Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 75 из 83

Nasłuchiwałaś trwożnie, słysząc jak woda chlupocze w wa

Jednak nic takiego się nie działo.

Oczywiście że nie chciałaś znaleźć w swoim domu trupa. Nie chciałaś pogotowia, policji, śledztwa, plotek, mozolnego poszukiwania rodziny i tak dalej. Ale zaczęło do ciebie docierać, że chodzi też o niego. Nie chciałaś, żeby coś mu się stało. Nie wiedziałaś skąd przybył, czego chciał, przed czym uciekał, ani dokąd zmierzał, ale wiedziałaś, że nie chcesz, żeby umarł.

Obserwowałaś go.

Czasem wychodził z domu i krążył po okolicy. Bez celu i bez słowa. Chodził po lesie, wędrował ścieżką dookoła jeziora i patrzył w milczeniu na wodę. Często siadał – na zwalonych pniach, na pomoście albo na krześle, które wyrzeźbiłem na wzgórzu z pnia starej gruszy, spalonej przez piorun. Siadał i patrzył przed siebie w głębokim, bezbrzeżnym zamyśleniu.

Lubiłem ten fotel.

Grusza stała samotnie, na wrzosowisku. Kiedy umarła pewnej wiose

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś jego sylwetkę w moim fotelu, po plecach przebiegły ci lodowate ciarki, bo to wyglądało, jakbym znowu tu usiadł. Dobrze znałaś ten widok. Jeżeli dostałem chandry, tęskniłem za górami, pokłóciliśmy się albo miałem jakieś kłopoty, było wiadomo, że tutaj można mnie znaleźć. Ale nigdy nie przychodziłaś na wzgórze, żeby się dalej kłócić, nigdy nie żądałaś tutaj wyjaśnień, ani mi nie mówiłaś, żebym wziął się w garść. To miejsce uważałaś za mój absolutny azyl. Respektowałaś to. Jeżeli poszedłem na wzgórze, rozmowa była skończona. Siedziałem tu godzinę albo dwie i czułem, jak cały smutek, gniew, tęsknota i rozgoryczenie wchodzą w fotel i spływają korzeniami do ziemi, tak jak kiedyś spłynęło tam kilka milionów woltów Boskiego gniewu. Siedziałem tyle, ile było trzeba. Kiedyś trwało to całą noc.

A potem schodziłem i wszystko było w porządku.

Ale nigdy nie siadywałem na nim w czasie burzy.

Wtedy właśnie go zobaczyłaś, podczas może ostatniej burzy tego roku. Jesie

Ale nic takiego się nie stało.

Na co dzień był raczej pogodny, ale i tak rejestrowałaś wszystko, co robi, z rosnącym zaciekawieniem. Wiele rzeczy przyciągało uwagę.

To, jak skręcał papierosy, wyjmując z miękkiego staroświeckiego woreczka z cienkiej skóry drobno cięty tytoń, przypominający suszony mech. Zbierał najdrobniejsze okruszyny i stara

To, jak jadł. Układał na kolanach serwetkę, stara

Kiedy rozmawialiście, sprawiał wrażenie, że wiedział wszystko o wszystkim i że zobaczył już wszystko, co warto obejrzeć na świecie. Na każdy temat mógł opowiedzieć ciekawostkę, ale nie sprawiał wrażenia pozera. Mógł zaśpiewać nagle japońską piosenkę albo wpleść przysłowie w suahili, ale u niego było to jakoś naturalne. Nigdy nie miałaś wrażenia, że się popisuje.

Intrygował cię coraz bardziej.

Pewno dlatego, kiedy nagle wyjechał na kilka dni, złamałaś wszystkie swoje zasady i zakradłaś się do jego pokoju. Nigdy nie byłaś wścibska i zawsze miałaś najwyższy szacunek dla prywatności. Najprostszy sposób, żeby stracić u ciebie twarz, to oddać się pełnemu świętego potępienia obgadywaniu i

Jak każde złamanie własnych praw, to też przyszło stopniowo. Najpierw poszłaś do jego łazienki, żeby zaopatrzyć ją w papier toaletowy i czyste ręczniki. Łazienka to miejsce, gdzie wiele można się dowiedzieć o człowieku, który jej używa. Kosmetyki poustawiane wokół umywalki mogą ujawnić skrywany narcyzm albo hipochondrię. Zwłaszcza z biegiem lat. To zbladło, tamto obwisło, więc zastosujemy nowy, rewelacyjny krem. Człowiek obrasta w istną drogerię. Reklamują specyfiki a to przeciw łysieniu, a to przeciw zmarszczkom, każdy wie, że nie działają, ale co szkodzi spróbować? A wraz z upływem kolejnych lat drogeria stopniowo zamienia się w aptekę.

Mikołaj mył się szarym mydłem. Zwyczajnym, pachnącym ługiem niczym garbarnia. Dają takie chyba w wojsku albo w więzieniu. Miał też przedpotopowy zestaw do golenia: miseczkę do mieszania mydła, pędzel z borsuczego włosia i brzytwę. Niepraktyczne i bardzo stare. Wszystko było solidnie zużyte, ale nie miało tej dziwnej, chorej patyny jak przedmioty stojące w sklepach z antykami, zazwyczaj sztucznie reanimowane ze stanu kompletnego rozkładu. Te były po prostu dobrze zachowane. I kiedyś chyba wytworne. Miseczkę wykonano z jakiegoś czerwonawego kamienia, uchwyty pędzla i brzytwy zrobiono z palisandru i oprawiono metalem, który przypominał złoto. Na ostrzu brzytwy wygrawerowano „Corrado Toledo” i znaczek z dwiema skrzyżowanymi szpadami. Woził to chyba z przyzwyczajenia albo na wszelki wypadek, bo przecież nosił brodę, którą przystrzygał szpiczastymi, chyba chirurgicznymi nożyczkami. Prócz tego miał jeszcze sporą metalową piersiówkę, ozdobioną herbem ze złota i emalii. Też była stara, chyba srebrna, na boku znajdowało się wąskie wgniecenie. Wyjęłaś korek i poczułaś dziwny, korze

To chyba wtedy, siedząc na wa

Poruszał się po domu cicho jak kot i dyskretnie, rozsiewając tę egzotyczną woń przywodząca na myśl dżunglę, ale był. Był tak bardzo i ewidentnie. Był, jeżeli nie mogłaś odkręcić słoika i był, kiedy zirytowała cię telewizja albo gazeta. Po prostu był gdzieś obok, gotów opowiedzieć coś, co ustawiało twój gniew na świat albo smutek we właściwych proporcjach.