Страница 117 из 134
– Głupia! – książę pochwycił ją za ramiona, potrząsnął gwałtownie, ze złością. – Bogowie, jak mogłaś zrobić podobną rzecz? Jak mogłaś odrzucić moc w samym przededniu wojny?
– Nie mojej wojny! – odparła z równą złością, strącając jego ręce. – Nie mojej wojny, książę! Nie spętacie mnie własnymi strachami! Dlaczegóż miałabym zatrzymać kawałek metalu, po tym, jak odrzuciłam całą potęgę Servenedyjek? Daj mi jeden powód, książę! Jeden powód i
Wciąż stali naprzeciw siebie na brzegu Wewnętrznego Morza, które w milczeniu pochłonęło moc Fei Flisyon, jak wiele i
– Twoje życie – powiedział na koniec Koźlarz. – Którego nie chciałaś utracić z powodu Żalników, a teraz wystawiłaś na szwank dla kilku słów wypowiedzianych nie w porę i dzieci
– Naprawdę? – uśmiechnęła się blado. – Naprawdę wierzysz, że jedynie takie niebezpieczeństwo nam zgotowano? Że każdy dar pozostanie bez zapłaty, zaś znaki nie upomną się wreszcie o swoich właścicieli? Że na koniec nikt i
Nic nie odpowiedział i przez chwilę patrzyli na siebie, jakby narastały pomiędzy nimi kolejne kurtyny deszczu.
– Chodźmy – potrząsnął głową książę. – Odprowadzę cię do obozowiska. Jutro przed świtem ruszamy na Pomorców.
U schyłku lata choroba stoczyła Lelkę tak dalece, że kazała się nieść w sekretne komnaty w podziemiu przybytku, gdzie w żelaznych klatkach trzymano wołwy. Pozostawiła przy sobie jedynie dwie stare niewolnice do usługi i nie chciała oglądać nikogo prócz Firlejki. Jej odejście trzymano w tajemnicy: Tregla nie okrzepła jeszcze po śmierci Krobaka i lękano się zamętu. Lecz raz po raz t przeklęte z krzykiem uderzały czołem o kamie
Wark nadal nie próbował przyzywać jej do cytadeli. Jeśli domyślił się, z czyjego rozkazu jego ojca zaszlachtowano pod świąty
Aż tamtego chmurnego, jesie
Na twarzy miała wykłute ciemną farbą znamię niewolników, którym wedle pogłoski naznaczono ją na Wyspach Zwajeckich. Jednak oczywiście nie była to prawda. Zwajcy nie mieli zwyczaju szpecić niewolnic, szczególnie tych, które prowadzono do łoża kniazia, zaś ta niewiasta urodziła mu czterech synów i niejedna księżniczka mogła zazdrościć jej władzy. Suchywilk nie naznaczył jej piętnem, nie kazał nawet nosić niewolniczych bransolet. Rodziła mu synów, zasiadała w górze stołu, pod poprzeczną belką zwajeckiego dworca i nosiła przy pasie pęk mosiężnych kluczy. Jak każda zwajecka niewiasta w mężowskiej włości.
Aż wreszcie mężczyzna, którego przywykła uważać za małżonka, choć nigdy nie było pomiędzy nimi obietnic ni przysiąg, odprawił ją bez słowa. Suchywilk stanął w drzwiach, obcy, odmieniony. Nie widział jej – nawet wtedy, gdy trzęsącymi rękoma odpięła od pasa pęk kluczy, znak władzy we dworcu. Ani kiedy upadła mu do nóg, błagając, by nie odsyłał precz matki własnych synów. Tej samej nocy w jednym rozpaczliwym wybuchu gniewu, żalu i poniżenia kazała sobie wykłuć na policzku niewolniczą spiralę, aby pohańbić go przed północnymi wojownikami i synami, których mu urodziła. Na darmo, bowiem Suchywilk nigdy nie miał zobaczyć jej twarzy. Nie uczynił nawet tego drobnego honoru i nie odprowadził jej na pokład okrętu.
Córka skalmierskiego doży ściągnęła wargi pod spojrzeniem Lelki. Wciąż nosiła się prosto, a w jej twarzy, pomimo spirali na policzku, znać było ślady wielkiej urody, o której niegdyś śpiewano po brzegach Wewnętrznego Morza. Rozpuszczone, śnieżnosiwe włosy opadały na plecy, ujęte nad czołem jedynie drobną, srebrzystą obejmą, zaś suknia była biała i równie prosta w kroju, jak świąty
Skalmierka była blada, jakby wypłowiała pod południowym słońcem, jakby czas wytrawił z niej wszelkie barwy; jedynie oczy pozostały błękitne niczym niezabudki i dziwnie intensywne. Od powrotu z Wysp Zwajeckich nie widywano jej w stołecznych dworach: Suchywilk obdarował ją wystarczająco hojnie, aby zdołała kupić sobie schronienie w klasztorze, jak czynią świątobliwe skalmierskie wdowy. Tyle że córka doży nie pogrzebała małżonka, choć najpewniej z całych sił pragnęła to uczynić.
Kobiety, pomyślała Lelka, z rzadka są wspaniałomyślne dla mężczyzn, których kochają, a ona nie pozwoliła sobie na najdrobniejszą ulgę. Każdego poranka, kiedy spoglądała w zwierciadło – na ciemną spiralę w poprzek policzka i rozpuszczone włosy – wszystko zaczynało się na nowo. Kiedy wiązała pas w poczwórny węzeł, na pamiątkę czterech synów, których jej odebrano. Kiedy zdobiła kolejną suknię drobnym zwajeckim haftem. Jakby sama pamięć nie wystarczała, jakby musiała nosić na sobie własną hańbę niczym płaszcz.
Tamtego lata, kiedy Suchywilk najechał pałac jej ojca, najstarszą córkę doży, delikatną, wiotką dziewczynę o oczach błękitnych jak niezabudki, przyobiecano jednemu z książąt Przerwanki. W wyprawnych skrzyniach czekały stara