Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 9 из 71

Wsuwam do kieszeni prawą rękę, niewielki walec sam wskakuje w dłoń. Pły

– Po co wam to, kurwa, było?! – Z trudem zdołałem opanować drżenie głosu.

Krążąca w żyłach adrenalina sprawiła, że dopiero za trzecią próbą udało mi się złożyć pałkę. Będę ją musiał wyczyścić, jest śliska od krwi. Dotknąłem lewego policzka i skrzywiłem się, czując cieknącą po nim strużkę. Czym on mnie trafił? Przyjrzałem się półprzytomnemu ćpunowi i zdjąłem mu z ręki sporych rozmiarów kastet. Schowałem go do kieszeni niczym trofeum i powlokłem się w swoją stronę.

W moim bloku w niektórych oknach paliło się światło. Dotarłem do bramy, otworzyłem ją kartą i wkroczyłem na klatkę schodową. Zalegający tu pył zawirował i opadł. Ruszyłem schodami na przedostatnie, szóste piętro.

– Jebana kurwo! Jeszcze raz mam ci przyjebać?! – Szczęśliwe pożycie małżeńskie moich sąsiadów z trzeciego było wyraźnie słychać przez ściany.

– Zabiję cię, gnoju!

Zastanowiłem się przelotnie, czy gdyby kobieta spełniła wreszcie składaną tyle razy obietnicę, w bloku byłoby trochę ciszej. Uznałem, że nie, znalazłaby sobie i

Wzmocnione drzwi mojego mieszkania są zabezpieczone zamkiem na kartę, ale zamykam je także na staroświecki metalowy klucz. Staroświecki jedynie z wyglądu, przerobiłem go kiedyś dosyć gruntownie. Uchwyt rozpoznaje odcisk mojego palca, a wgrany w ukryty wewnątrz niewielki nośnik program odblokowuje mechanizm. Oczywiście nadal trzeba go przekręcić w zamku, ale to jedynie formalność. Zamykanie to i

Przesunąłem kartę przez czytnik, użyłem klucza i już byłem u siebie. Dawno temu przerobiłem całe to piętro na spory loft. Wyburzyłem ściany dzielące opuszczone mieszkania, zamurowałem drzwi prowadzące z nich na klatkę i zyskałem trochę więcej życiowej przestrzeni. Podczas tego remontu dostosowałem też swój lokal tak, żeby lepiej służył moim potrzebom.

Rzuciłem klucze na szafkę przy drzwiach, przemierzyłem rozległy salon i ruszyłem w stronę lodówki. Oczywiście w połowie drogi dopadła mnie Radiacja. Jak zwykle przebiegła mi pod nogami, wydając z siebie ten charakterystyczny skrzek, który w jej mniemaniu miał być chyba miauczeniem. Otarła się o moje łydki i zadarła łebek, domagając się uwagi.

– Cześć, Radi – powiedziałem, gładząc krótkie futro. – Znów spałaś cały dzień?

Spojrzała na mnie swoimi migdałowymi oczami, a ja mimowolnie się uśmiechnąłem. Lewy policzek przeszyła gorąca igła bólu, przypominając o niedawnej potyczce.

– Będziesz musiała chwilę poczekać, ogarnę się trochę – sam nie wiem czemu przeprosiłem moją kotkę, która pomaszerowała za mną do łazienki.

Lustro okazało się bezlitosne. Rozcięcie na kości policzkowej, rosnąca opuchlizna, siniec pod okiem.

Odkręciłem kran. Przez chwilę nic się nie działo, kilka sekund później zabulgotało i popłynęła żółtawa woda. Odczekałem moment, aż się przeczyści. Jak na miasto należące do korporacji serwisowej, sporo rzeczy jest tu zepsutych.

Ochlapałem twarz i zdezynfekowałem rankę. Zostawiłem, żeby przyschła, Radi zaskrzypiała głośno, dopominając się o jedzenie.

