Przyjmował petycje. Sprawował sądy. Lecz po jego prawicy nieodmie
Malowany książę, pomyślał. Straszak dla pospólstwa, Wieszaciel z przyprawionymi rogami karnawałowego diaska.
Aż do dzisiejszego poranka. Obudził go błazen. Nie pokojowiec, jak to zwykle bywało, nie matka, która często wpadała z krzykiem do książęcych komnat, kiedy coś szło nie po jej myśli. Szydło pojawił się w drzwiach sypialni, jakby zmalały i jeszcze bardziej skurczony niż zwykle. I starszy. Dziwna rzecz, pomyślał książę, widzi się posturę, garb albo pokręcone kończyny, ale nie dostrzega wieku owych monstrów, które czepiają się dworskiej klamki. Jednak nie miał czasu na dalsze rozmyślania. „Pani Jasenka – powiedział karzeł – chodźcie szybko, wasza wysokość, pani Jasenka…”
To nigdy nie była jedna z tych rzeczy, o których śpiewali pieśniarze. Jasenka za mało znaczyła we fraucymerze, by księżna Egre
Nie mógł wybrać doradców ani odprawić opiekunów, więc samowolnie wziął kochankę: bardzo żałosna granica możliwości dla kogoś, kto powinien być władcą Spichrzy. Wiedział, że było w tym wiele uporu, nic nie znaczącej wściekłości i rozgoryczenia. Lecz nigdy nie było miłości.
– Wierzcie, że nie próbuję was obrazić. I jestem zbyt zmęczona, by wysłuchiwać obelg – Szarka uśmiechnęła się bladym uśmiechem, który nie sięgał oczu. – Ale jest między nami różnica, książę. Bo w wieży Śniącego zobaczyłam wyraźnie moją przyszłość splątaną nierozdzielnie z przyszłością Krain Wewnętrznego Morza. Nie ma w tym mojej winy, książę, ani mojego wyboru. Jedynie drwina bogów, którzy ciskają nam w twarz nasze pragnienia.
Zaskoczyła go. Znużeniem, z jakim oparła głowę o framugę okna. Niezrozumiałym smutkiem w głosie, który sprawiał, że jej słowa brzmiały niemal jak prośba.
I zaraz znienacka przyszło otrzeźwienie: to nie była słaba niewiasta, zaś słabość przeważnie bywa pułapką. Księżna Egre
Wet za wet, pomyślał. Matka i Jasenka, które tak długo walczyły ze sobą jak psy nad padliną. Jedna martwa, druga skazana na wygnanie. Ale w tym także nie było żadnej z tych rzeczy, o których śpiewano pieśni. Jedynie daremna, bezowocna wściekłość, którą przykrył obraz płonącego miasta.
– Czy zechcecie mi o tym opowiedzieć, pani? – spytał ostrożnie. – O tym, co zobaczyliście w wieży Śniącego. I o waszych pragnieniach.
Pozwoliła poprowadzić się do wysokiego krzesła, bez słowa przyjęła kielich z winem. Piła powoli, przymrużonymi oczami wpatrując się w pomalowane na rdzawo ściany.
– Moje pragnienia… – powtórzyła martwym głosem. – Książę, przeszłam daleką drogą z powodu moich pragnień. Dalszą, niż potrafisz zrozumieć. To mnie w jakiś sposób chroniło, z początku. Ponieważ byłam obca w Krainach Wewnętrznego Morza, a ci, którzy stawali mi na drodze, nie należeli do mnie. Jedynie wiedźma… – zawahała się. – Wiedźma odnalazła nas przy przełęczy Skalniaka, może nawet uratowała mi życie. A może nie – podniosła na niego wzrok. – Nigdy nie będziemy wiedzieć. Jednak dlatego próbowałam ją odesłać. Byłam jej wi