Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 71

Urządzenie Garta musiało mieć wbudowany magnes, bo gdy chłopak przytknął je do obudowy terminala, przylgnęło jak przyklejone. Rozległ się cichy pisk, na pękniętym ekranie ożywionego przeze mnie trupa program autodiagnostyczny przerwał skazane na porażkę próby odnalezienia przyczyny setek błędów hardware’u i oprogramowania.

– No dobra, teraz do rzeczy. – Haker przygryzł wargę w skupieniu.

Widziałem już ten grymas, jego siostra robiła dokładnie to samo.

Stukot klawiatury rozległ się serią, która zaczęła przyspieszać. Monitor wypluwał coraz to nowe konsole, rozpoznawałem może co trzecią z nich. Kolejne wiersze poleceń zapełniały się instrukcjami wpisywanymi przez skrzypka z prędkością karabinu maszynowego. Jako starszy technik RepTeku miałem kilka szkoleń z „niestandardowej obsługi oprogramowania”, co nieco nauczyłem się też sam, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Właściwie do dzisiaj nie sądziłem, że to w ogóle możliwe. Strach pomyśleć, do czego Gart byłby zdolny, korzystając z bezpośredniego łącza, które było znacznie szybsze i bardziej intuicyjne.

– Gdzie się tego nauczyłeś? – zapytałem, kręcąc głową z podziwem.

– Całodobowy Hakerski Uniwersytet Jawny.

– Bardzo śmieszne.

– Mam dostęp lokalny – powiedział skrzypek po niecałej minucie. – Lista... jest.

Na ekranie pojawił się wykaz urządzeń podłączonych do najbliższego punktu dostępowego, tuż za płotem, już po „właściwej” stronie. Gart musiał włamać się do niego, tyle zrozumiałem, ale nie sądziłem, że będzie w stanie uzyskać taki dostęp.

Terkotanie zajeżdżonego wiatraka wewnątrz terminala przeszło w głośniejsze rzężenie, przypominając nam, że nie mamy wiele czasu.

– Co chcesz zrobić? – Skrzypek spojrzał na mnie wyczekująco.

– Otwórz bramę, wyłącz kamerę... – improwizowałem. – To dezaktywuje karabin, a strażnicy...

– ...nas rozwalą – dokończył za mnie. – Czekaj, mam pomysł, muszę to tylko zgrać w czasie.

Znów zaczął przeżuwać dolną wargę, palce wybiły nerwowy rytm na klawiszach. Kilkadziesiąt sekund później zatrzymał dłoń nad przyciskiem „enter”.

– Wszystko wydarzy się jednocześnie – powiedział, spoglądając na mnie. – Brama się otworzy, karabin zacznie strzelać. Zaprogramowałem dwa cele: szturmowców.

Popatrzyłem na niego zszokowany. Morderstwo z zimną krwią nie pasowało do niego, nawet dokonane za pomocą technologii. Nie wspominając już o tym, że nie miałem zamiaru w tym uczestniczyć. Planowałem wyplątać się z tej awantury, a jeśli RepTek powiązałby mnie jakoś ze śmiercią dwóch swoich funkcjonariuszy, będzie po mnie.

– Nie martw się, nic im nie będzie – zapewnił Gart, widząc moją minę. – Włączyłem tryb ostrzegawczy, będzie pruł pod nogi, nie w cel.

– Jesteś pewien?

– Wiem, co robię. Przygotuj się. Zrywamy się po pierwszym strzale.

Multiterminal wydał z siebie cichy pisk, oznajmiając kolejny błąd wywołany przez zdychające obwody.

Ostrożnie wyjrzałem za róg budynku, znudzeni szturmowcy nadal tam byli. Dałem Gartowi znak ręką. Chłopak w jednym miał rację: wszystko wydarzyło się jednocześnie. Szkoda, że mylił się co do kilku pozostałych kwestii.

