Страница 77 из 93
– Whisky? – Seager zręcznie napełnił małe szklaneczki. – Przepraszam, że znowu pana trudzimy, ale zaszły pewne fakty…
– Nie jestem policjantem – przerwał mu Van Buren.
Mi
– Wiemy, że pracował pan nad sprawą Murraya.
– Tak, ale to nie ma nic wspólnego z waszym śledztwem.
– Pan musi… – Weickert łapczywie opróżnił swoją szklaneczkę. – Proszę…
– Chętnie wysłucham panów, ale co do pomocy… Zresztą mniejsza z tym. Proszę mówić.
Seager rozparł się nonszalancko w głębokim fotelu, jednak na jego twarzy widać było stres i napięcie.
– Nie chcę zanudzać pana szczegółami w rodzaju zablokowania drzwi, które uniemożliwiło aresztowanie Murraya, ani przez nikogo nie sprowokowanym zjechaniem windy wprost do podziemi – jedynego miejsca dającego jakąś możliwość ucieczki…
Seager otworzył leżącą przed nim teczkę.
– Ale dwie rzeczy zasługują na baczniejszą uwagę. Płacąc nieprawdopodobną sumę, ktoś spowodował usunięcie pryzmy cegieł zagradzającej Murrayowi jedyną drogę ucieczki.
Van Buren spojrzał na niego z namysłem.
– Po drugie – ciągnął Seager – ktoś wywołał zamieszki w południowej części miasta, które uniemożliwiły ściganie Murraya. Spowodowali je opłaceni prowokatorzy.
– Tak?
– Ustaliłem, że obie sumy przelano z konta Centralnego Banku.
– Chyba nie sądzi pan, że to zrobiłem ja?
Seager roześmiał się głośno.
– Moi pracownicy żartują ze mnie, że dzielę ludzi na dwie kategorie: głupich i nie aż tak głupich. Pan należy do tej drugiej.
– Wobec tego, czego pan ode mnie żąda?
– Chcę ustalić, kto na górze sprzyja Murrayowi. Chciałbym, żeby mimo wszystko spróbował pan przewidzieć, co zrobi…
– Programu Murraya nie ma już w Banku – wpadł mu w słowo Van Buren.
– A gdzie jest?
– Nie wiem.
– Pan żartuje?
– Naprawdę nie wiem. Jeszcze dzisiaj pracowałem nad nim, lecz w pewnej chwili przestał reagować na wezwania.
– Sądzi pan, że ktoś manipuluje zbiorami?
– Nie, to niemożliwe!
– Przecież musi być jakieś rozwiązanie…
Van Buren powoli obracał szklankę w dłoniach.
– Mogę tylko podzielić się własnymi przemyśleniami…
– Słucham.
Szef Banku uśmiechnął się lekko.
– Wszystkie programy są bardzo skomplikowane – powiedział cicho. – Mają też specjalne sprzężenia samozachowawcze. Myślę, że gdy Murray, w stanie silnej depresji, uaktualniał swój program w sklepie z bronią, doszło do… – Van Buren zawahał się. – Myślę, że jego program zyskał samoświadomość. A raczej coś w rodzaju świadomości… Jakiś jej pozór.
– Co?!
– No cóż, przecież programy są najdokładniejszym, jak to tylko możliwe, odbiciem osobowości poszczególnych ludzi. Z całą ich złożonością, komplikacją psychiki, masą sprzecznych emocji… To elektryczne istoty, i linia oddzielająca je od realnego życia jest naprawdę bardzo cienka.
– Ale…
– To, co tu usłyszałem, tylko potwierdza moje przypuszczenia.
– To stek bzdur!
– Zaraz – wtrącił się Weickert. – Ale dlaczego ten program pomaga Murrayowi?
– A pan nie pomógłby sobie samemu?
– Przecież to oznacza, że on ma władzę nad światem – powiedział Mi
Van Buren uśmiechnął się smutno.
– W uproszczeniu można to tak nazwać.
– Jak to? – Weickert spojrzał na niego przerażony. – Nie można go jakoś skasować?
– Jak? Zresztą najpierw trzeba go znaleźć.
– Przecież pan wie, gdzie go szukać.
– Nie mam pojęcia. Może ukrył się w komputerze supermarketu na Grenlandii, a może w tybetańskiej bibliotece? Poza tym mógł się powielić w setkach… co tam setkach, w milionach egzemplarzy. System jest połączony.