– Już, już – zapewniłem ją, ruszając w stronę aneksu kuche

Nasypałem jej do miski garść zdobytego dawno temu granulatu dla kotów. Sporo się za nim nachodziłem, taki towar był przeznaczony tylko dla bogatych paniusi i ich rasowych pupili.

Trąciła nosem chrupki, po czym zaczęła je gryźć. Chwilę patrzyłem, jak je.

Radiację dostałem od spotkanego u Wiz.una pracownika GenKlonu. Chciał torbą nieżywych kociąt zapłacić za jakieś biośrodki, wszedłem akurat w środek awantury. O prawdziwe mięso w diecie trudno, ale szaman nie był aż tak zdesperowany. Kiedy zorientowałem się, że jedno zwierzę przeżyło najwyraźniej zastrzyk uśmiercający, zapłaciłem za nie. Kociaki miały powykręcane łapy, zdeformowane pyszczki, nieco nieproporcjonalną budowę. Nieudane klony, błędy w kodzie. GenKlon hodował czasem domowe zwierzęta na sprzedaż, ponoć były modne w wyższych sferach. Tworzenie żywych egzemplarzy było znacznie droższe niż pojedynczych części przeznaczonych do produkcji żywności, ale kto bogatemu zabroni?

Radi była niemal proporcjonalna, choć zapewne mocno odbiegała od rasowego wzorca. Nieco przykrótki ogon, jedna dłuższa łapka, to wszystko. Niewiele, ale wystarczyło, żeby zakwalifikować ją jako odpad. Była brudna, wychudzona i miauczała przeraźliwie tym swoim skrzeczącym głosikiem. Nie mogłem jej tam zostawić. Cholera wie, może po prostu mam słabość do mutantów?

Wyjąłem z lodówki tackę gotowego syntetycznego papkowatego żarcia podzielonego na trzy części: zieloną, żółtą i brudnobrązową. „Sznycel z groszkiem i ziemniakami” – informowała naklejka na folii. Nie rozumiałem, dlaczego producenci zawsze silili się na wyszukane nazwy. Nikt, kto musiał się tym żywić, nie przypuszczał nawet, jak smakuje prawdziwy sznycel, groszek czy ziemniaki. Ta breja miała tylko dostarczyć organizmowi składników odżywczych, smak nadawały jej jakieś podejrzane koncentraty i chemia. Zawartość sznycla w sznyclu wynosiła zero procent, o czym można się było przekonać, czytając drobny druk. Prawdziwe jedzenie było reglamentowane, a do tego osiągało zawrotne ceny, zwłaszcza na czarnym rynku.

Wrzuciłem tackę do podgrzewacza i odkręciłem butelkę piwa. Musująca tabletka oderwała się od zamknięcia i z cichym pluskiem wpadła do wypełniającego flaszkę płynu. Reakcja chemiczna zaszła szybko, z szyjki uniósł się delikatny zapaszek przypominający drożdże.

Oparłem się plecami o blat i pociągnąłem długi łyk. Płyn był lekko cierpki, ale orzeźwiający i nawet smaczny, lecz oczywiście z pewnością nie umywał się do owianego legendami prawdziwego piwa. Pomyślałem, że Chińczycy zrobiliby lepszy interes, gdyby zamiast laboratorium uruchomili na Przymurzu browar. Problemem byłyby składniki, ale pomysłowi Azjaci pewnie coś by wymyślili.

Pisk podgrzewacza rozległ się jednocześnie z dzwonkiem telefonu stacjonarnego. Wyrwany z zamyślenia, przez ułamek sekundy nie wiedziałem, czy wyjmować jedzenie, czy podnieść słuchawkę. Ostatecznie wybrałem to drugie. Breja może poczekać, gorsza od tego nie będzie.

– Halo – rzuciłem do aparatu.

– Neth, oczywiście w domu! – Znajomy głos z trudem przedarł się przez dudniącą w tle muzykę. – Odpal holo!

