Страница 74 из 93
Kapitan Irvin Seager był chyba najbardziej pedantycznym oficerem w całej policji. Na jego widok nawet sekretarka szefa chowała czytaną gazetę. Cieszyło go to. Teraz też uśmiechnął się, mijając wielkie, przeszklone drzwi. Wszedł do swojego gabinetu, gestem witając Mi
– Co mamy na dzisiaj? – spytał, siadając w obrotowym fotelu.
– Jakiś idiota dokonał napadu z bronią w ręku – Mi
– Dlaczego idiota?
Seager nachylił się nad blatem, przesunął wzrokiem po równych, kształtnych literach. Uśmiechnął się po raz drugi. Złośliwi twierdzili swego czasu, że Mi
– Rzeczywiście idiota. Dlaczego napadł na sklep? Przecież tam nie można niczego ukraść.
– Amator mocnych wrażeń.
– Ile zrabował?
– Baba sama nie wie. Jakieś dziesięć dolarów.
Seager odłożył raport.
– Ludzi ogarnia szaleństwo. Przecież sąd potraktuje to jako zwykły napad z bronią.
– Dwadzieścia lat więzienia – Mi
Za oknem odezwał się klakson. Potem, mimo szumu wentylacji, usłyszeli przekleństwa kierowców.
– Masz jego rysopis?
– Tak.
Mi
– A odciski?
– Zdjęte. Był bez rękawiczek.
– Badałeś je?
– Tak. Nie figuruje w naszej kartotece. Posłałem do centralnej.
– Słuchaj… Myślisz, że to narkoman?
– Nie wiem, zachowywał się dziwnie, ale nie był pijany. Chyba nie był też…
Seager przesunął palcami po leżących przed nim kartkach.
– Więc dlaczego?
– Znajdziemy go, prędzej czy później.
W pokoju obok zadzwonił telefon. Kłótnia na ulicy stawała się coraz głośniejsza. Po chwili rozległ się dźwięk rozbijanej gdzieś szyby.
– Cholera, przecież od czasu wprowadzenia rozliczeń przez konta w sklepach są tylko drobne. Żeby przynajmniej zaatakował jakiś supermarket, a tu…
– Tak cię to męczy, Irvin?
Seager spojrzał mu w oczy.
– Interesuje mnie człowiek, który ryzykuje dwadzieścia lat dla kilku dolców w czasach, gdy i
Po nocy spędzonej na dworcu metra Murray nie czuł się najlepiej. Szedł wolno przepełnioną w pora
– No, wchodzi pan czy nie?
Jakiś wyrostek pchnął drzwi pod jego ramieniem.
– Wchodzę.
Murray znalazł się nagle w gąszczu rozpalonych grą ciał. Automaty popiskiwały, strzelały i wyły, co w połączeniu z rozmowami i okrzykami ludzi sprawiało, że trudno było się porozumieć.
– Gdzie jest kasa?
– Co?
– Gdzie jest kasa? Potrzebuję pieniędzy!
Chłopak wskazał przeciwległą ścianę. Co prawda w tłumie ludzi ucieczka mogła być utrudniona, ale Murray nie wahał się; co więcej, był wręcz zdziwiony swoją determinacją. Kiwnął ręką chłopakowi i zaczął się przepychać w kierunku pomalowanej jaskrawo budki.
– I gdzie pan się tak spieszy? – usłyszał jeszcze z tyłu. – Chce pan stracić całą forsę?
– Nie. Chcę zyskać.
– Naiwniak. Ma pan system na „jednorękiego bandytę”?
– Mam coś lepszego.
Murray zatrzymał się przed małym okienkiem.
– Ile pan ma pieniędzy? – spytał.
– Dla pana wystarczy – mężczyzna w kantorku wyjął worek z bilonem. – Ile pan chce?
– Wszystko.
– Co?!
Murray wyjął rewolwer.
– Wszystko – powtórzył. – To jest napad!
Jeden z podnieconych grą gości podszedł bliżej.
– Hej, to jakaś nowa gra? Chcę się przyłączyć. Ile płacę?
– Ty też dawaj wszystko!
– Jasne. A kiedy będzie moja kolej?
– Co?
– Kiedy ja będę napadał?
– Psiakrew! – zdenerwował się Murray. – To nie jest żadna zabawa!
Mężczyzna w kasie wychylił się na zewnątrz.
– Pan zwariował?
Murray podniósł rewolwer i ściągnął spust. Huk, zwielokrotniony w zamkniętym pomieszczeniu, zagłuszył wycie automatów i wszelkie i
– Szybciej!
Mężczyzna w kasie drżącymi rękami układał woreczki na ladzie. W nagle zapadłej ciszy słychać było brzęk monet.
– Patrz, Luke – krzyknął ktoś z tyłu. – Jakiś facet obrabia kasę!
– Szybciej!
Mężczyzna pakował woreczki do wyciągniętej skądś torby.
– Hej, człowieku… Zabierz im wszystko!
– Nareszcie ktoś się wziął za tych złodziei!
Powoli narastał szum głosów. Murray chwycił torbę.
– No jazda, gapie! – ryknął jakiś schrypnięty bas. – Przejście dla bohatera narodowego!
Goniony gwizdami i coraz głośniejszym śmiechem, Murray wybiegł na ulicę.
Seager rozejrzał się niepewnie po ogromnym hallu Centralnego Banku. Mi
– Przepraszam za to nagłe wezwanie – powiedział, odpinając kołnierzyk. – Ale zwaliło się naraz tyle spraw…
– Mam nadzieję, że nie jechałem niepotrzebnie.
– Oczywiście, Irvin. Umówiłem cię z dyrektorem Van Burenem. To na najwyższym piętrze – Mi
– Nasz kowboj dokonał kolejnego napadu – podjął, gdy kabina ruszyła w górę. – Tym razem na salon gier.
– Facet musiał już całkiem zgłupieć. Ile zwinął?
– Około pięciuset dolarów – Mi
– Cholera.
Seager zamyślił się nad czymś.
– Spryciarz. Płacąc gotówką uniknie identyfikacji – powiedział po chwili. – Co prawda na długo mu nie starczy.
– Będzie zwracał powszechną uwagę. A poza tym… Już go prawie mamy. To Paul Murray, inżynier.
– Skąd wiesz? Listy gończe?
Mi
– Jesteśmy…
– Tak, wiem – przerwała mu sekretarka. – Proszę.
Zajęli miejsca w pustym gabinecie.
– Pan dyrektor zaraz przyjdzie. Czy zamknąć drzwi?
– Jeśli można.
Seager odwrócił głowę.
– Kto go rozpoznał?
– Lawrence Boyd. Sprzedawca w sklepie z bronią.
– Kupował tam coś?
– Tak. W dniu pierwszego napadu nabył Whirlwinda. Niezła broń dla amatorów. Duża.
– Dobra też dla czołgistów… Zamiast działa.
– Boyd zaktualizował jego program osobowościowy. Widziałem wydruk.
– Dziwne. Program nie wykazał jego zamiarów?
– Nie.
Mi
– Ale to jeszcze nie wszystko – zaciągnął się dymem. – Murray chciał chyba popełnić samobójstwo w parku. Co prawda facet ze służby parkowej twierdzi, że próbowano go zamordować, ale sądzę, że była to tylko przerwana próba samobójstwa.
– Dlaczego? – Seager strzepnął popiół, czubkiem palca zbierając to, co nie wpadło do popielniczki.