Страница 50 из 71
Diodowy drobiazg nie dawał może wiele światła, ale przynajmniej nie wpadaliśmy na siebie ani na ściany. Droga wiodła równolegle do szyn, by po kilkunastu metrach skręcić ostro w lewo, a potem łukiem w drugą stronę. Kilka zakrętów później zupełnie straciłem orientację. Podłoga wznosiła się lekko, przybliżając nas do powierzchni. Gdzieniegdzie w suficie umieszczono kratki – zdawało mi się, że widzę przez nie nocne niebo, choć równie dobrze mogły być częścią systemu wentylacji, bo nie prowadziły do nich żadne drabinki.
Kawałek przed nami coś zazgrzytało głośno, jakby metal tarł o beton.
– Czekaj – szepnąłem do Marbela.
Staliśmy chwilę, nasłuchując, gdy nagle fragment korytarza przed nami zalało jasne światło z góry.
– Dobra, rzucam – dobiegło z tamtej strony.
Dwie nieduże puszki wleciały przez otwór w suficie i z metalicznym brzęknięciem spadły na podłogę. Gaz zaczął ulatywać z nich z głośnym sykiem, szybko wypełniając tunel. Zgrzytnął zasuwany właz, zapadła ciemność.
– Wstrzymaj oddech i biegiem – poleciłem i ruszyłem przed siebie. Kopnąłem granaty gazowe w kierunku, z którego przyszliśmy. Zauważyłem jeszcze, że w ścianę wpuszczone są szczeble prowadzącej do góry drabiny. Z tej klapy nie mogliśmy jednak skorzystać z oczywistych powodów. Zaczynałem się dusić, łzy zalewały mi oczy. Biegliśmy tak długo, aż ból w płucach stał się nie do wytrzymania. Kiedy wreszcie się zatrzymaliśmy, zapach gazu łzawiącego był ledwie wyczuwalny.
– Sukinsyny... – wydyszałem, siadając na ziemi. – Jeśli obstawili tak wszystkie wyjścia, to po nas.
– No, w sumie racja. – Mój towarzysz zdawał się tym zbytnio nie przejmować.
Odpoczywaliśmy zaledwie parę minut.
– Chodź, idziemy dalej.
W ciemnym tunelu szybko straciłem orientację co do kierunku oraz poczucie czasu. Szliśmy, mijając kolejne studzienki, jeszcze raz natknęliśmy się na zagazowany odcinek korytarza. Co jakiś czas słyszałem nad nami przejeżdżające pojazdy, niekiedy także stłumione wycie syren.
– Czekaj, nie ruszaj się – przykazałem Marbelowi i sam zamarłem w ciemności. – Słyszysz?
– Idą tu.
Nagle zrozumiałem, co się stało. Funkcjonariusze sił porządkowych korporacji po trafieniu na zamkniętą gródź wysłali oddział trasą metra od następnej stacji. Jednocześnie z powierzchni postanowili pobawić się granatami gazowymi, tak na wszelki wypadek, pewnie patrolowali też okolicę, gdyby zachciało nam się wyjść. Potrzebna była do tego mniejsza liczba ludzi, poza tym liczyli chyba, że złapią nas na torach. Teraz gdy sprawdzili już tunel, zabierali się do bocznych korytarzy.
Jak na złość droga, którą wybraliśmy, nie miała żadnych bocznych odnóg, więc szturmowcy w maskach gazowych szybko nas znajdą. Wbrew temu, co mówi się w żartach o niezbyt lotnych umysłach gliniarzy, trudno, żeby zabłądzili gdzieś po drodze.
– Biegiem, ale po cichu – szepnąłem do towarzysza.
Oświetlane malutką latarką betonowe ściany przesuwały się po bokach, gdy lecieliśmy, starając się jednocześnie nie robić hałasu. Niestety, nasz sprint okazał się raczej krótki. Po kolejnym zakręcie drogę zagrodziła nam ściana.
Gorączkowo rozejrzałem się wokół, nie mogąc uwierzyć, że ktoś zbudował akurat tutaj ślepy zaułek. Zresztą może kiedyś nie był ślepy, tylko zamurowano go przy kolejnej przebudowie trzewi Polis? Nie było czasu się nad tym zastanawiać.