Lufa ustawionego na trójnogu karabinu podrywa się gwałtownie, mierząc prosto w niebo, wraca do poziomu i zatacza trzy pełne obroty. Szturmowcy patrzą zdziwieni, jeden z nich robi krok w przód. Od strony bramy słychać metaliczny szczęk zwalnianego zamka, furtka zaczyna przesuwać się na bok z cichym szumem siłowników.

– Już! – krzyczy Gart i rusza sprintem w moją stronę.

Razem wybiegamy zza rogu, wprost na karabin i gliniarzy. Zasłonięte ciemnymi wizjerami twarze odwracają się w naszą stronę instynktownie, reagując na ruch, lecz ułamek sekundy później rozlega się pierwszy strzał, po nim kolejny i następny. Seria pocisków dużego kalibru rozrywa asfalt tuż pod stopami policjantów, unosząc w powietrze fonta

– Na co czekasz?! – drę się napompowany adrenaliną. – Spierdalamy!

Oparty plecami o ścianę Gart dyszał ciężko. Kiedy wpadliśmy do tego zaułka, słońce przeświecało przez zwoje drutu kolczastego wieńczącego Mur. Gdzieś nieopodal rozległ się ryk silnika transportera opancerzonego. Tym razem nikt nie wzywał do poddania się kontroli. RepTek nie liczył już, że sam oddam się w ich ręce. Strzelanina przy płocie postawiła wszystkich na nogi, ostatecznie nie co dzień dwóch szturmowców ginie od kul zbuntowanej broni służbowej. Co gorsza, kamery mogły nas wyłapać, gdy wybiegliśmy z Przymurza. Staraliśmy się co prawda trzymać głowy nisko, ale nie byłem przekonany, że to w czymkolwiek pomogło. Jeśli powiążą nas z tym dziwnym wypadkiem oszalałego karabinu, będzie kiepsko.

– Mogą cię namierzyć? – zapytałem skrzypka. – Powiązać ten włam do sieci z tobą?

Chłopak spojrzał na mnie nieprzytomnym, nieco szalonym wzrokiem, otworzył usta i nagle zgiął się wpół. Żółtawa breja bluzgnęła na beton, wokół rozszedł się kwaśny odór wymiocin.

– Ja nie... ja ich zabiłem – powiedział i otarł usta wierzchem dłoni. – Mogłem...

– Gówno tam mogłeś – przerwałem mu, zanim zdążył zupełnie się rozkleić. – Ten cholerny złom miał zwarcie, karabin zwariował. Nie mogłeś tego przewidzieć.

Niezbyt przekonany, skinął głową. Czasem ludziom trzeba powiedzieć, w co mają wierzyć. Gart nie mógł wziąć na siebie odpowiedzialności za wypadki przy furcie, łatwiej mu będzie, jeśli usłyszy to ode mnie. Na wyrzuty sumienia przyjdzie jeszcze czas. Jego i moje.

Byliśmy na terenie dzielnicy Industrialnej, a to już cywilizowana część Polis. Sporo tu kamer, trafiają się patrole, nie mogliśmy stać w miejscu. Wprawdzie założyłem kaptur, więc system rozpoznawania twarzy będzie miał utrudnione zadanie, lecz była także druga strona medalu. Strzelanina (czy jak lepiej mówić Gartowi: „wypadek”) przy ogrodzeniu ściągnęła uwagę korporacji. Prawdopodobnie wiedzą też, że byłem na Przymurzu. Mogłem się założyć, że uważnie patrzą w monitory, zamiast polegać wyłącznie na algorytmach. Człowiek ukrywający twarz w świecie ciągłej inwigilacji automatycznie staje się podejrzany.

Zraszarki na okolicznych budynkach uruchomiły się, zalewając świat sztuczną, oczyszczającą powietrze mżawką. Kończył się kolejny wspaniały dzień w RepTek Polis. Gdy zastanowiłem się nad rozwojem wypadków, uznałem zupełnie na chłodno, że to mógł być jeden z moich ostatnich.

