Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 116

Żaden z chłopów się nie odezwał. Kilku jednak, wśród nich wójt i ojciec dziewczyny zbliżyło się trochę.

– Patrzcie tylko – Zaan wskazał ślady na śniegu. – Coś takiego! – głos nadal mu drżał, ale teraz uważał, że to pomaga mu w aktorstwie. – Coś takiego.

– A co tamoj widać? – odezwał się ktoś odważniejszy z tyłu.

– Jakby śledy kury – powiedział wójt. – Ale duże jakieś.

– Duże? – Zaan zgrabiałym palcem postukał się w czoło. – Ogromne!

– Co tam? – znowu odezwał się ktoś z tyłu. – Kura?

– Śledy jakieś naszli – powiedział ktoś i

– Jako chałupa.

– A ka poszła?

– Możech by złapali?

– No. Do gara wsadzilibym, to i dla całej wsi…

– Jaka znowu kura?! – zdenerwował się Zaan tym razem na głupotę chłopów. – To smok! Smok dziewkę porwał.

W zapadłej nagle ciszy słychać było nawet skrzypienie śniegu pod czyimiś butami zza najbliższej chałupy. Zaan podszedł do juków i wyjął skomplikowany przyrząd sporządzony ze złamanego kija i kawałka sznurka. Chłopi cofnęli się o kilka kroków. Patrzyli z uwagą, jak obcy mierzy coś, wbijając kij w ziemię i rozciągając sznurek.

– O jej, jej… – głos trochę mu okrzepł, niestety ze szkodą dla sztuki aktorskiej. – To największy smok jakiego widziałem.

– Oj, nieszczęście, nieszczęście – wtórował mu ojciec dziewczyny. – Smok. A córeczka taka dobra, taka robotna była.

Sołtys przestępował z nogi na nogę. Patrzył to na swoich towarzyszy, to w stronę wsi, jakby stamtąd właśnie miała nadejść pomoc. Grubymi palcami o twardej, prawie zrogowaciałej skórze czochrał swoje skołtunione włosy tak, aż wypadały z nich kawałki słomy i pierza.

– Co nam trzeba czynić, panie? – odważył się w końcu.

– Musicie nająć rycerza – Zaan wyprostował się i pieczołowicie złożył swój naukowy przyrząd. Znowu zdjął go strach, że wymyślił coś, co mogłoby znaleźć się na kartach ksiąg, które czytał w świątyni. W rzeczywistości jego plan mógł się nie udać. Więcej, nie mógł się udać. Z pewnym wahaniem, po raz pierwszy przyjrzał się uważnie chłopom. Choć na zdrowy rozum wydawało się to niemożliwe, wszyscy najwyraźniej wierzyli w smoka i w całą opowieść. – Rycerz smoka zabije i dziewkę uwolni – dodał znacznie pewniejszym głosem.

– Rycerz… Smok… Taaaak… Taaaaak… – rozległy się głosy.

– Aaaaa… – wójt gwałtownie pocierał brodę. Znowu spojrzał na swoich towarzyszy, potem znowu w stronę wsi. – A gdzie takiego rycerza najść można, panie?

– Nooo… – Zaan popatrzył w stronę lasu. – O! Wypadkiem jeden właśnie nadjeżdża.

Istotnie, spośród drzew wyłaniała się postać na wspaniałym koniu, z wielkim mieczem u boku.

– Aaaaa… – tym razem nie było spojrzeń na boki. Wójt sprawdził zawartość swojej kieszeni. – A dużo taki rycerz weźmie?

– No, tani nie jest.

Ojciec dziewczyny zafrasował się nagle.

– No… Ale córa za dobra to nie była. I do roboty nieskora.

– Niech każdy coś da – Zaan wzruszył ramionami. – Smok w lesie, koło wsi. Jeszcze wiele dziewek nałapie.

Rycerz przyspieszył konia i zwrócił się wprost ku zbiegowisku przy pomoście.

– Hej, dobrzy ludzie. No co tam?

– Smok! Smok, panie! Pomocy!

– Jaki smok? Mówcież po ludzku!

Zaan wystąpił z tłumu, by przejąć prowadzenie negocjacji.

– Wielce szlachetny panie rycerzu. Ci oto chłopi, dręczeni uczynkami niegodziwego smoka, chcą złożyć się i ofiarować ci zapłatę za ubicie rzeczonego.

– No dobra, dobra – przerwał mu Sirius. – Ile chcą dać?

Chłopi przez chwilę patrzyli jeden na drugiego, potem zaczęli szukać po kieszeniach, co tam który miał zawinięte w chuście.