W podłodze wypatrzyłem właz, próbowałem szarpnąć go zdrową ręką, ale Marbel zdecydowanym ruchem odsunął mnie na bok. Wczepił się palcami w uchwyt i pociągnął, pozornie nie wkładając w to wysiłku. Zobaczyliśmy ziejącą stęchlizną czarną studnię i prowadzące w dół szczeble.
– Nie zmieszczę się. – Głos olbrzyma był wyprany z emocji i zupełnie nie oddawał powagi sytuacji. – Ty idź.
Miał rację, nie było szans, żeby zdołał wcisnąć się do tego kanału. Nawet mnie byłoby ciasno, a do jego postury brakowało mi dobrych kilkudziesięciu kilogramów i centymetrów. Oczywiście nie zamierzałem go zostawiać. Nie chodziło tu o moją nie tak dawno odkrytą klaustrofobię, tylko obietnicę daną Telsi.
– Zapomnij, wracamy – powiedziałem zdecydowanie.
– Zginiesz tam. – Nawet szczególnie mnie nie zdziwiło, że Marbel nie martwi się o siebie.
– Możliwe, ale mutanty muszą trzymać się razem.
– No, w sumie racja.
Szybko przekalkulowałem nasze szanse. Ostatnią prowadzącą ku górze drabinkę mijaliśmy całkiem niedawno, jakieś dwa zakręty temu. Nie sądziłem, żeby pogoń zdołała już do niej dotrzeć, ale trzeba się było spieszyć. Popędziliśmy z powrotem, cały czas spodziewałem się, że nadziejemy się wprost na lufy szturmowców. Kiedy dopadliśmy do wystających ze ściany metalowych klamer, wyraźnie już ich słyszałem.
– Wchodź pierwszy – przykazałem Marbelowi. – Tobie będzie łatwiej otworzyć właz.
Oczywiście o ile nie jest na przykład przyspawany, pomyślałem, czując, jak do żołądka zjeżdża mi bryła lodu.
Osiłek skinął głową i zaczął włazić na górę. W tej samej chwili zobaczyłem blade światło latarek poruszające się w głębi tunelu.
– Stać! – Słysząc zniekształcony przez maskę gazową rozkaz, zawieszam się na ułamek sekundy, jak program, którego kod zbyt mocno obciążył procesor. Blask pada wprost na mnie, oślepiając przyzwyczajone do mroku oczy. Pod czaszką rozlega się rozszalały ryk, znów zalewa mnie fala wściekłości, z jakiegoś powodu widoczna jako ciąg pulsujących linii kodu. Przez krótką chwilę chcę rzucić się na gliniarzy, gdy nagle odzyskuję zdrowy rozsądek, a nawet zdolność chłodnej kalkulacji. Na górę. Bez rozglądania. W pierwszy ciemny kąt. Zyskać przestrzeń. Przeanalizować. Ukryć się lub walczyć.
– Dawaj, kurwa, do góry! – drę się, bo nie ma już sensu zachowywać ciszy.
Wskakuję na drabinkę, napieram na gramolącego się towarzysza, zmuszając go do przyspieszenia. Przez głowę przebiega mi myśl, że przestrzelony biceps już prawie nie boli, i chwytam się szczebli obiema rękami.
W tunelu za mną grzmi seria z karabinu, hałas odbija się zwielokrotnionym echem. U góry słychać brzęk metalowego dekla o asfalt, uderza mnie fala świeżego nocnego powietrza. Marbel wypada na górę, a ja wyskakuję za nim, napędzany adrenaliną.
Rozglądam się, błyskawicznie analizując sytuację, czas dziwnie zwalnia.
Wokół nie widać patroli, ale słyszę dźwięk syren, więc są blisko. W tunelu pierwszy szturmowiec dotarł już do drabinki. Okolica zalana jest światłem ulicznych latarni, na czas poszukiwań RepTek uruchomił chyba wszystko, co miał. Zauważam jedną boczną alejkę, jest tylko nieco ciemniejsza, ale to najlepszy wybór.
– Leć tam! – wskazuję Marbelowi kierunek, a sam chwytam za ciężki dekiel.
Marbel ze zdziwieniem patrzy, jak unoszę go i opuszczam akurat w chwili, gdy szturmowiec chwyta za krawędź studzienki. Cztery odcięte palce zostają na asfalcie, z dołu słychać stłumiony krzyk.