– Czy sądzi pan, że to prawda? – spytał sucho Seager.
– Czas pokaże.
Van Buren spojrzał na trzymaną w ręku szklankę. Długo nad czymś myślał, potem wylał whisky na podłogę.
– Nie zamierzam żyć w czasach, które teraz nadejdą – powiedział głucho. – Uciekam.
– A można uciec? – poderwał się Weickert.
– W pewnym sensie.
Jeśli nie liczyć se
– Przepraszam – Van Buren spojrzał na stos prospektów. – Chciałbym wyjechać na jakąś wyspę czy półwysep… Reklamowaliście to jako powrót do natury. Nie pamiętam nazwy, ale podobno nie ma tam elektroniki, łączności, komunikacji, ani nawet elektryczności.
– Tak. Wiem, o co panu chodzi.
– Czy są jeszcze miejsca?
– Oczywiście. Ile tylko pan zechce.
Van Buren wetknął kartę płatniczą w otwór bankomatu.
– Na jaki okres starczy mi pieniędzy?
– Słucham?
– Chcę wykupić miejsce na tak długo, na ile mnie stać.
Urzędnik zerknął na stan konta.
– Za wszystkie pieniądze?
– Tak.
– To będzie jakieś sto sześćdziesiąt lat. Ma pan masę forsy.
– Kupuję.
– Ale…
– Kupuję. Kiedy mogę tam jechać?
– Choćby dzisiaj – urzędnik sprawnie przelał pieniądze.
– Ja też chcę – Weickert wetknął w otwór swoją kartę.
– Proszę… Zaraz, co jest z tym monitorem?
Drgające pasy przebiegające przez ekran uspokoiły się.
– Przykro mi, nie ma już miejsc.
– Jak to? Przed chwilą mówił pan…
– Ktoś musiał kupić wszystko w i
– Ile było tych miejsc?!
– Kilka tysięcy. Wiem, że to dziwne, ale…
– Ja muszę tam jechać.
– Proszę dać spokój – powiedział Van Buren. – On nie chce pana wypuścić!
Weickert chwycił go za klapy marynarki, jednak Van Buren wyrwał się bez kłopotu.
– Proszę się do mnie nie zbliżać! Bez pana może mi się udać, dopóki on nic do mnie nie ma.
– Ale dlaczego ja…
– Niech pan mnie nie dotyka! Pan… Pan jest gorzej niż zarażony!
Van Buren wyskoczył na ulicę.
Urzędnik przyglądał się temu z głupią miną. Właściwie powinien zadzwonić do szpitala, żeby zabrali tych ludzi, ale myśl o wysokości prowizji od uzyskanej przed chwilą sumy sprawiła, że zaniechał tego zamiaru.
Koperta na biurku zawierała kartkę z bardzo krótkim tekstem. „Natychmiast wstrzymać dochodzenie przeciwko Paulowi Murrayowi”. Niżej widniał zamaszysty podpis prezydenta. Być może kto i
– Sprowadź mi wszystkich wolnych ludzi z patroli do garażu. Tylko spokojnie.
– Gdzie?
– Do garażu. Tego pod ziemią.
– Ale tam nic nie ma. Nie będzie nawet na czym usiąść.
– Właśnie. I pamiętaj, wszystkim będziesz szeptał do ucha. Żadnych telefonów!
Mi
W niecałą godzinę później kilkadziesiąt osób stało w mrocznej, betonowej sali. Seager uciszył gwar ruchem ręki.
– Mam dla was zadanie specjalne – powiedział cicho. – Na terenie tego miasta działa niezwykle niebezpieczny przestępca. Niebezpieczny… Nie znaczy to jednak, że jest profesjonalistą. Myślę, że potrafię przewidzieć, co zrobi.
Mi
– Sądzę, że będzie chciał wyjechać stąd jak najszybciej – kontynuował Seager. – Mimo wszystko to amator.
– Na czym polega niebezpieczeństwo?
– Ten człowiek opanował system informatyczny.
Ktoś z tyłu jęknął.
– Poza tym jest groźnym szaleńcem. Nie chcę, żebyście go aresztowali.
– A co mamy robić?
– Musicie go zastrzelić na miejscu – Seager żegnał się właśnie ze swoją karierą w policji. Właściwie jego wrodzona pedanteria to też choroba. Trudno. – Strzelać bez ostrzeżenia.
Kilka osób cofnęło się niepewnie.