Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 128 из 134

Przed zwierzchnikiem uścieskiego przybytku, na poduszce z czerwonego adamaszku, spoczywał wysoki diadem żalnickiej kniahini.

Powietrze w przybytku było duszne i lepkie. Z trudem podążała za słowami sługi Zird Zekruna, kiedy wygłaszał nad nią kolejne błogosławieństwa; wzdrygnęła się, gdy nazwał ją oliwnym szczepem i wi

A potem włożono jej na skronie diadem żalnickiej kniahini. Nie zapamiętała reszty ceremonii. Podczas uczty widziadłowe twarze ze wspomnień Szalonej Ptaszniczki nakładały się na oblicza siedzących obok biesiadników i czasami nie potrafiła odróżnić, co jest jawą, a co snem, co się już zdarzyło, a co się dopiero zdarza. Podobne toasty, życzenia, podarki. Podobne nabrzmiałe od wina twarze z przyczajonym w kącikach oczu pytaniem. Powi

Nie ośmielała się nań patrzeć. Jej umysł był przed nim otwarty na oścież.

Kiedy rogi odegrały północ, niewiasty wyprowadziły ją z biesiadnej sali i powiodły do obcej komnaty, gdzie jak kukiełkę rozebrano ją z weselnej sukni, rozczesano włosy. Wciąż były przy niej – nieznane cierpliwe kobiety o współ – czujących obliczach, które dotykały jej lekko, jakby z niedowierzaniem. Z rzadka pytały o coś niespokojnym głosem, lecz nie nalegały, kiedy milczała. Żony najszlachetniejszych panów Żalników znały swoją powi

Wykąpano ją w letniej wodzie, w której pływały różane płatki. Kiedyś, dawno temu, byłyby to płatki jabłoni zebrane przed świtem w ogrodach Bad Bidmone, lecz nikt nie poważył się na podobną rzecz w cytadeli Wężymorda. Tylko jedna z niewiast, przysadkowata i czerwona na twarzy, dosypała ukradkiem do wody garść zeschniętych kwiatów, tak pożółkłych i zmiętych w dłoni, że trudno je było rozpoznać. Zarzyczka podziękowała jej nieznacznym ruchem powiek, choć właściwie było to jej zupełnie obojętne.

Natarto ją pachnidłami, na czole, szyi i sercu, szeptano jakieś babskie zaklęcia. Potem służące przyniosły długą koszulę z białego płótna, cienkiego jak pajęcza przędza. Nawet to rozstrzyga ceremoniał, przypomniała sobie, kiedy obce ręce odziewały ją w szatę, którą miała nosić w noc poślubną. Ciemny płaszcz, rozpuszczone włosy i moje bose stopy, kiedy będę szła korytarzem pomiędzy żalnicką szlachtą do komnat Wężymorda, W żadnym razie nie mógł jej tego oszczędzić. Zresztą przychodziła już do niego nocą, z włosami luźno rzuconymi na plecach, wbrew urodzeniu i książęcej godności, niczym ladacznica. Siadywała na jego kolanach pomiędzy obcymi ludźmi, w przydrożnych gospodach, grzejąc bose nogi w żarze paleniska. I dzielili posłania znacznie nędzniejsze niż kniaziowskie łoże w uścieskiej cytadeli.

Tyle że wówczas pół królestwa nie tłoczyło się pod drzwiami naszej sypialni, pomyślała zgryźliwie.

Korytarz był prawie ciemny. Przed księżniczką postępowało dwóch pachołków z pochodniami, z tyłu zaś niewiasty, które służyły jej tego dnia, i kolejnych dwóch pachołków z ogniem. Musiała przemierzyć niemal całą twierdzę, nieskończenie wiele drzwi, a przy każdych z nich straże spytają o jej imię i powód nocnej wędrówki. Kamie

– Zarzyczka, z woli bogów żalnicka kniahini.

