Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 84 из 93

Wagner podał jej ręcznik. Wyjęła z torby galowy mundur Marines, on włożył swój wzór 31 – tropikalny uniform składający się z sandałów, płócie

– Możemy? – wskazał jej drogę do windy. Cierpliwie czekał, aż pani pułkownik dopnie nareszcie wszystkie guziki kurtki. Miała piękne ciało. Gdyby nie duży, typowo murzyński tyłek i zbyt długie stopy, byłaby wyjątkowo zgrabna. Żałował, że wokół było tylu żołnierzy i w związku z tym nie mógł podjąć próby zatrzymania jej pod prysznicem. Jednak do windy wsiedli tylko w trójkę, z Zorgiem, który się nie mył i zdążył załatwić wszystko szybciej. Najemnicy musieli najpierw zdać sprzęt.

– Teraz się przygotuj – mruknął, gdy ruszyli w górę.

– Na co?

– Na szok – uśmiechnął się smutno. Widział już wielu takich przybyszów z obcych stron, którzy byli tu po raz pierwszy. Był świadkiem, jak jeden Węgier zwymiotował z wrażenia, a słyszał od kolegów, że podobno pewien Arab zastrzelił się w amoku. Na szczęście Kristy-Anderson również nie miała broni przy sobie. Gdy dotarli na górę, szarpnął zdecydowanie dźwignię otwierającą drzwi.

– Proszę – przepuścił ją przodem.

Najpierw zmrużyła oczy, oślepione nawałą światła, potrząsnęła głową, a potem…

– Jeeeeez!!! – szarpnęła się w tył. – It’s not real!!!

– Przeciwnie – usiłował ją podtrzymać. – To wszystko jest prawdziwe.

– Jeeez! Jeeez!!! Shit!!! Fuckin’ bullshit!

– Ou yea… – mruknął Zorg. On również widział już niejedno w wykonaniu gości, którzy byli tu pierwszy raz.

Zszokowana Murzynka patrzyła na palmy, tuje i cyprysy porastające Wzgórze Wojewódzkie, gdzie była stacja wind z podziemi. Patrzyła na wypielęgnowane ścieżki, ławeczki w zieleni… Potem przeniosła wzrok na Ostrów Tumski, z wieżami starożytnych kościołów, minaretami meczetów i kopułami synagog. A potem zauważyła Odrę.

– Jeeeeeez!!! It’s river… Am I going crazeeee?!

– Nie. Widzisz prawdziwą rzekę.

– Skąd? – po pierwszym szoku przeszła na polski. – Skąd macie tyle wody na pustyni?!

– Nie daj się zwieść pozorom. To tylko kilkucentymetrowa warstwa. A dno pomalowali tak, żeby wyglądało na parometrową głębię – Wagner uśmiechnął się lekko. – Potem rurociągiem pompują wodę z powrotem i puszczają w ruchu ciągłym, tak, żeby wszyscy myśleli, że mamy prawdziwą, historyczną Odrę…

– O mamo… To pierwsza rzeka, jaką widzę w życiu. – Murzynka przeniosła wzrok na fullerowską kopułę kryjącą całe miasto, potem zerknęła na palmy. – Stać was na tyle plastikowych drzew?

– One nie są plastikowe. Są prawdziwe.

– Fuck!!! Jak to prawdziwe? Rosną?!

– Owszem.

– Jesus Christ… – o mało nie zemdlała. – Nie może być tak pięknie na świecie. A to… – wskazała najbliższe drzewo. – To może prawdziwe banany, co?

– Tak.

Podeszła bliżej. Usiłowała powąchać. Nagle targnęła się w tył, widząc podchodzącego z boku policjanta.

– Ja tylko patrzyłam, proszę pana! – krzyknęła spanikowana. – Nie dotykałam!!! Przysięgam!

Policjant parsknął śmiechem.

– Co pani? Pierwszy raz we Wrocławiu, czy co?

– Ja nie dotykałam! Nie dotykałam!!! Nie możecie mnie aresztować!

– Daj pani spokój…

Chciał odejść, ale powstrzymał go Wagner.

– Ona jest aż z USA. Może byśmy tak dali jej spróbować jednego?

Policjant wzruszył ramionami.

– Nie ma sprawy – wyjął z kieszeni bloczek i coś napisał na kartce. Potem przystawił swoją pieczątkę. – Proszę – podał Murzynce wyrwaną kartkę. – To jest pozwolenie na zerwanie jednego – zasalutował i odszedł, nie zajmując się więcej „wariatką”.

Sue Kristy-Anderson przełknęła ślinę.

– O czym mówiliście? – spytała, patrząc podejrzliwie.

– Możesz sobie jednego zerwać, Zuzia.

– Prawdziwego banana?

– Mhm.

