Страница 44 из 71
Tepp odetchnął. Nikt nie zamierzał skazać go na szybką śmierć za to, co powiedział.
– Co z So
– Bortar trzyma miasto i część drogi do Syrinx.
– Jak to „część”?
– Nie bardzo wiadomo. Kupy niewolników wyłapują gońców.
– A Kye?
– On organizuje nową armię na północy.
– Niech atakuje tym, co ma.
Nikt nie śmiał się odezwać. Złowroga cisza zaległa w sali tronowej.
– No co jest? – zdenerwował się cesarz. – Mówcie.
Szef Drugiego Wydziału Imperialnego Sztabu nie był człowiekiem odważnym. Zaczął kaszleć. Któryś z przydzielonych do sztabu setników był jednak albo odważny, albo głupi.
– Kye nic nie ma – powiedział.
Cesarz usiadł na zydlu przy stole sztabowym.
– Co?
Szef sztabu odetchnął głęboko.
– Kye posłał swoje siły na Dien Phua. Nie ma żadnych rezerw.
– Przecież mówiliście, że Dien Phua spalone.
– To prawda, panie. Formuje się tam nowa armia.
– Bogom niech będą dzięki. Nareszcie ktoś się wykazał refleksem.
Sztabowcy pospuszczali głowy.
– No co jest? – cesarz zerknął podejrzliwie.
– To… – Szef Drugiego Wydziału przełknął ślinę, jakby w gardle miał coś, co blokowało mu słowa. – To Druga Ochotnicza Armia Wyzwolenia Luan…
– Kpisz?
– Nie, panie. Oni naprawdę uwolnili wszystkich niewolników.
– Czy ja śnię? – spytał cesarz.
– Ale oni nie są groźni. Szacujemy liczebność na piętnaście, maksimum szesnaście tysięcy żołnierzy w linii. Dowodzonych byle jak, już chyba tylko przez dziesiętników z Troy i sierżantów z Arkach. Aha! No i… plus dwieście pięćdziesiąt tysięcy pomocników.
– Coooooooo???
– Dwieście pięćdziesiąt tysięcy pomocników. Ale to same kobiety i dzieci. No… trochę naszych kalek i weteranów, co poszli w niewolę za długi.
– Kobiety i dzieci z kalekami w linii? Czy ja śnię? – powtórzył cesarz.
– Oni nie walczą, panie. Budują mur oporowy przeciwko Bortarowi. Chcą przegrodzić całą prowincję i obsadzić go Drugą Armią.
– Przecież tam nie ma nawet kamieniołomów.
– Oni rozbierają imperialne drogi. To jest dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi wdrożonych do ciężkiej pracy. Podobno niektórych nie zdążyli nawet rozkuć – szef Drugiego Wydziału znowu przełknął ślinę. – Mur będzie gotowy za dwa, trzy dni.
Cesarz potrząsnął głową.
– I zatrzymają Bortara?
– Mmm… Trudno powiedzieć. To jest naprawdę bardzo mało groźny związek… ale… jak wybudują mur, to…
– Mów jaśniej.
– Bortara stopuje co i
– Czyżby Trzecia Ochotnicza Armia Wyzwolenia Luan? – zakpił cesarz.
– Nie, panie. Trzecią Armię tośmy rozgromili pod So
– Więc co stopuje Bortara?
– Czwarta Armia, panie.
– „Ochotnicza”? – jęknął cesarz.
– Nie, panie. Za zrabowane nam złoto niewolnicy kupili sobie pięć tysięcy najemników. Tyle co nic, ale… dowodzi nią jakiś karzeł, zwany „Krótki”. To ktoś od nas, z pałacu. Realizuje naszą starą taktykę: „Armia samym swoim istnieniem szkodzi przeciwnikowi”. Najemnicy stoją na wzgórzu pod So
Przerwało im wejście osmolonego oficera gwardii. Warty przed salą tronową, złożone z liniowych żołnierzy, nie wiedziały po prostu, że każdego, nawet oficera, należy zaanonsować. Niewolniczy bunt w pałacu musiał jednak przynieść jakieś skutki. Wdrożona do etykiety obsługa przestała istnieć.
Cesarz nie obraził się jednak.
– No co tam? – spytał.
