Страница 47 из 116
Zaan podszedł do łoża zdziwiony, że nie słyszy skrzypienia drewna pod butami, a jedynie ciche plaskanie wilgotnych, spęczniałych kobierców. Ta komnata zrobiła na nim większe wrażenie niż jakakolwiek sala o ścianach ze szczerego złota i suficie z kości słoniowej, jaką spodziewał się ujrzeć.
Książę leżał na boku wpatrzony w stojącą przed nim tacę pełną winogron, granatów, brzoskwiń, moreli, cytryn, pomarańczy i dziesiątków i
– Panie… – Zaan ukłonił się na swój prostacki sposób. Owszem czytał wcześniej, ale czy można z czytania wynieść wiedzę, co to naprawdę jest pełny ukłon, półukłon, ćwierćukłon, trójukłon, ukłon ważony na takty z przydechem?… Nie nastąpiła żadna reakcja. Zaan ugiął kark jeszcze bardziej, jednocześnie wyjmując pismo i wyciągając je przed siebie w drżącej znienacka ręce. Nie wiedział, ile tak trwał. Czas dłużył się lub skracał, trudno powiedzieć. Dziwne myśli rodziły się w głowie, atmosfera wokół stawała się paradoksalnie coraz bardziej se
– Wielki panie… – powtórzył, Zaan kładąc pismo tuż obok tacy. Znowu żadnej reakcji. Nie wiadomo jak długo tkwili w tej samej pozycji. Reumatyzm w każdym razie dawał coraz bardziej odczuć, że zgięty kark nie jest naturalną pozycją dla ciała. Z dołu, spod podłogi, dochodził szum fal. Skądś z dala, przytłumione, ledwie słyszalne, odgłosy nawołujących się wart. Książę przeniósł wzrok na swoje własne stopy, obute w kunsztownie szyte sandały.
– Mówisz, że pismo przywiozłeś? – cichy szept był ledwie słyszalny. – No to czemu nie otwierasz?
Zaan wyciągnął rękę, żeby wziąć z powrotem kopertę, ale po chwili cofnął ją znowu. Cichy głos miał w sobie jakąś moc, uświadomił mu, że próżno porywać się na kogoś stojącego tak wysoko.
– Pismo jest dla ciebie pa… Wielki Pa… Panie… – wyjąkał siłą odruchu.
Książę podniósł zwinięty papier i obejrzał pieczęć, zanim ją złamał.
„Ten, kto przynosi to pismo, mówi, jakobym to ja mówił. Jego słowa są moimi słowami. To, co powie, ja powiedziałem”
– I tyle? Co się dzieje na północy? Inkaustu wam zabrakło? – raczył zażartować Wielki Książę.
Zaan nie wiedział, czy wypada mu się roześmiać, czy raczej trwać w milczeniu. Ugiął się jeszcze bardziej, nie śmiąc spojrzeć w oczy człowieka leżącego tuż obok.
– Mów – szepnął książę.
– Panie… Wielki Panie – poprawił się Zaan, usiłując po raz kolejny nadać swojemu głosowi choć trochę pewności siebie. – Po latach trudów, sługom Zakonu udało się odnaleźć twojego… syna!
Książę nadal trwał w idealnie nieruchomej pozie. Jedynie kciuk prawej ręki ocierał lekko o palec wskazujący, zupełnie tak, jakby na skórze był jakiś pyłek, który należało strząsnąć.
– I co?
Zaan, gdyby umiał, musiałby zacząć się modlić do Bogów. Spodziewał się wszystkiego. Że książę, krzycząc z radości, ozłoci go na miejscu, że splunie i każe oddać go katu. Zadane zupełnie obojętnie pytanie wstrząsnęło nim tak, że zapomniał języka w gębie. Cisza przedłużała się nieznośnie.
– Pa… Wielki Panie – odchrząknął wreszcie. – Książę Sirius jest tu ze mną.
Wielki Książę Orion musiał zetrzeć już pyłek z palca wskazującego. Kciuk przeniósł się na palec serdeczny, pocierając go równie leniwie jak poprzedni.
– Mów, mów – ziewnął książę. – No co tam u was słychać?
Zaanowi uwięzło coś w gardle. Czuł się jak we śnie. Jak w najgorszym z koszmarów.
– Latoś obrodziło… – było mu już wszystko jedno.
Wielki Książę uśmiechnął się lekko, doceniając poczucie humoru człowieka w cieniu katowskiego miecza. A przynajmniej tak zdawało się Zaanowi. Orion utkwił w nim zupełnie przytomne spojrzenie.
– No dobrze. Mów.
– Panie – Zaan zapomniał o słowie „Wielki” – Słudzy Zakonu…
– To już słyszałem.
– Tak… To jest znaleźliśmy go na galerach. Piraci napadli na okręt Tyranii Symm, nasz czarownik…
– Pomiń nieistotne szczegóły – Książę ziewnął po raz drugi tego wieczora.
– Cały problem, Wielki Panie, zarysował się dopiero po uwolnieniu Siriusa. Okazało się, że w naszych księgach istnieje zapis, iż jeden z naszych czarowników już wcześniej odkrył jedną z możliwych dróg uwolnienia twojego syna. Ktoś zaniedbał, ktoś nie przeczytał lub nie zwrócił uwagi. Wiele głów potoczyło się po schodach zamku na wyspie Zakonu. To nasza największa kompromitacja, panie. Dlatego wysyła mnie Mistrz Północy, a nie czarownik Wyspy, ani ktoś stąd, panie. Jest rzeczą najwyższej wagi, aby nic nie dotarło do sług Zakonu tutaj, zanim zakończy się śledztwo, które powie, kto zawinił w tej materii. Nikt nie może się dowiedzieć o roli Zakonu, zanim my nie dowiemy się…
„O czym on bredzi?” – pomyślał Wielki Książę. Jakiś pętak, z silnym północnym akcentem, ubrany gorzej niż ostatni staje
– Możesz przestać bełkotać – mruknął Wieki Książę, przerywając potok wymowy Zaana. – Zrozumiałem, co twój pan chciał mi powiedzieć.
Zaan, tak jak poprzednio dworzanin, wciągnął ustami powietrze i wypuścił je bez słowa. Orion ociężale podniósł się z łoża.
– Gdzie mój syn? – spytał.
– Pa… Wielki Panie, czeka w komnacie, tu w pałacu…
– Przyprowadź go – w oczach Oriona zaszkliły się łzy. Odzyskuję syna! Bogowie, czemu na tak krótko?!! Jak długo pozwolą mu żyć?
– Panie! Proszę jeszcze o chwilę uwagi – odważył się powiedzieć Zaan. – Minęło wiele lat.
– No?
– I… po tylu latach… pewnie rozpoznać młodego księcia będzie trudno.
– Co? Nie wiecie czyście znaleźli tego, co trzeba?
– My wiemy – skłonił się Zaan. – Ale lepiej, żeby potem złośliwe języki nie cięły go zbytnio.
„Pomyliłeś słowo»języki«ze słowem»sztylety«durniu” – pomyślał Książę. Ale głośno dodał: