Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 112 из 134

Obudziła się przed świtem. W otwartym oknie nieruchomo siedziała jaskółka. Ranek był chłodny. Podciągnęła wyżej koc, ostrożnie, żeby nie obudzić śpiącego obok mężczyzny. Zaledwie poruszyła się, jego ramię przyciągnęło ją bliżej, a księżniczka przypominała sobie zimny powiew mocy Zird Zekruna, który przygnał ją do tej komnaty.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Wbrew zbójeckim obawom kmiotek nie wprowadził ich w zasadzkę. Przeciwnie, nim jeszcze się dobrze w bagnisku ściemniło, grunt wypiętrzył się i okrzepł nieco. Poduchy wysokiego mchu przestały niemiło mlaskać pod podeszwami butów, ustępując miejsca porośniętym szorstką trawą pagórkom. Wszystko to po trochu przywróciło Twardokęskowi animusz, bowiem nie przyznałby się co prawda nawet pod groźbą katowni, ale glibiel przerażała go niezmiernie. Raz po raz przypominały mu się opowieści o wędrowcach wciągniętych w moczar i rozlicznych złych mocach przyczajonych tuż pod powierzchnią oparzelisk. Byle trzepot ptaszyska płoszył go niby ciołka i nic nie umiał na to poradzić.

Uradował się więc niezmiernie na widok słabo wydeptanej ścieżki. Rychło też pokazały się i

Kiedy zza drzew wyjrzała właściwa palisada – mocno miejscami poszczerbiona i zaniedbana, jak z przyganą zauważył zbójca – wieśniak zaparł się obiema nogami i żadnym sposobem dalej iść nie chciał. Kazaliście, panie, do Jastrzębca zaprowadzić, gadał, tedym doprowadził, jak przykazano, ale z nim samym to się po swojemu układajcie, mnie do dom pilno. Nie bardzo się to zbójcy spodobało, ale co było czynić? Koźlarz dał chłopinie kilka miedziaków i pociągnęli dalej, ku na wpół otwartej bramie.

Dopiero we wrotach, brudnych i podpartych pieńkiem, na którym porzucono siekierę i niedawno urzezany koguci łeb, zastąpił im drogę jakiś jegomość, może nawet wartownik, ale w żadnym razie nie można było tego rozpoznać. Człek ów bowiem nosił zieloną, rozchełstaną na piersi koszulę, skórzane, chłopskie portki, mocno zużyte i naznaczone kilkoma plamami niewiadomej proweniencji, porządny, szeroki pas, nad którym kołysało się sute brzuszysko, i nasunięty na ucho kołpaczek. O biodro obijał mu się potężny szarszun, ale najwyraźniej żadnego użytku czynić zeń nie zamierzał, bowiem w prawicy dzierżył odpieczętowany dzban. Popatrzał na nich nieprzychylnie, pociągnął łyk trunku.

– Coście za jedni? – warknął, drapiąc się po brzuchu i popatrując łakomie ku skrzy dłoniowi.

Zbójca co prawda nie wiedział, czyli pierwej posłano do Jastrzębca wieści o nadejściu sprzymierzeńców, czy też bez zapowiedzi ściągnęli do obozowiska, jednakowoż obcesowość rebelianta zgoła go zdumiała. Nie dość, żeśmy wleźli w samo gniazdo powstania niby do obory, pomyślał gniewliwie, to jeszcze witają nas niby, nie przymierzając, w spichrzańskim zamtuzie.

Zwajecki kniaź aż sapnął z oburzenia na podobne powitanie.

– Ja waszmości szarży nie rozpoznaję, choć z przyodziewy wnoszę, żeście nie wartownik! – huknął. – A skoroście nie w swoim prawie, by pytać, tedy do pana prowadźcie, a żywo!

– Znaczy się, do Jastrzębca? – upewnił się nieco zgryźliwie rebeliant. – Ano, jak sobie chcecie, ale przestrzegam, że moment niestosowny i zdałoby się raczej do rana poczekać.

– Nie po to my się taki kawał świata wlekli – zeźlił się jeszcze bardziej Suchywilk – aby ninie wedle bramy czekać na posłuchanie niby proste kmioty.

– Wasza wola – pochylił się w szyderczym ukłonie. – Skoro się napieracie, pokornie prosim w nasze niskie progi. O jedno upraszam, byście za mną szli, po bokach nigdzie nie zwłócząc i nie mitrężąc. Osobliwiej niewiasty, bo takowy u nas obyczaj, że kto pierwszy pochwyci, tego dobro – tutaj zarechotał z własnego konceptu i mlasnął plugawo ku Szarce, której rudozłote, rozpuszczone włosy wymykały się bokami spod kaptura opończy.

Suchywilk targnął się ze złości, lecz rebeliant odstąpił z bramy, dając im wolne przejście. Potem poprawił pas, który najwyraźniej uwierał go w kałdun, wychylił do dna trunek i powiódł ich w głąb obozowiska.

Minęli dwóch obojętnych wartowników, którzy zabawiali się grą w kości w naprędce skleconym z gałęzi, półotwartym szałasie, i bez przeszkód ruszyli wzdłuż rzędu chałup. Zbójca nie potrafił nadziwować się, że bez dania racji wpuszczono ich za wrota. Toć, myślał sobie, człek rozumny nie pozwala byle włóczęgom włazić do obozowiska. Tym bardziej, że nie wiedzieć, kto tam jeszcze tyłem ciągnie przez trzęsawisko, może my jeno na przeszpiegi przyszli, a za nami wojsko potężne. A tutaj obrona słabiutka. Doły przed palisadą zielskiem zarosły, sama palisada przetrzebiona, jakby z niej koły kto powyrywał, dźwierza otwarte, choć zmierzch dobrze już nastał, a strażnicy w kości grają. Ech, jakby się na Przełęczy Zdechłej Krowy podobna rzecz trafiła, przed świtem łby bym potłukł.

Nie mierziły go natomiast połyskliwe rebelianckich stroje ani wielorakość broni, bowiem wśród zbójców takoż odziewano się rozmaicie, zaś każdy walczył tym orężem, który mu najlepiej w ręce leżał. Tutaj po większej części noszono żalnickie miecze na barwnych, dwustro

Minęli pokaźne ognisko, przy którym rozsiadło się z pół tuzina szlachty. Stary dziadek z bielmem na jednym oku przygrywał na szałamajach, smętnie zawodząc pieśń o woje

Takowa się jednak nie miała trafić, mimo ostrzeżeń napotkanego przy bramie jegomościa w zielonej koszuli. Nawet wówczas, kiedy wiedźma uśmiechnęła się głupawo do biwakującej wokół ognia gromadki – czy też raczej do pięknie przyrumienionego prosiaka, którego obracano nad ogniem – żaden z rebeliantów nie odpowiedział na zachętę. Zbójca domyślał się, że nie kwapiono się do zaczepki z pięcioma uzbrojonymi mężami, zwłaszcza że ich godności nie znano. Ale trochę był rozczarowany, bo chęć miał ogromną do bitki.