– Wasza Cesarska Mość – oficer runął na kolana, bo nie wiedział, jak się zachować. Sztabowcy krzywili się zniesmaczeni. Żołnierz nie klęka i nie pochyla głowy! Bo przecież wykonuje wtedy ukłon Godłem Cesarstwa, które ma na hełmie. A godło to coś, czego nie wolno pochylać, nawet przed cesarzem. – Wasza Cesarska Mość… Armia Troy zdobyła Bramę Pokutniczą i…
– Milcz – cesarz podszedł do okna. Dłuższą chwilę obserwował rozświetloną tysiącami ogników Syrinx. To miasto było takie piękne. – Żegnaj – szepnął.
Oficerowie ze sztabu zagryźli wargi. Wiedzieli, co teraz nastąpi. A każdy przecież miał w stolicy rodzinę, krewnych, swój majątek… Szlag!
Cesarz odwrócił się od okna.
– Zdenerwowali mnie – szepnął jakby na usprawiedliwienie tego, co miał zaraz powiedzieć. Oficerowie sztabu skurczyli się w sobie. Każdy wiedział, co za rozkaz padnie zaraz.
– Wyprowadzić z koszar Ciężki Dahmeryjski Korpus Szturmowy – zakomenderował cesarz.
– O Bogowie – wyrwało się komuś z tyłu. – To już po Syrinx.
Ktoś oparty o framugę okna powtórzył za cesarzem:
– Żegnaj, miasto mojego dzieciństwa.
Nolaan wyprowadził Mereditha z sali.
– Muszę się położyć na chwilę – wyjaśnił. Gorączka telepała nim coraz bardziej. – A tu do jutra nie wydarzy się nic ciekawego.
Czarownik skinął głową.
– Przyjdę w nocy, przyślę też imperialnego medyka.
Nolaan był już średnio przytomny. Nawet nie skinął głową, wlokąc się do swojej komnaty. Meredith skierował się do pokoju lekarzy. Znalazł, prawie od razu, jednego z mistrzów. Kazał mu iść do pokoju księcia. Na pytające spojrzenie tamtego smutno zaprzeczył ruchem głowy. „Przynieś choć ulgę” – rozkazał. Nolaan był trupem. Nie pierwszy i nie ostatni, który odchodził w niepamięć razem z Cesarstwem.
Czarownik ruszył w stronę swojej komnaty. Dahmeryjczycy! Zaklął. No to… rzeczywiście, już po Syrinx. Dahmeryjczycy… Naród górali, żyjący na spłachetku skał, słynący z wyrobu najlepszej broni na świecie. Ich kraj nie mógł wyżywić ich dzieci. Młody człowiek, obojętnie, chłopak czy dziewczyna, miał więc do wyboru: albo zająć się wyrobem mieczy, kusz i sztyletów, albo sprzedać się jako najemnik do któregokolwiek z państw, które były w stanie zapłacić niebotyczne wprost sumy za ich służbę. Z tego, co Meredith wiedział, kasa w ich oddziałach była wspólna. Kto ginął, przekazywał swój żołd pozostałym. Dlatego ci, którzy przeżyli, wracali do siebie bogatsi niż niejeden król. Dahmeryjczycy się nie oszczędzali. Nie znali pojęcia honoru. Jedynym „honorem”, który trafiał do ich zakutych, góralskich głów, było: wykonać zadanie! Wykonać zadanie!!! Jakiekolwiek nie było. W jakichkolwiek warunkach. Jakimikolwiek siłami. „Toż nie po to nam płacą zawrotne sumy, byśmy we trzech choćby nie przyprowadzili demona z krainy śmierci” – mówili. Jeśli pan każe dla rozrywki, to połowa oddziału rzuci się na drugą połowę i zginą wszyscy oprócz ostatniego zwycięzcy, ale… on wróci do domu bogatszy niż sam cesarz. Jeśli pan każe, żeby nawet o krok nie cofnąć się od swoich pozycji zajętych przed bitwą, to Dahmeryjczycy nie cofną się ani o krok. Sły
Dahmeryjczycy byli teraz na ulicach Syrinx. Cały problem z tymi oddziałami był taki, że oni słabo raczej odróżniali swoich od obcych. „Wykonać zadanie” – to ich jedyny imperatyw. Jeśli trzeba będzie spalić miasto, by wykonać rozkaz, to… spalą.
Meredith drgnął zaskoczony widokiem A