I zaraz potem zrozumiała, że to nie było zwyczajne zmęczenie. Ciemność poczęła falować jej przed oczyma, rozmywać się w niewyraźną plamę zieleni, brązu i czerni, nakrapianą błyskami światła. Krzyknęła, gdy ognisty kwiat z sykiem rozchylił się przed jej twarzą. Ktoś podbiegł do niej, pochwycił za ramię, chyba owa niewiasta o czerwonym obliczu, która dosypała płatków jabłoni do kąpieli. Zarzyczka wyrwała ramię: nikt nie miał prawa jej dotykać, nikt prócz nowo poślubionego małżonka. Ale nie myślała teraz o Wężymordzie, tylko o długich, ognistych kształtach, które z wolna zaciskały wokół niej swój taniec. Przymrużyła oczy przed blaskiem, bijącym nie od pochodni w dłoniach pachołków, lecz z wnętrza jej rozdygotanego umysłu, który coraz mocniej pogrążał się w wizji mechszycy.

Wszystko jedno, pomyślała, choćby miał mnie wypalić do cna, wszystko jedno. I zaraz coś pośrodku niej pękło, rozchyliło się jak płatki ognistego kwiatu.

Ostre, bolesne smugi światła wirowały przed nią nawet wówczas, gdy zamknęła powieki, aż wreszcie przywykła do nich na tyle, by sięgnąć dalej, i usłyszała głosy. Słońce było o wyciągnięcie ręki, a śpiew biegł ku niemu, coraz wyżej i wyżej, by na koniec stać się pojedynczym, przeciągłym krzykiem oczekiwania.

Ogień sięgnął skrzydeł, pochwycił je i spopielił, lecz lot był zbyt szybki, a pragnienie zbyt wielkie. Dalej pozostała już tylko agonia, krótkie dopalenie się iskry.

Przeszła nad wysokim kamie

– Zarzyczka, z woli bogów żalnicka kniahini.

Potem przeszła nad drugim progiem: policzki miała zaczerwienione od ognia.

Skorupa płomieni zatrzasnęła się nad nią.

W dole, w aksamitnej ciemności ślepe, miękkie kształty z wysiłkiem przebijały skorupy jaj. Słyszała ich krzyki, gdy pełzły pomiędzy czarnymi kamykami ku źródłu Ilv, które wypływa ze środka ziemi. Piły łapczywie, długo, odpędzając się nawzajem od wody, gdyż dzielenie nie leży w naturze. Gdy na niebie wszedł księżyc, łuski na ich grzbietach świeciły złotem i srebrem jednocześnie.

Widziała też, jak chodziły pomiędzy ludźmi – słodkie, odurzające wino, dźwięk harfy. I

Ponownie zapadała się w ich lot ku śmierci.

Potknęła się, boleśnie uderzyła bosą stopą w kamień. Głowy sług Zird Zekruna pochylały się przed nią w milczącym uszanowaniu: przechodziła obok przybytku pomorckiego boga i jej nozdrza uchwyciły wątły, odległy zapach kadzidła. Nieświadomym gestem ściągnęła na piersiach płaszcz. Od kamieni biło przenikliwe zimno, zaś w Krainach Wewnętrznego Morza nie pozostał ani jeden ze żmijów, cokolwiek mówiła rozsnuta przed nią wizja mechszycy. Zimne wichry, pomyślała, zimne wichry znad Cieśnin Wieprzy, które uchwycą nas i poniosą na północ, na zatracenie.

Nie rozumiała, dlaczego miałyby odpowiadać na jej wezwanie. Jednak czuła je, niemal o wyciągnięcie palców, przyczajone w mrocznych kątach korytarza. Złotosrebrne łuski ocierały się o kostki jej bosych stóp, kiedy wędrowała po chłodnych kamieniach. Gdy przechodziła obok otwartego okna, żmijowe harfy grały w północnym wietrze nad cieśninami. Były tutaj, uśpione w cytadeli starej jak nienawiść pomiędzy Zaimkami i ludem Pomortu, leniwie obracały się w kamie