Страница 6 из 71
– Kurwa!
– Czekaj, kochanie… Poleciłem zorganizować nasze wojska jak górskie dywizje. Całe zaopatrzenie na mułach. Możemy iść przez las. Możemy…
– Popełnić samobójstwo.
– Ominąć Drugi Mieszany i…
Zrozumiała jego plan. Przejść pod bokiem. Przedwiośnie może to sprawić. Kiedy oni będą zamknięci w fortach. A niech sobie, osłabiona nawet, „zwykła” Armia Arkach, która pozostanie na granicy, radzi sama z Drugim Mieszanym.
– No ale… Pierwszy Gwardyjski spadnie nam na kark, a Mohr uprzątnie ciała.
– No – niespodziewanie przyznał jej rację.
– Słuchaj – spojrzała na niego. – Czego się najbardziej boimy w Negger Bank?
– Równin i dróg – odparł natychmiast. – Wszystkiego tego, co pozwoli im rozsmarować nasze lekkie jednostki.
– Bosko! – roześmiała się. – Powiedziałeś dróg?
– No.
– No to robimy tak: omijamy nie tylko Drugi Mieszany Suhrena, ale też Pierwszy Gwardyjski dowodzony przez Teppa. Walimy, wykorzystując, co się da, do wybrzeża po zaopatrzenie Chorych Ludzi i przed nami tylko Mohr.
– Dziewczyno – potrząsnął głową. – Wiesz, co to są linie zaopatrzeniowe, które oni mogą przerwać?
– Co za różnica? Przerwą i tak. Nie sądzisz chyba, że Armia Arkach pokona Drugi Mieszany… Albo dostaniemy amunicję z łodzi Chorych Ludzi, albo nie. Żarcie armia zapewni sobie sama.
Zamyślił się. Jego ręka, którą masował czoło, drżała. Coś dziwnego rozświetlało mu oczy. Wydawał się przytomny i nieprzytomny zarazem. Narkotyk sprawiał, że jego głowa chwiała się lekko, ale myśli były trzeźwe. Armia zorganizowana na wzór górskich dywizji, ciągnąca zaopatrzenie na własnych, prowadzonych za uzdę koniach i mułach, rzeczywiście mogła dokonać czegoś takiego. Zamiast walczyć z przeważającymi siłami… po prostu je ominąć. Armia Arkach, która pozostanie na granicy, powi
– Jak długo będziemy musieli wytrzymać w Luan? – spytała Achaja.
– Zaan uderzy na wiosnę. Myślę…
– Nie licz na to, że dojdzie choćby do Syrinx.
Zagryzł wargi.
– Królestwa Północy też uderzą… – skrzywił się, kiedy machnęła lekceważąco ręką. – No dobra. Powiem ci – zerknął na chłopską rodzinę skupioną pod ścianą, ale… ich obecność nie miała żadnego znaczenia. Już nie miała. – To będzie wojna nowego rodzaju.
Wyjaśnił jej, że Królowej udało się wymóc udział sześciuset wojowników z Wielkiego Lasu. Ale ten oddział nie wzmocni sił głównych. Nie miałoby to zresztą sensu. Wojowników i tysiąc rycerstwa z Północy pośle się przodem i bokami. Nie po to, żeby walczyli. Przecież w Luan zmiecie ich dowolny zorganizowany oddział wojska. Nie. On planował co i
Potrząsnęła głową.
– Chcesz wszystkich zamordować?
– Przecież wsie i tak zawsze były palone.
– Ale nigdy w zorganizowany sposób.
Wzruszył ramionami.
– Wiesz… mam wrażenie, że byłoby mi wszystko jedno, czy zabije mnie ktoś przypadkiem, czy w sposób zorganizowany – zerknął na nią. – Zresztą tu nie chodzi o zabijanie. Tylko o terror, niszczenie. Rycerze uderzą na wsie i małe miasteczka. Chłopi pewnie uciekną w las, ale tam będą na nich czekać wojownicy. Żadnych starć z wojskiem. Żadnych niepotrzebnych rzezi, bo nie o to tutaj chodzi.
