Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 122 из 134

Przy ostatnich słowach Szarka uniosła się pły

– Siadaj, dziewczyno, a miecza nie tykaj – Suchywilk położył ciężką rękę na ramieniu Szarki – bo póki mojego życia, poty przede mną odpowie ten, kto ciebie obok spichrzańskich ladacznic stawia. Ale wyście, Jastrzębcu, szczerą prawdę rzekli – dodał z pozoru spokojnym głosem, ale tak, że Twardokęska aż palce zaświerzbiły na rękojeści sztyletu. – Zwajecka kniahinka nie pisana byle hołyszowi. A na pewno nie takiemu, co ni dachu nad głową, ni przychylności własnych współrodowców niepewny.

Między rebeliantami podniósł się szmer, kiedy Szarka odrzuciła z twarzy złotorude włosy. Znać i na Lipnickim Półwyspie słyszeli legendę o krwi nieśmiertelnej Iskry, młodszej siostry bogów, pomyślał zbójca. Jastrzębiec popełnił kolejny błąd: zrazu wykpił żalnickiego księcia, później zasię zelżył zwajecką kniahinkę. Jeszcze trochę, pomyślał z nadzieją, a właśni ludzie w komorze go zawrą, póki mu gorzałka ze łba nie wytrzeźwieje.

– Co breszecie? – przywódca buntowników zacisnął ze by, pojmując, jak dalece prześmiewka chybiła celu.

– Dobrze wiecie, panie – Suchywilk niedbale sięgnął po garniec i kazał Jastrzębcowi czekać, powoli siorbiąc napitek. – Córka moja wam rzekła, a ja jeszcze powtórzę. Ze złej woli posłaliście Koźlarza precz, ze złej woli znieważyć próbujecie tych, co wam za sprzymierzeńców być powi

Twardokęsek omal nie skinął z uciechy głową, widząc, jak co młodsi spośród rokoszan kraśnieją na gębach ze wstydu. Ale wśród starszych takoż nie pokazało się zadowolenie, bowiem gości

– Jam was tu nie prosił! – wysyczał Jastrzębiec, wyciągając w przód szyję jako gąsior: był już ze szczętem pijany i o nic nie dbał. – Znam ja was dobrze, łupieżców, bezbożników. Pomnę, jakeście Uścież splądrowali, pomnę takoż wasze wycieczki w głąb Żalników, tedy nie wyczekujcie na moją gości

– Kniaź – wtrącił kolejny raz kapłan.

Bogowie, pomyślał ze zdumieniem zbójca, po co go klecha kniaziowskim tytułem w oczy kłuje? Rzekłby człek, że umyślnie do bójki usiłuje przywieść.

– Dosyć, klecho! – Jastrzębiec odwinął się i razem ze stołkiem pchnął kapłana na ścianę, aż zbójcę zadziwienie zdjęło, skąd w człeku nikczemnej postury podobna siła. – Jeszcze jedno słowo, a precz odeślę razem ze zwajeckim pohaństwem, pierwej bykowcem po grzbiecie obiwszy.

– Widzę, żeście o naszym losie szparko postanowili – jedwabistym głosem odezwała się Szarka. – Nic, tylko przyjdzie pod nogi was podjąć a podziękować pięknie, że jeno precz nas odsyłacie, zamiast cichaczem gardło poderżnąć albo Pomorcom wydać, jak nam Bogoria gadał, że macie we zwyczaju.

Na wzmiankę o Bogorii Jastrzębcowi żyły na szyi nabrzmiały niczym sine postronki.

– Ja cię… ja ci, gamratko – począł sapać i za gardło się chwycił, jakby go zła krew zrazu miała zadusić.

– Zaś Koźlarzowi, jeśli żyw wróci z tej łaźni, coście mu ją zeszłej nocy nagotowali – dokończyła niemal łagodnie dziewczyna – prosto w oczy rzekniecie, że mu się sprzymierzeniec zbiesił i precz odjechał. Dobrzem odgadła, mości Jastrzębcu? I będzie dalej Wężymord w żalnickiej stolicy śmiał się z waszej rebelii, a wy kupców będziecie po gościńcu ścigać. Nic się nie odmieni.

Jastrzębiec wciąż targał wycięcie kubraka. A potem odskoczył w tył jak łasica. Krzesło przewróciło się, lecz przesadził nad nim pły

– Mój! – rzuciła niemal radośnie Szarka, omijając szybkim łukiem Suchywilka, który usiłował ją zatrzymać.

