Страница 9 из 116
– Jak to? Wpław?
– A jakże. Siła ich dopłynęła do łachy, na którą łodzie kupieckie wyciągano. Chciałem iść już. Co będę się kaźni przyglądał, ale oni… – poseł znowu łyknął wina. – Oni, jak dopłynęli, to za miecze i tłum, co się tam zebrał, siec zaczęli.
Meredith, choć bywały w świecie, skrzywił się z odrazy.
– No to ich chyba wojsko raz dwa rozproszyło? – powiedział Archentar.
– Jakie wojsko? Toż wojsko na okrętach bitwę czyniło! Straż uderzyła i murowi. Ale tam tłum był, przestrach i krzyki… Nie doszli. Ciżba runęła do bram, a Chorzy Ludzie wśród nich. Dźgając kobiety na równi z i
– Nie zamknięto bram?
– Jak? Ciżba uciekała do miasta. Jak unieść most, skoro dwustu chamstwa po nim biegnie? Przy kole nikt nie wydoli, a i liny się pourywają.
– A Chorzy Ludzie wśród nich?
– Jak mówię. Na ulicach się rozluźniło trochę. Straż przyparła kilku „topielców”. Ale reszta… Tu do karczmy się wdarli, drzwi zamknęli i dawaj z rodziną karczmarza sobie poczynać. Straż szturmuje, a oni śmiechy sobie urządzają. To w końcu żołnierstwo z dymem karczmę puściło. To się dopiero ciżba obruszyła. I dawaj barwę straży lżyć, kamieniami obrzucać. A z takim uporem, że straż się cofnęła. Panowie oficerowie na zamek pobiegli, komendy wyglądać. Co czynić? A pan burmistrz właśnie w świątyni był. Ktoś go nożem dziabnął na schodach.
– Chorzy Ludzie?
– A któżby? Pan komendant straży jeno na konia zdołał wsiąść, jak go ktoś mieczem pomacał. I już we krwi leżał. Straż zbója, który to zrobił na strzępy rozerwała, jeszcze ubranie miał mokre. Ale co dalej? Kto ma komendę brać? A tu domy płoną. Chamstwo tumult czyni, w świątyniach kapłani pokotem leżą i nikt nie wie, kto ich do własnych bogów wyprawił. Ktoś rabuje domy, składy, kantory… Chorzy Ludzie czy zwykły gmin zamieszaniem rozzuchwalony? Wtedy do księcia, pod pałac, straż ruszyła – tam się najazdowi przeciwstawić. I nawet wydawało się, po krzykach i nawoływaniach sam książę na schody wychodzi… Ale nie… To jakiś cham z Chorych Ludzi, jeno w skrwawionym i rozdartym, książęcym płaszczu. Pije to swoje bezbarwne, cuchnące wino, pluje i urąga… i złorzeczy wszystkim, i wszystkiemu wokół. Straż się rzuciła, ale zdążył jeszcze krzyknąć, że bogactwa księcia teraz do każdego należą, bo nie ma już władzy w mieście Hem… Potem było tratowanie, i rabowanie, i palenie… ale nie Chorzy Ludzie to urządzili. Nie było już miasta Hem. Gdy bramę chyłkiem opuszczałem to Chorzy Ludzie ogłaszali, że teraz już ceł nie ma, ani podatków, że każdy sobie panem być może. Potem swoją władzę ustanowili, a ze wzgórz jeszcze zdążyłem zobaczyć, jak opornych z murów zrzucają.
– Bitwę przegrali i miasto zdobyli?
L’ath smętnie skinął głową.
– Nie orężem tylko świństwem zdobyte. Nie ma u nich komendy, nie ma porządku. Ale jak wściekłe psy gryzą. Jak ucapią, życia nie stanie.
Z całego towarzystwa jedynie Achaja zwróciła uwagę na zmianę, jakiej poddał się język posła. Nadworny kronikarz i nauczyciel kaligrafii, wiele razy zwracał jej uwagę, żeby uważała na język, jakim ludzie mówią. Każdy niby mówi tak po prostu. Oczywiście inaczej chłopstwo, inaczej kupiectwo, a jeszcze inaczej panowie. Ale nie o to tu chodzi. Zupełnie inaczej ludzie mówią na co dzień, a inaczej zapisuje się to w kronikach. Jeśli ktoś nagle zaczyna mówić „kronikarskim” językiem, to znaczy, że albo nie opowiada tego, czego sam doświadczył, albo owszem, ale było to dawno, zdążył podyktować wspomnienia, które kronikarze uwiecznili, a on sam potem je czytał, jak każdy i
Meredith pokiwał smętnie głową.
– Taaaak. Też już widziałem Chorych Ludzi. Ale kilkudziesięciu raptem.
– Gdzie to było? – zainteresował się Archentar. – Opowiedzcie o tym, panie czarowniku.
– Jeśli nie znudzę słuchaczy… – powiódł wzrokiem po wszystkich obecnych, ale nikt oczywiście nie zgłaszał zastrzeżeń. – Byłem na uroczystości odnowienia ślubów Tyrana Symm. Miasto Heberon, też port – zerknął w stronę posła. L’ath uśmiechnął się lekko.
– Przecież Chorzy Ludzie go nie zdobyli.
– Ach, nie, nie… bronili nawet. Ale do rzeczy. Otóż dziwna to była uroczystość. Wojska Li
– Ludzie? – zdziwił się Archentar. – Nie psy?
– Wszystkie psy dawno zjedzono w czasie oblężenia. Dziwna to była uczta. Wojska Li
– A gdzie Chorzy Ludzie? – spytał L’ath.
– Ano tyran zgromadził wiele osobliwości. Były dziwne ptaki, pawie, piękniejsze niż honorowa gwardia, były słonie – żeby je na sale wprowadzić musieli dwie ściany w pałacu rozebrać – dziwne kwiaty, które chwytały owady jak zwierzęta w paszczę. Byli i Chorzy Ludzie. Czterdziestu ich tyran sprowadził, płacąc ich władcy by huk dawali, czyniąc dym…
– Co dawali, przepraszam? – nie dosłyszał L’ath.
– Huk. Otóż wszyscy mieli ze sobą długie rury, muszkiety, czy jak im tam. I jak wszyscy naraz pod ścianą się ustawili, to huk i dym taki zrobili, że kawałki powały spadły na gości.
– No taaaak… – mruknął Archentar. – Może i dobrze, że Tyran Symm wojnę przegrał. Powałą gości podejmować? To i bez Chorych Ludzi da się uczynić.
– I taniej wyjdzie niż jadłem – roześmiał się L’ath.
– Takie zdania i wśród poruszonych książąt padały – ciągnął Meredith. – Ot, dali palbę, poszli i starczy. Niespodzianka się tyranowi niezbyt udała – czarownik przerwał na chwilę i pociągnął łyk ze swojego kielicha. – Następnego dnia rano wojska Li