– Czy aby ten rycerz nie za młody? – wójt nachylił się do Zaana. – Da radę smoka ubić?

– Ha! – Sirius usłyszał cichą uwagę. – Mnie osobiście tyran Symm nagradzał, że mu smoki biłem jeden za drugim. A cesarz Luan to mi córkę za żonę i pół cesarstwa ofiarował za to, że mu…

Zaan chcąc skrócić przemowę „szlachetnego rycerza”, sam zajął się zbiórką wśród chłopów, która od tego momentu ruszyła znacznie żwawiej.

– A na ten przykład król Troy to mi chciał dać tyle złota, ile sam ważę razem z koniem, ma się rozumieć i zbroją – Sirius przerwał bo zapłata była już zebrana. Zerknął na garść brązowych i mina mu trochę zrzedła. – Aaaaaa… Niech tam – schował monety do sakiewki. – Może być.

– To teraz smoka ubijecie, panie? – odważył się spytać wójt.

– A jakże, ubiję – Sirius poprawił się w siodle. – Tylko ten tam, no, mędrzec ma jechać ze mną, żeby smoka… no… – chłopak zapomniał słowa.

– Sklasyfikować – szepnął Zaan.

– Żeby sklasą… sklasa… żeby go w księgach opisać. No!

Zaan, zerkając na chłopów, skwapliwie skorzystał z propozycji. Z pewnym trudem wdrapał się na siodło i chwycił uzdę. Jeszcze raz omiótł wzrokiem zafrasowaną grupę poniżej i dostrzegł swój naukowy przyrząd leżący na ziemi. Powinien go zabrać dla zachowania pozorów, ale myśl o schodzeniu i ponownym wdrapywaniu się na konia napawała go lekką trwogą.

– No – machnął ręką. Czuł gorąco rozlewające się w piersiach. Mimo mrozu czoło miał zroszone potem. – Jedźmy.

– W konie! – krzyknął Sirius, ruszając dość szybko jak na swoje jeździeckie umiejętności. – Na smoka!

Zaan, z trudem panując nad swoim wierzchowcem, dogonił go dopiero gdzieś na środku wsi. Jeszcze raz zerknął do tyłu, ale uspokojony widokiem ciągle nieruchomych chłopów zwrócił się do chłopca.

– No i jak?

– A będzie… – Sirius zważył w dłoni swoją sakiewkę – ze dwadzieścia brązowych. Eeee… Chłopi biedni.

– I tak lepiej… – Zaan musiał przerwać, bo jego koń szarpnął nagle i dłuższą chwilę zajęło mu sprawdzenie, czy jeszcze trzyma się w siodle. – I tak lepiej niż zabicie piekarza za sześć.

– Niby tak – chłopak wzruszył ramionami. – Bałem się, że dziewucha za szybko wróci. Nie było jak zawieźć jej dalej w las.

Zaan uśmiechnął się nagle.

– Nic, nic. Zobaczysz, co będzie dalej.

Łomot do drzwi zdawał się z każdą chwilą przybierać na sile, jakby coś dodawało wciąż nowych i nowych sił człowiekowi na zewnątrz. Gender, pisarz gmi

– Otwieraj! Otwieraj zaraz!

Głos obcego z całą pewnością nie należał do człowieka, który chciał mu zrobić krzywdę. W zagłuszanym szumem wiatru głosie brzmiał strach. Gender jednak nie należał do ludzi skorych do niesienia pomocy. Zszedł, a właściwie zwlókł swe grube cielsko na dół, starając się omijać co bardziej zdradliwe schody, nadwerężonego zębem czasu domostwa, należącego do Rady Gminy. Powoli podszedł do podpartych słusznym kołkiem, wzmocnionych drzwi.

– A kto tam? – krzyknął, kiedy łomot odezwał się ze zdwojoną siłą.

– Pisarz! No otwieraj wreszcie!

– Jaki pisarz? – Gender ani myślał tykać się ciężkiej zasuwy.

– Gmi

– Gmi

Obcy krzyknął jakieś miano w odpowiedzi, ale strach sprawił, że mówił za szybko i zbyt niewyraźnie, żeby go zrozumieć.

– Skąd? – powtórzył Gender.

Obcy powtórzył. Równie szybko i równie niezrozumiale.

– No wpuść mnie wreszcie. Mam wiadomość!

– Aaaaa… – Gender potarł brodę. – A od kogo?

– Od siebie bęcwale. Chcę cię ostrzec!

Gender długo zastanawiał się nad otrzymaną odpowiedzią. Nie dlatego nawet, że towarzyszyło jej ordynarne przezwisko. Kto mógłby chcieć go ostrzec? I niby przed czym? Życie pisarza gmi