Страница 17 из 116
Cały namiot trząsł się ze śmiechu.
– Jestem tu Starszy – wyjaśnił Durban, wypowiadając przymiotnik tak, jakby był jakąś nazwą. – I moje rozkazy to jak rozkazy od Bogów, dupo!
Chciała wymierzyć mu policzek, ale ktoś kopnął ją w tyłek. Odwróciła się, ale z tyłu każdy patrzył w i
– Co? Chcesz się dupczyć? – usłyszała niewyraźnie. – Najpierw się popieścimy – Czyjaś pięść ugodziła ją w czoło.
Spadła na ziemię i już sama nie wiedziała, czy to ona sama uderzyła w czyjąś nogę, czy czyjaś noga w nią.
Rozległ się odgłos kroków i cały oddział, oczywiście oprócz Achai, błyskawicznie znalazł się pod kocami. Jakaś dłoń szarpnęła zasłonę i ukazał się jej nowy dziesiętnik.
– Co się tu dzieje?! – ryknął. – Ja wam… – urwał, patrząc na dziewczynę prawie pod jego nogami. – A ty co tu robisz?!!! Noc jest, masz spać!!!
– Pobili mnie – Achaja niezgrabnie gramoliła się na nogi. – Te świnie…
– Co??? Ze mną chcesz dyskutować?!!! – zapiał dziesiętnik. – Worek na plecy, oporządzenie i dziesięć razy wokół placu!
– Nie! – Achaja zachłysnęła się własną wściekłością. – Przecież mówię, że oni…
– Nie to nie – dziesiętnik uśmiechnął się nagle. – Możesz tu zostać – Dłuższą chwilę patrzył w rozszerzające się ze zdumienia oczy dziewczyny, a potem ryknął. – Oddział wstać!!! Ubierać się! Oporządzenie, broń, plecakiiiii… Włóż! Dziesięć razy wokół placuuuuu… – zawiesił głos obserwując spowodowane swoją komendą zamieszanie. Zakończył niespodziewanie cicho – Albo nie. Widzi mi się, pobiegniecie jutro – przez moment napawał się nagłą ciszą i dezorientacją, a potem wyszedł uśmiechnięty. Wiedział, że nie musieli biec. I bez tego osiągnął to, co było jego celem.
Achaję, śpiącą na czyimś, nie pachnącym najładniej, sie
ROZDZIAŁ 6
Meredith szedł niespiesznie królewską drogą numer 6, skąpaną w ostrym, południowym słońcu, które sprawiało, że ostatnie krople niedawnego deszczu parowały teraz, tworząc białawą zawiesinę rozwiewającą się leniwie przed nogami. Ciepłe, wilgotne powietrze sprawiało, że czuł się trochę se
Kiedy dotarł do placyku postojowego dla oddziałów wojskowych, przysiadł na murku okalającym wyłożoną dopasowanymi do siebie, kamie
Ocknął się, z trudem otwierając oczy. Na jego kolanach kilka małych ptaków, kłócąc się i świergocąc wydziobywało z chusty resztki sera. Teraz zerwały się do lotu, trzepocząc skrzydłami. Meredith spojrzał na niebo. Słońce znajdowało w zupełnie i
To był błysk. Najsilniejszy błysk jakiego doznał w życiu.
Wstał powoli, czując drżenie zmęczonych długim bezruchem mięśni. Schował chustę na powrót do torby i podniósł swój kij. Nie miał więcej jedzenia, nie było więc sensu zostawać tu dłużej. Meredith ruszył drogą, przygryzając w zamyśleniu wargę. Usiłował przypomnieć sobie, co widział w błysku. Zamazane wspomnienia obrazów tańczyły mu przed oczami. Rozstaje dróg? Nie. Zwykła ścieżka odchodząca od królewskiej drogi. Tam była złamana pinia. Złamana? Uschła. Ścieżka prowadziła w dół. Przypomniał sobie widok małych jeziorek w lesie. Mała wioska ukryta wśród drzew. Na środku fonta
Czarownik stanął przed uschniętą pinią. Tak, jak widział w błysku, za martwym drzewem zaczynała się wąska ścieżka prowadząca po zboczu aż do lasu poniżej. Zaintrygowany porzucił królewską drogę i ruszył w dół, czując dziwne napięcie kumulujące się wokół niego. Coś miało się wydarzyć? Nie był pewien.
Kiedy wszedł pomiędzy pierwsze drzewa, zrobiło się chłodniej. Meredith ruszył szybciej, nie chcąc, by noc zastała go w lesie. Ścieżka wiła się, omijając co większe drzewa i małe jeziorka, z których wstawał białawy opar. Meredith przypomniał sobie parującą w słońcu wodę na królewskiej drodze. Doznał jakiegoś nieokreślonego uczucia. Coś w nim samym usiłowało go ostrzec? Czując ostre igiełki, nie, nie strachu jeszcze, a niepokoju, zaczął gwizdać jakąś skoczną melodię. Nie poczuł się przez to raźniej, ale przynajmniej słyszał coś jeszcze poza odgłosem własnych kroków. Przypomniał sobie, że po opuszczeniu przydrożnego zajazdu, nie spotkał dzisiaj żadnego człowieka. Teraz w gęstym lesie, z perspektywą spędzenia w nim nocy, nie wydało mu się to faktem bez znaczenia.
Przyspieszył kroku, ale zaraz zwolnił znowu. Nie pamiętał, by kiedykolwiek dotąd niepokój aż tak nad nim zapanował. Przestał gwizdać i nakazał sobie spokój. Przecież wiedział, że wieś jest już niedaleko. Uśmiechnął się, słysząc stłumione jeszcze odległością szczekanie psa.
Wieś rzeczywiście była niewielka. Na samym środku przecinki, na placu wśród chałup, zobaczył kamie