Страница 50 из 134
Podczas tej przemowy zza kępki trawy wysunął się rudy, pręgowany kociak. Wyprężył sztywno ogon, raz i drugi otarł się o gołe kostki niewiasty. Kiedy Koźli Płaszcz zrobił jeszcze krok, zwierzak wygiął grzbiet w pałąk i fuknął z gniewem, odsłaniając kły.
Twardokęsek znów popatrzył na księcia. Z jawną wrogością.
– Kto ją zranił? – spytał Koźlarz: kobieta wydawała się nazbyt otumaniona ze strachu, by rozsądnie odpowiedzieć na najprostsze choćby pytanie.
– A skąd mnie wiedzieć?! – wybuchnął zbójca. – Skąd mnie się wyznawać w waszych książęcych spiskach?! Z wami jako z zarazą. Dość palcem trącić, a posypie się ścierwo.
– Znał ciebie – niebieskooka niewiastka przechyliła głowę, jakby nasłuchiwała odległych głosów. – Teraz pamiętam. Był i
– Skąd wiesz? – przerwał niecierpliwie książę.
– Jestem wiedźmą – odparła prostodusznie. – Wiem. Widziałam go. Ciebie też widziałam. Wyraźnie. Pierwszy raz tamtej nocy, przy miejscu Skalniaka. Pamiętasz?
Koźli Płaszcz przygryzł wargę i spojrzał pytająco na zbójcę.
– Przybiegła granią – wyjaśnił bez zapału Twardokęsek. – I kazała ją nieść do klasztoru Cion Cerena. Wiesz, kogo.
– Suchywilk jej szuka – powiedział szorstko. – Rozjuszony jak niedźwiedź i niespokojny. Nie wiedzieć czemu, bo zgoła nie wątpię, że już zdążyła owego nieszczęśnika ze sztyletem zaszlachtować.
Wiedźma ze zdumieniem zamrugała oczami.
– To nie ona – burknął zbójca. – Szarka swoją drogą poszła, przed nikim się nie opowiadała. Znacie ją zresztą. Całe nasze nieszczęścia stąd, że ona za wami pociągnęła. My jej próbowali tłumaczyć, że z tego nic dobrego nie będzie. I nie ma.
– Nie szukajcie jej, panie – dodała wiedźma dziwnie miękkim, przepraszającym głosem. – Znajdzie się. O nią się nie martwcie, jej we Spichrzy śmierć nie pisana. Ale los waszej siostry przede mną zakryty. Jakby go jaka i
– Zarzyczka? – przerwał gwałtownie Koźlarz. – Skąd w tym wszystkim Zarzyczka?
– Przez was, panie – ze zdziwieniem odparła wiedźma. – Wysłaliście list. Jeszcze z Książęcych Wiergów wysłaliście, pamiętacie?
Koźlarz aż się wzdrygnął. Wiedźma mówiła odległym, głębokim głosem. Wieszczyła. Nawet się nie zdziwił nadmiernie – ostatecznie była noc Żarów, najświętsza noc Krain Wewnętrznego Morza, zaś wokół płonęła Spichrza. Wystarczająco wiele krwi i śmierci, by przeklęte zaczynały mówić głosami bogów. Dosyć mocy, by przepowiednie umknęły na swobodę.
Prawie zdążył o nich zapomnieć. Odwyknął od przekleństwa Krain Wewnętrznego Morza.
Na południu, tam, gdzie przewiódł ostatnie lata, nie widywano wiedźm.
Nie potrafił jej przerwać. I nie chciał. Wiedźmy z rzadka tylko wieszczyły, ale ich przepowiednie były prawdziwe.
– Poszłyśmy tańczyć w książęcych ogrodach. Bo jest noc Żarów. Bo się nie godzi spać pod kamie
– Która bogini? – spytał ostrożnie, żeby jej nie spłoszyć.
– Fea Flisyon. Próbowała cofnąć, co uczyniono dawno temu, odwrócić od twojej siostry przekleństwo, nim wypełni się do końca. I nie zdołała na nowo zawładnąć własną mocą. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że usnęła? A może dlatego, że wmieszała się jeszcze Szarka? Gdyby nie postawiła Zarzyczki przed zwierciadłem, może losy potoczyłyby się i
– Bo to wszystko moja wina – podjęła schrypniętym głosem. – Tylko moja. Powi
– Co zrobiła Szarka? – spytał cierpliwie Koźli Płaszcz.
Wiedźmie lamenty nie obchodziły go zanadto. Chciał proroctwa. Jednak w jednym wiedźma miała rację: mijali się tej nocy, obijali o siebie jak ślepcy. Jakby wiedzeni prześmiewczą złą mocą.
W jakiś sposób wszystko zdawało się z nich naigrywać, nawet zagłada wieży Nur Nemruta. Przyczaili się z Prze – męką w gospodzie w zaułku starego miasta, przysiedli na chwilę w mrocznej, zaniedbanej izbie. Gdzie zresztą nie było żadnych gości, bo pognali rąbać książęcych pachołków, rabować w zamieszaniu kamienice albo zwyczajnie przypatrywać się ruchawce. Przemęka naglił do pośpiechu: stary był niespokojny, świerzbiało go w kościach, co, jak powiadał, zawsze zwiastuje nieszczęście. Wychylili zaledwie dwa kufle piwa, ale kiedy wyszli, w zaułku panował już zmrok.
Gdzieś w oddali ktoś wrzeszczał. Ani głośniej, ani ciszej niż poprzednio.
Lecz kiedy Koźlarz spojrzał ku Jaskółczej Skale, nie odnalazł wzrokiem jasnej wieży Śniącego. Dwa kufle piwa, pomyślał. Zagłada jednego z najpotężniejszych bogów Krain Wewnętrznego Morza trwała tyle, ile osuszenie dwóch kufli piwa. Chciał wtedy biec ku ruinom świątyni, choćby i całe pobuntowane miasto stanęło mu na drodze. Rwał się naprzód, żeby raz jeszcze popatrzeć na koszmar podobny temu, który niegdyś oglądał w kącinie Bad Bidmone. Nie, nie poszli do gruzowiska. Nie z powodu kapłanów, którzy zapewne roili się w resztkach świątyni. Ani nawet nie z powodu spotkania z Suchywilkiem.
Bo kiedy rozejrzeli się po ulicy, wszystko było jak wcześniej. Gromada wyrostków w chałatach szkolarzy sztuk wyzwolonych wyrzucała sprzęty z okien kamienicy. W uchylonych wrotach człek w kapeluszu ozdobionym wstęgami ze znakiem szubienicy beznamiętnie gwałcił pątniczkę. Dalej, przed sklepem sukie
Więc to tak właśnie kończy się świat, pomyślał wtedy Koźli Płaszcz. Brzydko i bez znaczenia.
– Szarka zaprowadziła Zarzyczkę do wieży Nur Nemruta – powiedziała wiedźma. – Wiedziałam, że nie powi