Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 66 из 71

– Spróbuj się przespać, jest już prawie rano. – Potarł twarz, noszącą wyraźne ślady zmęczenia. Zdałem sobie sprawę, że padam z nóg, sen wydawał się świetnym pomysłem. Najwyraźniej umieranie jest dość męczące. – Sądząc po tempie, w jakim słabnie wiatr, będziemy mogli wyruszyć dziś zaraz po zachodzie słońca. – Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że chłopak nie mówi mi wszystkiego. Coś w jego zachowaniu, może to, jak uciekał wzrokiem w bok, budziło mój niepokój.

Gart pożegnał się i zostawił mnie samego. Sądziłem, że mimo wyczerpania będę miał problem z zaśnięciem, w końcu wkrótce znów miałem wyjechać na Pustynię. Wbrew tym oczekiwaniom moja świadomość zgasła, nim jeszcze głowa dobrze wgniotła poduszkę.

Uniform Enklawy był wygodny i praktyczny, ale we własnych ciuchach czułem się najlepiej. Zauważyłem, że ktoś zadał sobie trud, żeby je wyczyścić. Moje ubrania przyniósł Berg wraz z Norsonem, oddali mi także orła i teleskopową pałkę. W kieszeni spodni znalazłem niedużą maseczkę przeciwpyłową i gogle, których wcześniej tam nie było.

– Na zewnątrz jeszcze trochę dmucha. Czekają na ciebie w śluzie. – Norson pokiwał z zadowoleniem głową, gdy chowałem broń do kabury i poprawiałem paski. – Zaprowadzimy cię.

Ostatni raz przemierzyliśmy korytarze tak dobrze znanego mi już poziomu. Odczuwałem coś w rodzaju ponurej determinacji, ostatnie wątpliwości zniknęły. Berg bez słowa otworzył kartą drzwi, za nimi krótki tunel prowadził do sporego hangaru.

Nasze przybycie do Enklawy wiązało się z dawką usypiającego gazu, pożegnanie zorganizowano z większą pompą. Przy transporterze oprócz Garta i Ulepa czekali przewodnicząca Kirsten i doktor Marsten. Wokół pojazdu kręciła się także blondynka w roboczym kombinezonie. Po tym, jak raz po raz spoglądał na nią mechanik (oraz po tym, jak na jej biuście ciasno opinał się materiał uniformu), domyśliłem się, że to Kimea. Musiałem przyznać, że facet ma niezły gust.

– To historyczny moment zarówno dla Eklawy, jak i dla Polis – zaczęła Kirsten, gdy nasza załoga stanęła w rzędzie przy burcie. – Bez obaw, oszczędzę wam długich przemówień. Chciałam jedynie, żebyście wiedzieli, jak wiele znaczy dla nas wasze poświęcenie. – Mówiąc to, patrzyła wprost na mnie. – Dziękuję wam za nie i życzę powodzenia. Doktor Marsten i Kimea przekażą wam ostatnie szczegóły techniczne.

Lekarz zbliżył się do mnie z krótkim przewodem w ręce. W połowie długości kabla umieszczono zgrubienie z niewielkim wyświetlaczem. Całość wyglądała jak nietypowa przejściówka, pasująca do mojego legalnego portu.

– To jednostro

– Podejdźcie tu, proszę – przywołała nas Kimea, szerokim gestem wskazując na transporter.

Musiałem przyznać, że pojazd robił wrażenie. Czteroosiowy, na ogromnych kołach, z dużym prześwitem pod spodem. Pomalowany w maskujące barwy pusty

– Lekki transporter opancerzony ENKL1 – powiedziała blond mechanik.

– Ciekawe, jak wygląda ciężki – rzucił Gart półgłosem.

– Napęd zmie

– Jak blisko musimy podjechać, żeby zadziałało? – zapytałem, przyglądając się broni.

– Jako tako zadziała z około czterech kilometrów, ale największą skuteczność osiągnie poniżej dwóch – odparła rzeczowo.

– Trochę blisko... – mruknąłem.

– Sygnał jest kierunkowy, bardziej go nie wzmocnię. Co więcej, możecie go użyć tylko raz, więc dobrze wybierzcie moment. To broń eksperymentalna, ciężko stwierdzić coś na pewno.

Kirsten raz jeszcze życzyła nam powodzenia, po czym wsiedliśmy do transportera przez właz burtowy. Jak na tak dużą bryłę, miejsca w środku było zaskakująco niewiele. Oprócz nas wygodnie mogłyby się w nim zmieścić jeszcze góra trzy osoby. Ulep umościł się w fotelu kierowcy i zaczął pstrykać przełącznikami. Kolejno zapalały się jakieś lampki, piszczały czujniki. Z cichym syknięciem zahermetyzowało się wnętrze, w uszach poczułem lekki wzrost ciśnienia.

– To cacko ma nawet wewnętrzny obieg powietrza, trzymali je tutaj do eksploracji terenów po wojnie jądrowej. – Nie wiadomo dlaczego przekazanie nam tej informacji bardzo cieszyło kierowcę. – Zapnijcie pasy.

Choć nie sądziłem, że to możliwe, jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, gdy chwilę później potężny silnik ożył z rykiem. Odszukałem umieszczoną przy fotelu klamrę i przypiąłem się do oparcia. Mechanik przerzucił długą wajchę i ruszyliśmy przed siebie szerokim tunelem, warkot motoru zwielokrotnionym echem odbijał się od ścian. Dojechaliśmy do stalowych wrót, które automatycznie otworzyły się przed nami. Wychynęliśmy spod niedużego skalnego nawisu wprost na spowitą mrokiem Pustynię.