Wyciągnęła szybko rękę w stronę drzewa, myśląc, że ich przestraszy. Ale nic z tego. Wagner czekał cierpliwie, a Zorg wysikał się na trawniku i teraz ziewał.

– No, dalej.

Dopiero teraz zrozumiała, że major mówi poważnie. Że ona naprawdę może sobie zerwać prawdziwego banana! Przełknęła ślinę i popatrzyła na całą kiść.

– Aaaa… A jak źle zerwę i spadną wszystkie, to mnie aresztujecie, tak?

– Nie wygłupiaj się, Zuzia. No! Do roboty.

Zerwała, w trakcie tej czy

– To się obiera, głupia „Czekolado” – pokazał jej jak. – Żresz środek, a resztę wyrzucasz do kosza na śmieci.

– Co to jest „kosz na śmieci”? – spytała.

– No kosz, gdzie… no… No, gdzie się wrzuca śmieci.

– A co to są śmieci?

– O żesz ty! To są resztki, niewykorzystane części czegoś, coś co ci się już nie przyda.

– I co się robi z tymi śmieciami? – patrzyła na Wagnera nieufnie. Banana pożarła. Teraz trzymała w ręku skórkę i jakoś nie mogła się z nią rozstać.

– Nie wiem. Wyrzuca się gdzieś – nie miał zielonego pojęcia, jak działa Zakład Oczyszczania Miasta. – No dobra. Możesz to sobie zachować na pamiątkę. Tyle, że ci niedługo zgnije.

Ruszył ścieżką w dół zbocza. Murzynka patrzyła w lekkim szoku na ocieniające drogę palmy, tuje, platany i cyprysy. Nagle krzyknęła.

– A co to jest?!

– Choinka.

– Co to jest „choinka”?

– No, takie drzewko. Sosna, czy modrzew… Szlag! Nie znam się, nie jestem botanikiem.

– Ty mi tu nie pieprz, Andy! Widziałam prawdziwe drzewa w muzeum w Detroit. I wiem, że drzewa mają liście. Nie wciskaj mi ciemnoty!

– To jest iglaste. Jezu, chodźmy wreszcie…

Znowu ruszył przodem, ignorując kolejne okrzyki i pytania pułkownika. Zaprowadził ją do małej knajpki na Moście Pokoju. Od kiedy znikły samochody, most okazał się za szeroki jak na potrzeby riksz i dorożek, więc z boku ustawiono stoliki. Leciutki wiatr, wywoływany przez monstrualne śmigła Wyspy Opatowickiej, przyjemnie chłodził skórę. Trzy stoliki dalej kilku Arabów, wyzwolonych na moment spod władzy islamu, uchlewało się w szybkim tempie. Tuż obok jakaś pani w średnim wieku jadła lody i uspokajała swojego cocker-spaniela, który usiłował obszczekiwać Zorga. Wokół było pusto, se

– Dzień dobry państwu. Czym mogę służyć?

– Ta pani jest z USA. Spróbujmy może dać jej sałatkę ze świeżych warzyw, jakieś wino… ale dobre. Coś z Afryki. I może bułkę. Tylko świeżuteńką, chrupiącą, posmarowaną grubo masłem. Aha, i niech pan dosypie dużo soli. Ona całe życie na syntetykach. Musi poczuć jakiś konkretny smak.

– Rozumiem. Dodam idokaminy.

– Nie, nie, nie. Żadnej chemii – Wagner uśmiechnął się lekko. – Wiem, że nie będzie jej smakować, ale… Niech raz w życiu dziewczyna spróbuje naturalnych warzyw.

– Oczywiście, proszę pana. Tylko… ta pani będzie miała później, eeee… sraczkę, za przeproszeniem.

– Trudno. A poza tym ona jest pułkownikiem Marines, jakoś przeżyje.

Wagner zamówił dla siebie instant whisky, a dla Zorga surową, siekaną świńską wątrobę i krople Waleriana.

– Ty… Andrzej – Murzynka odruchowo dotknęła swojego mundurowego pasa. Pewnie miała tam zaszyte złote dolary. Coś, co zrobiłoby wrażenie w Wielkiej Brytanii, może w Oslo, troszeczkę w Poznaniu. Tutaj cały pas mógł jej wystarczyć raptem na dobry obiad w szacownej knajpie. – Ile to będzie kosztowało?

– Nie wygłupiaj się. Ja stawiam.

– No, ale ile?

– Jakieś sto dwadzieścia, sto trzydzieści tysięcy złotych.

– Ile to na dolary?

– Dwa, trzy miliony. Nie wiem, przecież naszych walut praktycznie się nie wymienia.

Westchnęła ciężko.

– Dwa, trzy miliony? – przygryzła wargi. – Nie stać mnie.

– Przecież ja zapraszam.