Страница 26 из 134
Bardzo dobrze pamiętała, jak z rozkazu kniazia przyprowadzono ją pierwszy raz do świątyni. Szczupłą, najwyżej tuzin letnią dziewuszkę, która starała się trzymać prosto pomimo szyderstw tłumu i nieczystości, którymi obrzucono ją na trakcie do przybytku Kei Kaella. „Kniaziowska dziwka!", krzyknął ktoś cienko pod samą bramą i zaraz później z twarzy błagalnicy spojrzały na Lelkę siwe oczy Krobaka. Dziewczynka przystanęła niepewnie, o krok przed gromadą druży
Na koniec uklękła w uświęconym, pokutnym geście i posypała nagą głowę odrobiną pyłu spod świąty
Pomyślałam wówczas, przypomniała sobie Lelka, że mój ojciec popełnił błąd, odrzucając to dziecko.
W Sinoborzu całą zimę gadano z uciechą, jak stary kniaź Krobak naszedł syna w komorze na nader bliskiej komitywie z kuzynką. Lelka nie dopytywała się, jak to naprawdę z tym było. Dość, że dziewczynkę postrzyżono, niczym zwyczajną dziewkę, i wydziedziczono przed możnymi władztwa. A dzień wcześniej kniaź odesłał syna hen na północ, aż do Czerwienieckich Grodów, nie dbając ani o pogróżki szczeniaka, ani rzewne prośby kniahini, bowiem ta obawiała się dzikich krain i chciała zatrzymać przy sobie najmłodsze, ukochane dziecko.
Kniaź jednak zaparł się, jak to miał we zwyczaju, i powierzył syna Czerwieńcowi, który dzierżył twardą ręką całą północną dziedzinę. Spodziewano się, że surowe obyczaje pogranicza rychło obrzydzą książątku bałamucenie niedorosłych dziewek i i
Dobrze to sobie stary obliczył, myślała wówczas Lelka. Wark rychło zapomni o kłótni z ojcem i dziewce odesłanej do świątyni, bo u młodych pamięć krótka a wichrowata. Ani chybi, na koniec wróci nie tylko w dobrym zdrowiu, ale też z drużyną własną spośród tych, co się z nim w Czerwienieckich Grodach będą chować a do miecza wprawiać. Od Czerwieńca takoż się wiele nauczy, osobliwiej, że ten własnych synów nie ma, więc cały majątek i przywiązanie mogą przejść na Warka. Może być, wszystko się nam na dobre obróci. Zaś świątynia nie zubożeje od jednej błagalniczki, choćby i z musu za świąty
Ujęła za ramię umorusane dziecko i popchnęła je przed sobą do kuche
Zmyła pierwszy brud, delikatnie dotykając obrzmiałych sińców na żebrach i nogach dziewczynki. Skórę na plecach poprzecinano korbaczem, balwierz takoż nie obszedł się z nią nazbyt delikatnie, jednak miała zgrabne, zdrowe ciało, smukłe i silne, i delikatną twarz w kształcie serca. Kiedy Lelka podniosła ją wreszcie z balii i owinęła świeżym prześcieradłem, opuchnięte i potłuczone usta dziewczynki zaczęły wreszcie drżeć.
– Płacz, dziecko – powiedziała łagodnie, przyciągając jej głowę do szorstkiego sukna swej świąty
Lelka nie wiedziała wtedy, że na koniec Wark jeden zostanie z kniaziowego potomstwa, że jej najstarszego brata Czarnogóra okrutnie umęczy w dworcu nad Zawrotem, dwóch i
Ani tak ze szczętem obcemu, ani przybłędzie, poprawiła się w myślach. Rodzonej krwi Krobaka, po jego córce wyprawionej niegdyś do Żalników. Jednak Czerwienieć nawet nie wspomniał o dzieciaku, ani go nie posyłał do treglańskiej cytadeli. Stary kniaź najpewniej udzieliłby schronienia wnukowi, choć wcale nie po to, aby go w sposobnej chwili z błogosławieństwem wyprawić na podbój utraconej ojcowizny. Tak, pomyślała Lelka, może by nawet kazał go ukoronować niedobitkom zakonu Bad Bidmone, ale gdyby się wreszcie dochrapał żalnickiego tronu, nie on by tam panował, tylko sinoborscy doradcy. I stary Krobak.
Zaś Czerwienieć już wtedy zgoła czego i
Tymczasem na sinoborskiej ziemi rosło dziecko, które oglądało sławetny spór Bad Bidmone z Zird Zekrunem i wędrowało wśród lodów z widmami dawnych władców. Pewnie, rozprawiano trocha o wyrostku w szłomie ozdobionym białą kitą, co ledwie od ziemi odrósłszy prowadził wojowników przeciwko Pomorcom. A także o tym, że morski drobiazg z głębin Wewnętrznego Morza pokłonił mu się do kolan, zaś bogowie obdarzyli szczęściem większym niż któregokolwiek z żywych śmiertelników. Aleśmy myśleli, że to jedna z owych bajd, co każdej wiosny spływają z północy, niczym kra.
Komu by w głowie postało, żachnęła się ze złością, że Czerwienieć obróci Warka w najbliższego towarzysza żalnickiego księcia?
Potem ledwo żywy posłaniec wpadł na podwórzec treglańskiego dworca, przynosząc wieści o nieudanej wyprawie na pomorcki brzeg i spaleniu Czerwienieckich Grodów. W dwa dni po nim na ten sam dziedziniec zajechał Wark, z dwoma wojami u boku, w pogruchotanym bechterze, z ramieniem obwiązanym pokrwawioną szmatą i ze świeżą szramą na gębie. Pamiętam jak dziś. Do białego świtu siedziałam z kniaziem w gości
Ja myślałam o mieczu żalnickich kniaziów, jednym z jedenastu boskich znaków wykutych w ogniach Kii Krindara Od Ognia I Miecza, w tajemnej kuźni gdzieś wśród szczytów Gór Żmijowych. Moc ze starych legend przesunęła się ponad czubkami moich palców, by na nowo zniknąć z sinoborskiego władztwa. A Wark nie potrafił nawet zgadnąć, dokąd powędrowała.