Страница 4 из 116
Asija nagle odwróciła się i wyszła bez słowa. Już za drzwiami oparła się plecami o chłodny mur i zakryła twarz dłońmi. Musiała się uspokoić, żeby wygrać tę ostatnią już bitwę z Archentarem. Pozbędzie się tego krówska na zawsze! Na zawsze, psiamać!!!
Achaja klęczała ciągle w tej samej pozycji. Potem podniosła się i również przycisnęła obie dłonie do twarzy. Ciepłe łzy moczyły palce. Wydawało się, że całe powietrze uszło z niej razem z energią. Stała tak, aż rozległo się pojedyncze uderzenie dzwonu.
ROZDZIAŁ 2
Ciemne, zadymione wnętrze karczmy nie sprawiało dobrego wrażenia na kimś, kto wchodził do niej z roziskrzonej, mlecznobiałej od świeżego śniegu przestrzeni na zewnątrz. Bywalcy jednak, głównie chłopi, czasem zabłąkany kupiec czy wędrowny rzemieślnik, umieli docenić jej dobre strony. Można było darować poczerniałe od starości ławy, popstrzone pajęczynami belki u powały czy prawie uwędzone od dymu deski wobec niewątpliwych zalet. A właściwie jednej zalety. Był nią stary arendarz, według nowej mody nazywany czasem karczmarzem, co prawda kutwa zawsze odmawiał kredytu, ale… Ale też, w pewnym sensie, był człowiekiem uczciwym. Miał pędzoną u siebie w domu, niefałszowaną gorzałkę, i najtańsze piwo w całej okolicy, do którego nigdy nie dolewał wody.
Zaan, stary skryba świąty
Chłopak tymczasem przesunął okulary do góry tak, że tkwiły teraz na jego jasnych, prawie białych włosach i podszedł do stołu przy komorze. Arendarz wstał, biorąc do ręki dzban i naczynia, ale chłopak powstrzymał go ruchem ręki. To było dziwne. Obcy, z tak daleka? Z całą pewnością przemierzył dzisiaj długą drogę i nie chciał niczego? Zaan złowił jednak jego tęskne spojrzenie, którym omiótł wiszące u powały połcie słoniny i zrozumiał natychmiast. On nie miał pieniędzy.
– Jestem szlachetnym rycerzem – powiedział chłopak, przesuwając wzrokiem po wnętrzu karczmy. Widok tępych, chłopskich mord wywołał na twarzy lekkie skrzywienie.
– A gdzie leżą twoje ziemie, panie?
– Nie mam ziemi – coś w głosie chłopca świadczyło, że jest trochę skonfundowany. – Jestem błędnym rycerzem wyjaśnił. – Przemierzam gościńce i… – przełknął ślinę – zabijam smoki, demony, potwory.
„Błędny rycerz” – uśmiechnął się w duchu Zaan. Bez ziemi. W takim razie ciekawe, z czego żyje. Przemierza gościńce. A pieniądze ma skąd? Gdzie jego wsie, jego folwarki? Za co niby przemierza gościńce? Przecież coś musi jeść, myta płacić, noclegi fundować. Zabija smoki. Zaan pokręcił głową. Smoków, wiadomo, nie ma. Demony… Demony albo są, albo też nie ma. Jeśli są, to ten chłopczyk za mały na nie. A potwory? O taaaak. Potwory to ty zabijasz. Takie, co chodzą na dwóch nogach i gadają ludzkim językiem. Za pieniądze. Cóż. Zbój, czy nie zbój, był to absolutnie pierwszy rycerz, którego Zaan widział na własne oczy. Musiał być w potrzebie, skoro odważył się głośno opowiadać o swojej zbójeckiej ofercie. W świecie podobno było pełno takich szlachciców i rycerzy, co to zabijali smoki, demony i potwory, a na razie, z braku powyższych, mogli za psi grosz pomacać mieczem niewypłacalnego dłużnika. Ale ten był wyjątkowo bezczelny. Mówić w karczmie takie rzeczy?… Nie bał się czy jak? Zaan miał wrażenie, że to nie tylko jego pierwszy rycerz, ale także pierwszy naprawdę wolny człowiek, jakiego zdarzyło mu się widzieć.