Страница 16 из 134
Koźlarz skrzywił się niechętnie i odsunął ochlapusa, który zażarcie, acz nieudolnie zamierzał się nań pokrzywionym sztyletem. Odkąd opuścili gości
Za pierwszym razem, kiedy pod samą Bramą Sie
Nie uszli wszakże dalej niźli do Sie
– Precz z księciem! – powtórzył uparcie człowieczek, zaś kapelusz osunął mu się prawie na czubek nosa.
Wygnaniec spojrzał na niego uważniej. Jak spotkani wcześniej młodziakowie, musiał należeć do farbiarzy. I niezawodnie to owe Sine Kciuki naszykowały na przedmieściach ruchawkę, lecz książę nie spodziewał się spotkać jednego z nich tak blisko Rynku Solnego, gdzie zazwyczaj siedziało sporo książęcych pachołków.
– Precz, precz – odpowiedział, podtrzymując jegomościa, który coraz bardziej tracił rezon i równowagę. – A gdzieże twoi kamraci, ziomku?
– Gdziesik się widać zapodziali – wyznał tamten pogodnie. – Trocha na słonku przysnąłem, a jakem się obudził, już ich nie było. A wy skądże, ziomkowie, idziecie? I po co wam to wielkie toporzysko? – wymownie spojrzał na broń Przemęki.
– My prosty człowiek z lasu – odezwał się przeciągle Przemęka. – Dla pospólnej sprawy do Spichrzy ściągnęlim.
– Drwale takoż zacna profesja – pokiwał głową farbiarz. – I chłopy wy, widzę, należyte, rozrośnięte a silne. Nie zawadzi taka kompania w przygodzie, zwłaszcza takowej, którą my tu jaśnie księciu szykujemy. I wiela was z odsieczą idzie?
– Ze trzy tuziny – odparł Koźlarz, który z rosnącym zdumieniem przysłuchiwał się rewelacjom jegomościa w szpiczastym kapeluszu. – Tyle się z samego początku skrzyknęło, ale tyłem i
– Wedle Rynku Solnego kręci się ich jako gzów – rzekł pijaczyna. – Ale my ich niezadługo ze szczętem zmożem, niech się jeno słonko niżej spuści. Przy murze wszystko nasze, jeno w Krowim Parowie Servenedyjki przylgnęły, ale póki my ich nie zaczepiamy, poty i one nas nie ruszają. A pod wieczór do samego księcia jaśnie pana pójdziem. Z a – pe – la – cy – ją – oznajmił z wyraźną dumą. – Sam Rutewka powiedział, że trza się wespół zebrać i apelacyją księciu w oczy zaświecić. Musi być jakowaś straszna rzecz ona apelacyją.
– Niezawodnie – zgodził się Koźlarz. – Pewnikiem się książę pan straszliwie zlęknie.
– Ajuści! – uradował się Siny Paluch. – Myśmy wszystko ze starszymi uradzili. Zrazu się po mieście rajcę potłucze, a strażników precz przepędzi. A potem samemu księciu bobu zadamy, bo się ze Zwajcami po kryjomu zmawia, a zemsty nam zacnej na szczurakach wzbrania. Powiadam wam… – zakołysał się niebezpiecznie. – Powiadam wam, wszystkich zniesiemy. Dworskie ladacznice, kapłaństwo sprzedajne – zapalał się coraz bardziej. – Księcia pana takoż! Jak on się z bezbożnikiem Suchym – wilkiem znosi, tedy on nie włodarz, ale zwyczajny zdrajca i bluźnierca obmierzły. I Servenedyjki, dziwki parszywe, pobijem. A co? Toć nie honor, żeby nas baby za pysk trzymały. Jak to w Sinoborzu gadają – zarechotał – biada temu domowi, gdzie krowa przewodzi wołowi. Popędzimy je precz, jeno kurz na gościńcu zostanie i smród. A potem nowy ład w mieście postroim, a co? Bez księcia pana, bez rajców zaprzedańców. Sami z siebie. Pospółkiem.
– A kiedyż ma ona szczęśliwa godzina nastać? – zaciekawił się Przemęka.
– No, to jest rzecz tajemna i wybrańcom jeno wiadoma – pijaczyna dumnie wypiął pierś. – Ale widzę, kamracie, żeś ty ze wszystkiem człek zaufany, tedy ci sekretnie rzeknę, żebyś po zmroku do książęcych ogrodów się prze – kradł. Jak jeno ten wielki bal nastanie, już my im tańcowanie zgotujemy a karnawał.
Po czym oddalił się, dumnie zataczając, wprost ku patrolowi książęcych drabów, który nadchodził środkiem ulicy. Przemęka i Koźlarz rozważnie skryli się w błotnistej bramie, patrząc z ukrycia, jak książęcy biorą pod pachy dzielnego farbiarza i zawracają ku rynkowi. Chwilę jeszcze słyszeli jego okrzyki. Potem urwały się w pół słowa, widać mu zniecierpliwiony pachołek przyłożył halabardą.
– Niedobrze – odezwał się Przemęka. – Musiał ktoś farbiarzy srogo podburzyć, a ich pod murami Spichrzy wielka gromada siedzi i bardzo mieszczanom niechętna.
– To akurat rzecz zwyczajna – mruknął Koźlarz. – Ale nie cieszy mnie bynajmniej, że ludzie wiedzą o Suchym – wilku. Bo tutaj – skinął głową, gdyż stanęli właśnie na skraju rynku – starczy byle iskra, by taki pożar zażegnął, co pod niebo strzeli.
Przemęka przystanął i z udziwieniem popatrzył po placu.
Korowód dawno minął Rynek Solny, znacząc drogę strzępami żółtych chorągwi, teraz doszczętnie stratowanymi, i skorupami glinianych figurek, którymi obrzucono tancerki. Jednak gapie bynajmniej nie rozpraszali się. Szczególnie ciasno było przy miejskiej fonta
– Wciąż zamierzacie iść do świątyni? – po drugiej stronie placu Zarzyczka z powątpiewaniem rozejrzała się po kłębowisku.
Książęcy pachołkowie rychło przestali udawać, że usiłują zaprowadzić jakowyś ład. Krążyli wśród rozochoconego pospólstwa, bez przekonania wypatrując uprowadzonych z pochodu tancerek. Trzech najrozumniejszych lub też najbardziej leniwych bez zażenowania rozsiadło się przy fonta