Pstryknąłem przełącznikiem, urządzenie wypuściło z siebie nieduży obłoczek skondensowanej pary i wyświetliło na nim obraz.

Bors stał w budce telefonicznej jakiegoś klubu, na jego muskularnym, wytatuowanym ramieniu wisiała mocno umalowana dziewczyna. Jej ciuchy odkrywały więcej, niż zasłaniały, a nie miała się czego wstydzić. Obok nich stała jeszcze jedna, wyzywająco patrząca w kamerkę. Z tyłu błyskały światła parkietu.

– Stary, wpadaj do nas! – wydarł się Bors. – Zajebista impreza, zobacz, kto na ciebie czeka! – Wskazał na jedną ze swoich towarzyszek.

– Nie dziś, człowieku. – Pokręciłem głową, choć przekaz wideo szedł tylko w jedną stronę i mój kolega z pracy nie mógł tego zobaczyć. Może to lepiej, przynajmniej nie widział, w jakim stanie jest moja twarz. – Zajęty jestem.

– Życie stracisz na tych swoich zajęciach! – odkrzyknął w odpowiedzi. – Jak sobie chcesz, gdybyś się zdecydował, to balujemy w Lidze.

Zobaczyłem jeszcze, jak unosi dłoń, ułamek sekundy później obraz zgasł. Lubiłem Borsa. Zawsze ostro balował, właściwie moje nędzne życie towarzyskie istniało głównie dzięki temu, że raz na jakiś czas dawałem mu się wyciągnąć na miasto. Laski lgnęły do niego, a czasem mnie też coś skapnęło. Wprawdzie zawsze były to raczej bezpośrednie i łatwe dziewczyny, ale cóż, jak się nie ma, co się lubi... Na chwilę przed oczami stanęła mi postać na schodach Wiz.una. Utkwiła mi w pamięci, pewnie przez ten durny flashback po dragach. Jeśli to dziewczyna na telefon, chyba zapytam szamana o jej numer.

Wyjąłem z podgrzewacza tackę z jedzeniem, wbiłem widelec w parującą papkę i usiadłem przy komputerze. Hasło, potwierdzenie, kod numeryczny i ekran rozjarzył się silniejszym blaskiem, wpuszczając mnie do systemu. Odpaliłem swoją mapkę, odruchowo wprowadziłem lokalizację widzianego w metrze cyfraka. Dodałem oznaczenia: autonomiczny, świadomość około trzech, funkcja gromadzenia, szkodliwość nieznana, priorytet niski. Popatrzyłem na zapisane dane, przypomniałem sobie, jak szybko zareagował na pojawienie się dziewczyny w szpilkach z czerwoną podeszwą. Zmieniłem stopień świadomości na cztery i zatwierdziłem. Okno zwinęło się, na mapce w miejscu stacji metra wyrósł zielony znacznik. Informacje o cyfrakach gromadziłem już od jakiegoś czasu. Przydawało mi się to w pracy, a także przy wielu prywatnych zleceniach.

Sprawdziłem wiadomości. Oprócz spamu znalazłem tylko maila z pracy. Brak listy usterek, polecenie zgłoszenia do biura. Świetnie, moja nadzieja, że nie będę musiał obnosić się z rozbitą twarzą, właśnie zgasła. Często dostawałem zestawienie zleceń terenowych i nie musiałem jechać do swojego oddziału RepTeku, ale oczywiście nie tym razem. Westchnąłem ciężko, ale to nie pomogło w pogodzeniu się z wizją jutra.

Wcześniej zamierzałem sprawdzić informacje na nośniku od Wiz.una, ale zrezygnowałem z tych planów. Zmęczenie i obolała głowa gwarantowały niską produktywność, do tego przypomniałem sobie o relaksującej wtyczce leżącej w szufladzie przy łóżku. Tak, to zdecydowanie powi