Страница 21 из 134
Jednak uwagę Nawojki pochłaniał bez reszty ów nie – wydarzony człowieczek. Zwycięzca pościgu za Krogulcem.
Usiłowała sobie przypomnieć, skąd pamięta jego twarz. Ten wielki nos, ozdobiony u nasady brunatną brodawką, musiała go wcześniej widzieć. Miała wrażenie, że jeśli sobie przypomni właściciela nosa, zrozumie również całą resztę tego dziwnego widowiska.
Dwóch przebierańców w maskach karnawałowych biesów podbiegło do podium, uwiesiło się na jednym z podpierających go słupów i z całej siły nim zatrzęsło. Konstrukcja zachybotała się niebezpiecznie, a niewiasty zaczęły jeszcze bardziej przejmująco wzywać ratunku. Nawojka mocniej zacisnęła palce na koronie Króla Żarów. Wypełniony oliwą lampion, jeden z wielu, którymi obwieszono świąteczne podium, zakołysał się i zatoczył łuk tuż przy jej twarzy, aż poczuła gorąco na policzkach.
– Nuże, urżnąć łby dzikuskom i poobnosić po placach – rozkazał piskliwym i zgoła mało groźnym głosem zwycięzca pościgu. – Niech ludziska wiedzą, że i Servenedyjki można utrupić, trza się tylko lepiej postarać. A potem obedrzeć dziwki z niebieskich szatek i rzucić wedle ruczaju, niech je psi rozwłóczą. Tam ich miejsce.
Nawojka zmarszczyła brwi, kiedy potężny łysy dziadyga urzezał głowę pierwszej z południowych wojowniczek. Nie dlatego, żeby szczególnie kochała Servenedyjki. Kiedy przejeżdżały pod kamienicą jej ojca, nawet nie bardzo śmiała patrzeć na ich wytatuowane siną farbą oblicza. Co prędzej składała palce w odstraszający złe znak, bowiem wierzyła święcie, że spojrzenie Servenedyjki może sprowadzić zły urok, krosty albo i czerwoną gorączkę. Ale to jednak były Servenedyjki. Zawsze, odkąd pamiętała, jeździły po świąty
Jak to, że jej ojciec, szlachetny burmistrz, w domu nazywany zwyczajnie Kudłaczem, wróci wieczorem z ratusza, posadzi ją sobie na kolanach, wsunie w rękę kawałek miodowego ciasta i powie, że wszyscy mówili, jak pięknie wyglądała na podium, kiedy wkładała koronę na głowę Króla Żarów. A następnego dnia Nawojka wdzieje tę samą suknię z cyraneczkowej kitajki i pójdzie wraz z matką odwiedzić dom kupca korze
Nie, nie martwiła się, że coś pójdzie nie tak, jak należy. Prawda, może wybuchnąć wojna, a syn kupca korze
Rzetelnie przygotowała się do swojego losu. Znała liczby i litery, w razie potrzeby mogła pomóc małżonkowi w kantorku albo nawet wyręczyć go w spisywaniu ksiąg. Wyuczono ją też niezawodnych sposobów leczenia biegunki i wielu i
A teraz, kiedy łysy dziadyga począł sprośnie podrygiwać nad obdartym z niebieskiego kubraka ciałem wojowniczki, czuła, jak fala mdłego, słodkawego obrzydzenia powoli podchodzi jej do gardła.
Matka pociągnęła ją za łokieć, coś piskliwie szepnęła. Zaś Nawojka, która nigdy wcześniej nie była nieposłuszna, odtrąciła ją, ostrożnie i bez złości. Ojciec uczynił ją Królową Żarów i zamierzała się wszystkiemu dokładnie przypatrzeć.
Zwycięzca pościgu rzucił zdechłego krogulca obok ciała Servenedyjki. Było w tym geście coś potwornie obelżywego.
Przypomniała sobie. Wołali go Rutewka i kiedyś zasiadał w radzie miejskiej obok jej ojca. Potem książę skazał go na wygnanie, ale Nawojka nie wiedziała dokładnie, dlaczego. To były sprawy mężczyzn, ściszali głos, kiedy wchodziła do izby z nowym dzbanem miodu, zaś Nawojka nie miała we zwyczaju podsłuchiwać pod drzwiami. Nie myślała wiele o Rutewce, nawet wtedy, kiedy służebna podrzuciła jej ukradkiem wierszowany pamflet, w którym gromił rozpustę księcia pana. Nawojka cnotliwie rozkazała wrzucić nie przeczytany pergamin do ognia i nie wspominała o nim więcej. To właśnie z powodu takich ludzi jak Rutewka jej ojciec przesiadywał całymi dniami w ratuszu miejskim. Nawojka była dobrą córką i nie chciała mieć z nimi nic wspólnego.
Gdy kiedyś spytała, Kudłacz pogłaskał ją po włosach i przykazał, żeby nie zaprzątała sobie głowy podobnymi bredniami. To podły człowiek, powiedział, nie przystoi, żebyś o nim myślała.
Jednak dzisiaj stała z koroną Króla Żarów w zaciśniętych wilgotnych palcach na szczycie wysokich schodów, ponad placem, na którym tłuszcza rzucała głowami pomordowanych wojowniczek. I nie było przy niej ojca. Ani żadnego z braci. Ani nawet czarnowłosego syna kupca korze
Za plecami Nawojki pani Radlina krzyknęła ostro. Dziecko, którego oczekiwała z końcem lata, nigdy nie miało się urodzić.
Zaufani Rutewki wywlekli na środek placu kilku związanych ludzi. Było wśród nich trochę mieszczan, dwóch rajców, którzy mieli wygłosić mowę do Króla Żarów, i i
– Nie, proszę, nie! – krzyknęła jedna z kobiet, kiedy jej mąż przewrócił się pod nawałem uderzeń, ale nikt nie zamierzał słuchać. Przeciwnie, oprawca tym zajadlej smagnął leżącego.
To nie powi