Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 105 из 134

„Umiłowany druh" popatrzał na Koźlarza z niedowierzaniem: nie potrafił zdecydować, czy się z niego naigrawają, czy też przeciwnie, honor mu czynią.

– Dosyć – powiedziała miękko Szarka. – Myślę, że wiem, co się zdarzyło w rdestnickiej świątyni, książę.

– Kniaziu – poprawił ze złością Kostropatka. – Do pomazańca bogini trza mówić: kniaziu.

– Jak rozkażecie, kniaziu – rudowłosa znów skłoniła głowę.

– Nie rozkażę – skrzywił się Koźlarz – bośmy nie w kniaziowskiej cytadeli, jeno, jakeście to trafnie, mości zbójco, ujęli, po trzęsawisku wałęsamy się niczym żaby. Jednak przed wieczorem staniemy w obozie Jastrzębca. I tam dość czasu będzie – popatrzył na Szarkę – by się rozmówić o rdestnickiej cytadeli. A także o i

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Kolegium kapłańskie, jedenastu służebników Zird Zekruna, wysokich, kościstych starców o twarzach wykrzywionych potępieniem, stało przed stołem ofiarnym, w miejscu najświętszym, naznaczonym niegdyś przez samego boga i przesyconym jego obecnością. W wewnętrznej świątyni panował półmrok, pokrywając głębokim cieniem ich brunatne suknie. Ponieważ przybytek wykuto w litej skale, głęboko pod powierzchnią ziemi, z dala od słońca i korzeni drzew, moc pana Pomortu była tutaj potężniejsza niż gdziekolwiek.

Bose stopy Zarzyczki spoczywały na lodowatej kamie

Kapłani recytowali inwokację. Natrętny rytm słów stopniowo łamał milczenie księżniczki.

Kiedy Wężymord oznajmił, że musi oczyścić się w najbliższej świątyni, z początku nie pojęła powodów – zanadto pochłonęły ją rozmyślania o A

Wyszłam żywo z miejsc, w których kapłani marli jak osy okadzone dymem, pomyślała. Zakon Zird Zekruna nie wybaczy mi ani własnej bezradności, ani niewiedzy.

– Czy jest prawdą, że spotkałaś w Spichrzy bezimie

Pytanie zdumiało ją – w obliczu wszystkich i

– Czy spotkałaś bezimie

Mogli sprawić, by upadła na kamie

Ból niemal ją oślepiał, lecz uniosła z wysiłkiem powieki i odszukała krzesło Wężymorda ustawione nieco w głębi, na prawo od kolegium kapłańskiego. Odkąd wyjechali z Doliny, widywała go jedynie z daleka. Nie żałowała – słowa wiedźmy zmieniły bardzo wiele. Nie rozumiała jednak, dlaczego pozwolił, aby przyodziano ją w pokutne szaty i powleczono do wewnętrznego przybytku w pierwszej świątyni Zird Zekruna. Kapłani spieszyli się tak bardzo, że nie próbowano nawet sprowadzać biskupa czy opata z pobliskiego klasztoru. To było jedynie kolegium prowincjonalnego przybytku: w zwyczajnych czasach nikt tutaj nie oglądałby żalnickiej księżniczki, wszystko jedno, jakie grzechy popełniła.

Tyle że czasy nastały niezwyczajne.

Bali się jej, widziała to wyraźnie. Brunatne znamiona skalnych robaków nabrzmiewały coraz bardziej – jawny znak obecności bóstwa w ciałach swych służebników. Lecz kiedy wcześniej prowadzono ją krużgankami, dostrzegła jeszcze i

Lecz poza wszystkim była to pospolita wiejska świątynia. Ornaty na ołtarzu przyszarzały i postrzępiły się od starości, kapłańskie kapice zrudziały na słońcu. Kiedy rankiem wjechali na dziedziniec, u studni dwie niewiasty w podkasanych chłopskich sukniach poiły bydło, zaś gromadka dzieci w brudnych koszulinach ganiała wieprzka – nic podobnego nie powi

Zastanawiała się, jak wiele podobnych przybytków niepostrzeżenie wrosło w krajobraz Żalników. Tak, pomyślała, jest w tym kraju coś, co sprawia, że nawet zakon Zird Zekruna zmienia się i łagodnieje. Nie tylko on. Poprzedniej nocy zatrzymali się na krótki popas w gospodzie w jednej ze świąty

Ci, którzy byli ludźmi Pomortu, stali się ludźmi Żalników, pomyślała wtedy.

Jednak kapłani z orszaku Wężymorda nie kryli odrazy do panującego w świątyni rozprzężenia. Tym gorzej dla mnie, pomyślała Zarzyczka, gdyż starcy z kolegium kapłańskiego nie zaniedbają niczego, co mogłoby udobruchać zwierzchników. Obojętne, jak dalece przyjęli miejscowy obyczaj, piętna skalnych robaków pozostały nienaruszone i stanowią o najgłębszej istocie ich więzi z Zird Zekrunem. Kiedy dokończą inwokację i trzeci raz wypowiedzą pytanie, moc boga zmusi mnie, bym powiedziała, co zechcą.

A jeśli przyznam, że rozmawiałam z Koźlarzem, z bluźniercą, po trzykroć przeklętym przez samego Zird Zekruna i wypędzonym z Żalników, nie będą potrzebowali przyzwolenia Wężymorda, by spalić mnie na stosie.

– Czy spotkałaś świętokradcę? – zabrzmiało po raz ostatni.

Bóg w swoim żywiole, kimże jestem, by stawiać mu czoło? pomyślała z rozpaczą.

Zaprzecz, rozkazał w jej myślach głos Wężymorda.

Jego oblicze pozostało obojętne, nieprzeniknione, lecz siła inwokacji osłabła wystarczająco, by mogła oprzeć się i skłamać. Uczyniła to. I dopiero później, gdy zelżał ból, przypomniała sobie o źródłach jego siły.

Jednak pozwoliła, by wyprowadził ją z ciemnej pułapki cierpienia, strachu i bezsilności – jego zamysły były zbyt zawiłe, by próbowała je przeniknąć, ból zaś, który ściągnęli na nią kapłani, w kilka chwil złamał jej wolę.

Potem rozpłakała się ze wstydu i poniżenia.

Nie chciała tego, lecz moc Wężymorda przenikała ją na wskroś, łagodna, kojąca i sprawiała, że łzy płynęły coraz szybciej. Wciągnęła głowę w ramiona. Dlaczego, zastanawiała się, płacząc, dlaczego miałby ukrywać moje kłamstwa? Kto więc wypełnia wolę Zird Zekruna – kapłani, którzy mnie nienawidzą i nie kryją tego, czy też Wężymord, który wiosną ostrzegał mnie, bym była ostrożna? Czy może wszyscy?