W rękach trzymała dwa zakrzywione miecze, ale Jastrzębiec oprócz szarszuna dobył takoż długiego na dobry łokieć korda; najwyraźniej zamyślał walczyć na sposób skalmierskich najemników. Krążyli drobnymi, wyważonymi kroczkami, czekając, które pierwsze uderzy, Szarka wciąż uśmiechnięta, Jastrzębiec ze ślepiami przymrużonymi z wściekłości. Zbójca w milczeniu potrząsnął głową, przypominając sobie ostatnią noc. Wczoraj powiedziała, że nie zabije Zird Zekruna, pomyślał cierpko. Tymczasem dzisiaj walczy z Jastrzębcem z powodu żalnickiego wypędka, choć dość było wyjść z gospody i na północ odjechać, żeby się ta cała rebelia wreszcie rozeszła po kościach.

W tej samej chwili z gościńca podniosła się wrzawa i tętent kopyt. Spory oddział, w pełnym galopie, pomyślał zbójca, kiedy konie kolejno wpadały w bramę przed gospodą. Szarka odwróciła się nieznacznie ku wejściu, zaś Jastrzębiec uderzył natychmiast, zakrzywionym cięciem ku jej szyi. Dziewczyna odskoczyła zwi

Kolczuga księcia była dobrze pokryta kurzem i krwią, zaś pierwszy raz w życiu zbójca niemal ucieszył się na jego widok. Pospiesznie odszukał w tłumie Przemękę: siwawy najemnik popatrzał na niego posępnie i skinął głową. Twardokęsek nie odgadywał, co miałby ów gest znaczyć, lecz dostrzegł, że tamten utyka na prawą nogę i z trudem tylko kryje grymas bólu. Widział też, jak Jastrzębiec zamrugał z widomym niedowierzaniem; najwyraźniej nie spodziewał się spotkać tutaj bratanka.

– Starczy – powiedział cichym, zimnym głosem Koźlarz, stając o krok za plecami Szarki. – Za półtora pacierza będą tu Pomorcy, z siedmiu tuzina zbrojnych. Ledwo zdołaliśmy w przód odskoczyć, ale twardo siedzą nam na karku. Myślałem, stryju, że już was między żywymi nie zobaczę, skoroście w umówionym miejscu na czas nie byli.

Szarka roześmiała się szyderczo. Na wieść o nadciągających Pomorcach rebelianci poczęli porywać się od stołów i co prędzej przypasywać miecze. Zbójca trzeźwo popatrzał po kompanii. W gospodzie stało nie więcej niż cztery tuziny zbrojnych, po części zamroczonych piwskiem, ale nie zanadto, bowiem kłótnia nieco przeszkodziła w pijatyce. Siedzim za palisadą, pomyślał, co jest dodatkowa osłona i pomoc, ale nie w tym rzecz, żeby nas w środku zamknęli. Nie, nam trzeba ich pobić albo precz przepędzić, nim się i

– Ale jak trwoga nastała, w mig żeście mnie psim węchem wyłuskali – skrzywił się pogardliwie Jastrzębiec, kiedy jego ludzie pospiesznie wysypywali się na dziedziniec.

Zwajecki kniaź bez słowa ruszył ku drzwiom, pozostawiwszy księciu dalszą pogawędkę z krewniakiem. Torował sobie drogę wśród zamieszania styliskiem topora, zaś tamci rozstępowali się przed nim w nabożnym skupieniu, bowiem znać było, że to do szpiku kości prawdziwy wojownik. Czarnywilk hałaśliwie wychylił do dna kufel i podniósł się zza wysokiego stołu. W zwieńczonych rogami szłomach obaj Wilkowie wyrastali o pół głowy nad najwyższego człeka z Jastrzębcowej kompanii. Nie znać było po nich strachu, ruchy mieli pewne, wyćwiczone. Niezadługo zbójca posłyszał od dziedzińca głośne komendy kniazia rozstawiającego obronę.

– Ludzie wasi rzekli, że jeśliście wschodnim przejściem z bagniska na trakt szli, najprędzej zabarłożycie w gospodzie celników – objaśnił cierpko Koźlarz. – I nie omylili się, jako widzę, ale dość próżnych gadek. Przemeka, weź przygarść jezdnych i przyczaj się w zagajniku za młynem, nie chcę, żeby się z tej gospody żywa noga wymknęła. A ty – odezwał się do młodego chłopaka z kołczanem na plecach – zbierz co sprawniejszych w szyciu z łuków i na dach wyleź a duchem. Chcę im niespodziankę zgotować, skoro na dziedziniec wjadą.