– Przełączam na noktowizję – oznajmił Ulep, znów wciskając guziki.

W kabinie pasażerskiej zapłonął zielenią podzielony na kilka części ekran, ukazujący z różnych ujęć krajobraz wokół nas. Patrzyłem na tumany piasku nadal gnane wiatrem, choć już nie o huraganowej sile. Burza powoli cichła. W oddali błysnął zygzak wyładowania, oślepiając skierowany w tamtą stronę noktowizor i wypełniając część ekranu bladozieloną plamą.

– Załóżcie hełmy, są pod siedzeniami! – Nasz szofer starał się przekrzyczeć panujący w kabinie hałas potężnego silnika. – Mają interkom!

Zrobiłem, co kazał, kask ciasno przylegał do czaszki. Spiralnie zwinięty przewód łączył go z gniazdkiem na boku fotela.

– Panie i panowie, mówi wasz kapitan – w słuchawkach rozległ się rozbawiony głos Ulepa. – Temperatura na zewnątrz wynosi około piętnastu stopni. Jest nieco wietrznie, spodziewamy się niewielkich turmulencji. Za chwilę osiągniemy prędkość podróżną około sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.

– Co ty pierdolisz? – Ton Garta zdradzał zdenerwowanie. – I co to niby są te turmulencje?

– Pojęcia nie mam. – Ulep za kółkiem był w swoim żywiole. Zrelaksowany, uśmiechnięty i sypiący żartami, zupełnie nie przypominał łatwego do zastraszenia kombinatora, do którego zaprowadził mnie Sidth. – Kiedyś tak mówili, widziałem na holofilmie.

– Lepiej skup się na prowadzeniu – burknął skrzypek.

– Jedziemy w dobrym momencie. Piasek i ciemność dadzą nam osłonę, w Polis nie zobaczą nas do ostatniej chwili.

– Masz lokalizację terminala na zewnątrz Muru? – włączyłem się do rozmowy.

– Tak, zaprogramowali mi to w systemach.

– Kiedy zbliżymy się do Polis, dobierz trasę tak, żebyśmy podjeżdżali do niego po skosie.

– Mogę tak zrobić, tylko po co? – zainteresował się. – Czas będzie kluczowy, gdy znajdziemy się w zasięgu czujników i broni, jadąc na wprost, bylibyśmy najszybciej.

– Po pierwsze, lepiej, żeby nie wiedzieli, do którego punktu zmierzamy – wyjaśniłem. – Poza tym cel zbliżający się po prostej łatwiej trafić, wystarczy wziąć poprawkę na prędkość. W i

Usłyszałem, jak Gart głośno przełyka ślinę na wspomnienie o ostrzale.

– Masz rację – przyznał kierowca, dodając gazu. – Tak zrobimy. Będziemy za jakąś godzinę.

Powietrze w kabinie transportera było suche i pozbawione zapachu. Potężne koła i osie skutecznie amortyzowały wstrząsy, zamieniając je w lekkie kołysanie. Oparłem wygodnie głowę, spod półprzymkniętych powiek obserwując ekran. Pustynia widziana zielonym okiem noktowizora robiła dziwaczne wrażenie. Zupełnie jakbyśmy przemierzali powierzchnię obcej planety, krążącej wokół jednej z tych odległych gwiazd, na które tak lubiła spoglądać Nikthi. Byłem ciekaw, co dziewczyna robi w tej chwili. Pewnie wraz z Wirionem przygotowywali akcję opóźniania namierzania nas, przynajmniej taką miałem nadzieję. Bardzo chciałem do niej wrócić. Nie da się długo żyć, kierując się jedynie podstawowym instynktem przetrwania, człowiek potrzebuje głębszej motywacji. Odkąd cyfrak pozbawił mnie nałogu wpinania cyfrowych prochów, to właśnie Nikthi sprawiała, że w ogóle chciało mi się cokolwiek robić. Z płytkiej drzemki wyrwało mnie gwałtowniejsze szarpnięcie.

– Dlaczego stoimy? – Nie mogłem do końca uwierzyć, że zasnąłem w takiej chwili.

– Za jakiś kilometr wjedziemy w zasięg czujników na Murze, oczywiście jeśli po burzy jakieś jeszcze działają – oznajmił Ulep przez interkom. Zobaczyłem, jak siedzący naprzeciwko mnie Gart zaciska pięści. O dziwo, ja sam byłem względnie spokojny. – Potem jeszcze może z półtora lub dwa i pierwsze pociski mogą do nas dolecieć.

– To ile w sumie mamy do celu?

– W linii prostej do bariery mniej więcej sześć kilometrów. Jeśli już teraz ruszymy skosem w stronę terminala... – Zamyślił się na chwilę i postukał w klawisze na desce rozdzielczej. – Około dziesięciu.

– Dobra. Na razie wal prosto, skręcisz, gdy zaczną strzelać.

– A jak nie zaczną?

– Optymista z ciebie – przyznałem. – Wtedy skręcisz dwa kilometry od Muru, zaraz po tym, jak użyjemy EMP. O tym, że gaz ma być do dechy, chyba nie muszę ci mówić?

– Za kogo ty mnie masz?! – rzucił z udawanym oburzeniem. – Trzymajcie się, ruszamy – dodał, wrzucając bieg.

Ryk silnika wzmaga się gwałtownie, gdy transporter rusza, nabierając prędkości. Oddech Garta przyspiesza, chłopak zaciska powieki. Obraz na ekranie podskakuje, śnieżąc na zielono i zamazując się co kilka sekund. Rozlega się głośny elektroniczny pisk.