Biegniemy w kierunku alejki, lecz w tej samej chwili z boku wyje syrena. Policyjny SUV, przejeżdżający skrzyżowanie z lewej, właśnie z piskiem opon rusza w naszą stronę. Znów seria, tym razem nieco i
Wpadamy w zaułek, mijamy kontenery na śmieci, chowamy się za jednym z nich. Samochód staje, dwóch gliniarzy wyskakuje na chodnik i rusza w pościg. Wiem, co muszę zrobić, wiem jak.
Głęboki wdech. Wyciągam orła z kabury, przeładowuję. Nabój w komorze. Tym razem sam świadomie wyzwalam spowolnienie czasu. Na obrzeżach pola widzenia błyskają linijki kodu skąpane w zielonkawej poświacie. Wstaję, sekundy rozciągają się w nieskończoność. Szturmowiec po lewej trzyma karabin niżej, więc celuję w tego z prawej. Ściągam spust, niemal widzę lecący pocisk. Przenoszę celownik i strzelam ponownie, obaj gliniarze padają prawie jednocześnie.
Łomot krwi w uszach i zapach prochu przywraca mnie do rzeczywistości, świat znów nabiera tempa, czy może raczej to ja zwalniam.
Wtem gasną światła, a dzielnicę spowija nieprzenikniony mrok. Zdezorientowany rozglądam się wokół, gdy z głośników służących na co dzień korporacyjnej propagandzie rozlegają się pierwsze dźwięki Personal Jesus.
– Gart, ty jebańcu! – Nie potrafię opanować radości. – Marbel, wstawaj, to nasza szansa!
Siedzący na ziemi osiłek nie odzywa się. W świetle diodowej latarki widzę usypiającą strzałkę sterczącą z jego szyi, oczy ma szkliste. Kilka sekund później traci przytomność na dobre.
– Kuffa, Marfef, ne zrofisz mi feho thaf – wymamrotałem, trzymając w zębach latarkę.
Gorączkowo przeszukiwałem apteczkę od Telsi, szukając czegokolwiek, co mogłoby postawić osiłka na nogi. Bałem się, że za chwilę zaroi się tu od gliniarzy, zwabionych odgłosami strzałów z orła. Jeśli zobaczą światło, będzie po nas.
Dźwięki muzyki ucichły, Gart zakończył swój mały dowcip. Nie miałem pojęcia, ile czasu nam kupił, latarnie mogły rozbłysnąć w każdej chwili. Na razie byłem jednak wdzięczny za wszystkie upływające w ciemnościach minuty. Gdzieś daleko rozległa się seria z karabinu i ponowne wycie syren. Następnie huk odległej eksplozji sprawił, że jeszcze więcej radiowozów skierowało się w tamtą stronę, oddalając od nas.
Ręce mi drżały, zawartość apteczki wypadała na ciepły asfalt. Były tu głównie jakieś pigułki, ale znalazłem też ampułkostrzykawkę z obiecującym napisem „epinefryna”. Bez wahania wbiłem ją w szyję Marbela, niedaleko miejsca, z którego przed chwilą wyrwałem usypiającą strzałkę.
– Dawaj, chłopie, nie będę cię niósł... – szepnąłem cicho, wyjąwszy latarkę z ust. – No dalej.
Przez moment nic się nie działo. Wtem osiłek zamrugał szybko i spojrzał na mnie zszokowany. Dziwnie było widzieć prawdziwe emocje na jego zwykle obojętnej twarzy, ale nie było mi dane zbyt długo się przyglądać.
Nagle jego mocarna dłoń wyprysnęła do góry i ścisnęła moją szyję niczym imadło.
– Ghhh... – Nie próbowałem nic powiedzieć, tylko złapać oddech, ale ucisk jeszcze wzrósł.
Oblicze Marbela przybrało dziki wyraz, oczy zwęziły się w szparki. Zrozumiałem, że zaraz umrę. Mroczki zamajaczyły mi w polu widzenia, w desperackim odruchu złapałem go za nadgarstek. Stęknąłem, widząc fruwające fragmenty kodu, ścisnąłem mocniej. Drugą ręką walnąłem go w twarz, zaskoczony własną siłą, gdy głowa olbrzyma odskoczyła po ciosie. Puścił moje gardło i spojrzał prosto w oczy.
Szok minął równie szybko, jak się pojawił. Wielkolud patrzył na mnie zaskoczony, masując obolałą szczękę.
– No, w sumie silny jesteś – odparł trochę bez związku. – Nie wiem, co się stało. Przepraszam.