– A o co? – spytała rozeźlona.
– Jak to? Oni mają uciekać – uśmiechnął się rozbawiony. – Jeśli jeden z drugim, chłop, mieszczanin, rzemieślnik czy kupiec zostanie napadnięty i złupiony, a w lasach ukryć się nie będzie sposób, bo tam grasują potwory, to…
– To co?
– Tysiące ludzi rzuci się do ucieczki pod opiekę garnizonów. Tysiące ludzi! Z dobytkiem, który zdołali wynieść, z wozami, z rodzinami. Oni zatkają imperialne drogi. A jeśli nawet dotrą do jakichś zorganizowanych oddziałów, to pan oficer, który tam dowodzi, będzie ich musiał żywić – Biafra uśmiechnął się znowu. – Czym? Odbierze od ust swoim żołnierzom? Zrobimy im taki burdel, że kwatermistrzowie sami będą się obwieszać.
Teraz ona wzruszyła ramionami.
– Burdel czy świątynia – mruknęła – dalej mamy parę tysięcy na sto!
– Ale też możemy bić się z kolejnymi oddziałami osobno. Nie uderzą całą siłą, bo nigdy nie zdołają ich zebrać. Ale to nie wszystko. Wiesz, co zabija najwięcej żołnierzy?
– Chyba i
– Błąd – uśmiechnął się. – Nieprawda.
– Kurde! A co?
– Sprawdziłem wszystkie raporty, do jakich mogłem się dostać. I przeliczyłem sobie. Na jednego żołnierza zabitego przez wroga przypada pięciu, którzy zmarli od nieleczonych ran, chorób, złego żywienia.
– Ilu?
– Pięciu – powtórzył. – Jeśli stuosobowy oddział ma straty w bitwie rzędu dwudziestu zabitych żołnierzy, to potem i tak znika, bo pozostali umierają z różnych i
– Żarłam różne dziwne rzeczy, jeśli ci o to chodzi. Ale pięciu do jednego?
Machnął ręką.
– Pamiętasz dwudziestotysięczny korpus Tyranii Symm wysłany dla oskrzydlenia Li
– Prawie dziewięć tysięcy po przejściu na brzeg morza – wyrecytowała z pamięci.
– A ile bitew odbyli? – nachylił się w jej stronę.
– Bogowie! – wyrwało jej się mimowolnie. – Żadnej!
– Widzisz? – szepnął. – Dziewięć tysięcy żołnierzy zmarło bez jakiejkolwiek bitwy? Dlaczego?
Patrzyła na niego osłupiała. Te fakty znali wszyscy, którzy poznawali taktykę i strategię. Ale wnioski wyciągnął jedynie Biafra.
– Zaraz, kurde – nie mogła uwierzyć. – Przecież tam był wyjątkowo trudny teren.
– Tak – Biafra zgodził się natychmiast. – Ale dwa lata po Symm tę samą drogę, tyle, że w drugą stronę, odbył strateg Ge
Potrząsnęła głową.
– Dlaczego?
– Tam bagna, wyziewy, uroczyska. Jeden z medyków Ge
– Ge
– No to co? Troy ze swoją wielką Armią Wschód miało kłopoty z Symm. Li
– Kurde, człowieku, przecież to była wieloletnia wojna.
– Głównie na morzu. Ale… tak czy tak, malutkie księstewko napluło w twarz wielkiej Tyranii. I ma się dobrze! A Symm? Z jednej strony Troy atakujące dowolny port, jeśli… no na przykład, jeśli jakiemuś waszemu strategowi nie spodoba się pogoda w danym dniu. Równie dobry powód jak każdy i
Biafra rozmasował policzki.
– I co? – kontynuował. – Wystarczyło, że malutki książę Li
– Li
Biafra roześmiał się na cały głos.