Ruszyliśmy pod ścianami budynków, trzymając się bocznych uliczek i zapuszczonych alejek. Szedłem, pochylając zakapturzoną głowę, ale wiedziałem, że to tylko tymczasowe rozwiązanie. Musieliśmy dotrzeć gdzieś, gdzie nie sięgały wścibskie elektroniczne oczy korporacji. Rozpylona w powietrzu woda przyjemnie chłodziła i nadawała powoli otulanemu zmrokiem Miastu specyficzny urok.

Zamyśliłem się na chwilę i wpadłem na plecy Garta, który nagle się zatrzymał.

– Czekaj, tędy nie przejdziemy – powiedział konspiracyjnym szeptem i wskazał na pobliskie skrzyżowanie.

Trzech funkcjonariuszy sił porządkowych patrolowało okolicę. Nie mieli na sobie rynsztunku szturmowców, tylko lekkie czarne półpancerze, ale to niczego nie zmieniało. Nie zamierzaliśmy z nimi walczyć.

– Pójdziemy dłuższą drogą. – Chłopak cofnął się w głąb alejki, a ja posłusznie poszedłem za nim.

Na ścianie budynku nieopodal znajdował się spory telebim. Te urządzenia włączały się automatycznie, gdy spadało natężenie światła. W dzień blask słońca sprawiał, że były nieczytelne. Wieczorem wyświetlały reklamy i czasem komunikaty. Jak teraz.

Moja twarz rozciągnięta do wielkości kilku metrów. Zdjęcie z akt RepTeku: wzorcowy wizerunek pracownika korpo, schludna fryzura, lekki uśmiech. Płynący pod obrazem napis.

„Czy widziałeś tego mutanta? Skontaktuj się z najbliższym posterunkiem policji RepTek. UWAGA! UZBROJONY I NIEBEZPIECZNY!”

– No to, kurwa, świetnie – skwitowałem, kręcąc głową. – Skurwysyny.

– Jebańcy – zgodził się Gart, używając obelgi zasłyszanej od Majstra. – Wcześniej w ich wewnętrznej komunikacji ogłosili cię mutantem, teraz poszli na całość.

Tak oto definitywnie przestałem być obywatelem, ba! nawet człowiekiem. Jak zwykle nikt nie pytał mnie o zdanie. Odczłowieczyli mnie, tak po prostu. Oficjalnie stałem się zwierzyną, każdy mieszkaniec mógł mnie bezkarnie zabić.

„Przewidziana wysoka nagroda”.

– Coraz lepiej – mruknąłem, patrząc sobie w powiększone przez telebim oczy.

Pomyśleć tylko, że to wszystko przez te kilka wtyczek, po które poszedłem do Wiz.una. Większości z nich nawet nie zdążyłem wpiąć. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie były mi potrzebne. Ból głowy nie wracał, czerwona poświata też się nie pojawiła, mimo że w laboratorium chinoli wpinałem się i walczyłem z cyfrakiem.

Widać narkotyki ci szkodzą, nawet jeśli ich nie bierzesz. Może wtedy nawet bardziej, uznałem, kolejny raz śledząc przewijające się na ekranie słowo „mutant”.

Szybko przemknęliśmy dwa kwartały ulic, przyczailiśmy się za starym kontenerem na śmieci. Gart wskazał niewysoki budynek po drugiej stronie ulicy. Nie wyglądał na blok mieszkalny, raczej jak opuszczony obiekt administracyjny. Zrozumiałem, że to cel naszej wędrówki. Ruszyliśmy truchtem.

Wiatr znad Pustyni przyniósł metaliczny zapach rozgrzanego piachu, na ulicach rozjarzyły się lampy uruchamiane czujnikami zmierzchu. Nad RepTek Polis zapadała noc.