Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 105 из 116

Achaja była poruszona jego fachowością. Miał rację, a zawdzięczała to wyłącznie temu, że odłączono ją od reszty jeńców, by mistrz Anai mógł ją torturować.

– No i co? A nie dałoby rady tego zatatuować? – kontynuowała indagację Mi

– „Za” co?

– No, zakryć tatuażem?

– Toż mówię, że głęboko zrobione. Możesz nawet pomalować jej pupę na zielono. Zawsze będzie widać. Zawsze!

– No to co ma dziewczyna zrobić?

– Kochać się po ciemku.

– Akurat. Po ciemku to robi mąż z żoną. Klient przychodzi po to, żeby popatrzeć.

– No to niech nie wystawia się z tyłu. Tylko z przodu albo z góry, albo, sama wiesz, takie tam różne… albo… Mam! – Po raz pierwszy na dłuższą chwilę odwrócił wzrok od skomplikowanego rysunku, który tatuował. – Mam, kurde!

– No mów!

– Jak klient zobaczy, co ma na tyłku, to niech mu powie, że specjalnie jej to zrobili!

– Aleś wymyślił. A i

– Nic nie rozumiesz. Niech powie, że jej to specjalnie zrobili, ale w burdelu! Że są klienci, którzy czasem lubią myśleć, że z niewolnicą to robią.

– He – Mi

Ley wrócił do pracy. – Pamiętaj, mała co masz mówić – mruknął. – Prawo zakazuje sypiania z niewolnicami, a pewnie niejeden by chciał. Ale w burdelu?… W burdelu wszystko wolno – roześmiał się, ale zaraz umilkł, żeby dokończyć precyzyjny wzór.

Mi

– Kochanie – Mi

Ley uśmiechnął się zjadliwie.

– Ot, co ladacznice o mężczyznach wiedzą… – mruknął. – Nie słuchaj starej mała. Ja wiem… ja wiem lepiej. Nie o to chodzi, żeby krzyczeć z podziwu na widok golizny. Wy macie dać, co nie dają żony, co nie dają przygodne dziewczyny. Wystarczy jak siądziesz z nim i wysłuchasz, co on ci ma do powiedzenia. Nie wygadując przy tym własnych bredni. Słuchaj, nie szczebiocząc, nie pieprząc, nie pierdoląc żadnych głupot! Po prostu słuchaj, nie usiłując postawić na swoim w ten głupi, babski sposób, czyli bez rozumienia tego, co słyszysz. Każda kobieta jest głupia, głupsza niż najbardziej tępy facet. Nie usiłuj dyskutować, nie wypuszczaj z ust bzdetów, bo usta nie dupa. Potakuj i wystarczy. Potakuj tak, jakbyś rozumiała, co się do ciebie mówi.

– Aleś ty mądry – żachnęła się Mi

– Niemożliwe – powiedział Ley zupełnie poważnie. – Sam sobie tatuażu nijak nie potrafię zrobić.

– Głupiec.

– Widzisz – roześmiał się Ley. – A przed chwilą mówiła, żem mądry. Tak to jest. Baba zawsze ci powie, żeś mądry, jeśli jej mówisz to, co chce usłyszeć. Na przykład, że czas już kupić jej nową kieckę. Inaczej: głupiś!

– Nie słuchaj go, kochanie.

– Nie słuchaj jej, dziewczyno.

Skończyli prawie nad ranem. Na korytarzu, przy schodach wisiało wielkie lustro i Achaja mogła się przejrzeć. Zagryzła wargi. Idealnie wygolona głowa, małe kolczyki, właściwie złote kółka w uszach i w nosie, tatuaż od ucha do ucha – biegnący pod oczami misterny pas zwijających się lilii. Miała na sobie cieniutką sukienkę niby to nawiązującą do starożytnych tradycji. Rozciętą z boku tak, że przy każdym ruchu materiał odsłaniał jej lewą nogę aż do biodra, rozcięcie z przodu od góry z kolei sięgało od szyi aż do pępka. Zamknęła oczy.

– Chodź dziecko – szepnęła Mi

Kompletnie naga dziewczyna rozbudzona znienacka długo przecierała oczy. Mi

– Nie, nie tu – szepnęła, ciągle mrugając zalepionymi snem oczami. – Chodź do mnie.

Jednym, wyćwiczonym ruchem zdjęła z Achai sukienkę, objęła i poprowadziła do swojego łóżka. Położyły się obok siebie. Dziewczyna przysunęła się i objęła Achaję.

– No, nie wierzgaj jak koń – szepnęła. – Przytul się. O tak… taaaaaaak – głaskała ją po delikatnej skórze głowy. – No płacz.

– Co?

– Płacz. Przytul się mocno i płacz. Wiem jak jest, jak ci to zrobią – wskazała swój własny tatuaż. – Kiedy zrozumiesz nagle, że to na całe życie. Aaaaaa… Najgorsza pierwsza noc. Nie wstydź się, płacz.

Achaja chciała powiedzieć, że nie będzie. Że tamta nawet nie ma pojęcia, jakie przejścia ma za sobą, że to nic jej nie obchodzi, że najważniejsze to w ogóle wyjść z tego cało, że… Nie będzie płakać! – postanowiła i rozbeczała się jak dziecko, mocząc łzami ramię nieznajomej dziewczyny.

ROZDZIAŁ 34

Meredith wędrował różnymi gościńcami. Nie miał pieniędzy, nie mógł za nic zapłacić. Gasił pragnienie w przydrożnych źródełkach, dobrzy ludzie w mijanych osadach karmili go… Nie mógł zarabiać we wsiach, choć często go o to proszono. Nie chciał. Nie, po prostu nie mógł. Ilekroć wyobraził sobie, że jako zwykły prószalnik przyjdzie do niego młodzieniec owity w zieloną poświatę… Czuł dreszcze. Nie mógł. Szedł przed siebie, zastanawiając się dokąd zmierza, ale nie mógł znaleźć w sobie odpowiedzi. Dni mijały jeden za drugim, takie same, podobne jeden do drugiego znojem drogi, kurzem, drzewami przy gościńcu… Był sam. Był tak strasznie sam.

Pewnego dnia jednak, pod wieczór, kiedy już zastanawiał się, gdzie znaleźć miejsce na spoczynek, zauważył poczet stojący opodal, na ocienionym placyku przy drodze. Zakon? Uciekać? Właściwie, co mogą mu zrobić. Zabić? Jakiś ko

Rozpoznał sylwetkę rycerza i znak na tarczy, tamten zbliżał się w szybkim tempie. To Zakon. Miał rację.