Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 27 из 71

Chłopak wahał się chwilę, lecz w końcu prześlizgnął się na drugą stronę.

– W płocie jest sporo dziur, prędzej czy później trafilibyśmy na jakąś – powiedziałem, idąc w jego ślady.

Gart nerwowo rozglądał się na boki, jakby spodziewał się, że zaraz po przekroczeniu granicy ziemi niczyjej napadną go mutanty lub bioćpuny.

– Byłeś już kiedyś na Przymurzu? – zapytałem wprost.

– Tylko raz. – Sądząc po wyrazie jego twarzy, za tą krótką odpowiedzią musiała się kryć grubsza historia.

– Gdzie dokładnie jest DTek? Trzeba zaplanować trasę.

– W Industrialnej, niedaleko Wschodniej Bramy.

– Chodźmy, trzymaj się blisko. W ciągu dnia powi

Przymurze okalało niemal całe Polis. Błękitna Plaga uderzyła najsilniej na obrzeżach. Lekarze nie potrafili wyjaśnić, dlaczego właściwie tak się stało. Bliskość Muru i leżącej za nim Pustyni, lekko podwyższone tło promieniowania, bardziej obciążone, a przez to mniej wydajne systemy podtrzymywania życia; pomysłów było sporo. Niezależnie od przyczyny straciliśmy wtedy pierścień ulic i bloków, który przekształcił się w zakazaną strefę. Przedmieścia stały się kolejną barierą stojącą między nami a resztą kończącego się świata. Opustoszałe budynki, skwery straszące kikutami martwych drzew i zasypane nawianym ponad Murem piachem parki stanowiły dziś dom tych, których nie chciano w Mieście. Ocaleni z Plagi, noszący piętno mutacji, bioćpuny, wyrzutki i zwykli bandyci, obłąkani oraz zwyczajnie nieprzystosowani do życia w naszym korporacyjnym Polis mieszkali właśnie tutaj. Firma zarządzająca Miastem mogła sobie pozwolić, by o nich zapomnieć. Obywatelom wystarczały okazjonalne akcje czyszczenia obrzeży Przymurza, poza tym dzielnicę i jej mieszkańców pozostawiono samym sobie. Degeneraci nie pchali się do centrum, szturmowcy nie zapuszczali się w głąb ich terytorium – taki układ zdawał się odpowiadać wszystkim. Słyszałem plotki, że RepTek regularnie „gubił” na tym terenie jakieś transporty z jedzeniem, żeby odszczepieńcy nie mieli powodu do poszukiwań w bardziej cywilizowanych miejscach. Wprawdzie nie bardzo wiedziałem, gdzie takie transporty miałyby jechać, lecz to w zagadkowy sposób nadawało pogłosce wiarygodności. Zastanawiało mnie też, że firma nigdy takiego transportu nie zatruła, żeby zmniejszyć populację zakazanej dzielnicy.

W głębi Przymurza nikt nie dbał o sprzęt umożliwiający w miarę normalne życie w mieście pośrodku niczego. Nie działała większość multiterminali, ogniw fotowoltaicznych, oświetlenia ulic i zraszarek. Właśnie dlatego sądziłem, że za dnia powi

Szliśmy, starając się nie zwracać na siebie uwagi, przemykając wzdłuż pokrytych graffiti ścian. Na ile to było możliwe, starałem się prowadzić obrzeżami dzielnicy, tak by nie tracić z oczu płotu. Co prawda narażało nas to na niewielkie ryzyko, że wychwyci mnie któraś z kamer obserwujących barierę, lecz uznałem, że to lepsze niż zapuszczanie się głębiej w Przymurze. Naciągnąłem tylko kaptur, nieco utrudniając zadanie Wielkiemu Bratu.

Słońce wschodziło coraz wyżej, skracając cienie, w których się kryliśmy. Upał powoli zaczynał dawać się we znaki, czułem, jak strużka potu cieknie mi po plecach.

– Tędy nie przejdziemy. – Gwałtownie cofnąłem się za róg budynku.

– Uważaj trochę – burknął Gart, na którego wpadłem. – Co się stało?

– Sam zobacz.

Chłopak ostrożnie wyjrzał i zaklął cicho. Za blokiem rozciągał się spory plac. Kiedyś pewnie było to duże skrzyżowanie, dziś stało tu tylko kilka porzuconych, wypalonych wraków. Co gorsza, nieopodal znajdowała się także jedna z oficjalnych furtek, a przy niej dwóch szturmowców w pełnym rynsztunku. Po nocnej awanturze w moim mieszkaniu RepTek na pewno rozesłał mój wizerunek do wszystkich patroli, więc lepiej byłoby nie pchać im się przed wizjery. Nawet jeśli nie rozpoznają mnie od razu, mogą im przyjść do głowy jakieś głupie pomysły.

– Wejdziemy kawałek w głąb – zdecydowałem. – Przecznica lub dwie powi

Ruszyłem za blok pewnym krokiem, chcąc dodać otuchy Gartowi. Ciężkie westchnienie za moimi plecami upewniło mnie, że nie do końca mi się udało.

Alejka między blokami wyglądała jak filia pustyni – piach całkowicie przysypał walające się pod ścianami śmieci. W panującej ciszy słychać było strzępki dźwięków właściwego Miasta, które wydawało się teraz zupełnie i

Skręciliśmy za róg i znów zbliżyliśmy się do pustego placu. Wyjrzałem, by ocenić odległość, lecz wtedy kilka rzeczy wydarzyło się niemal jednocześnie.

Od strony centrum głośno zawodzą syreny oznajmiające zbliżający się cykl zraszania, gdzieś za nami słychać głośne trzaśnięcie drzwi. Odwracam się na pięcie, próbując ogarnąć sytuację. Cztery sylwetki wypadają z pobliskiego bloku, biegną wprost na nas. Gart zrywa się do sprintu w stronę skrzyżowania, lecz zatrzymuję go, łapiąc za kołnierz.

– Czekaj. – Zachowanie spokoju wiele mnie kosztuje, szczególnie że krótkie pałki w rękach mieszkańców Przymurza nie pozostawiają złudzeń co do ich zamiarów. – Niech się zbliżą, wtedy ruszymy.

Skrzypek patrzy na mnie w panice, chwilowo słucha polecenia, choć go nie rozumie. Napastnicy są coraz bliżej. Półnadzy, oplątani burymi łachmanami, ze skórą poznaczoną bliznami oparzeń, noszą wyraźne piętno mutacji. Wyją opętańczo, wymachując przy tym bronią. Widziałem już kiedyś takich, w ostatnim stadium szaleństwa, które każe im rzucać się na wszystko i wszystkich. Pech, że dziś padło na nas, a nie na szturmowców przy furtce.

– Jeszcze moment. – Gart odruchowo wychyla się i ciągnie w kierunku skrzyżowania, ale nadal trzymam go mocno. Agresorzy są już naprawdę blisko, wyraźnie widzę ich wykrzywione bezmyślną wściekłością twarze. – Teraz!

Odwracam się tyłem do atakujących i zaczynam biec, w uszach mając tylko łomot pulsującej krwi. Chłopak rusza razem ze mną, ale już na starcie zostaje nieco w tyle. Wypadamy spomiędzy bloków wprost na pusty plac. Rzut oka na gliniarzy przy furtce, już nas zauważyli. Podnoszą broń, w tej samej chwili na skrzyżowanie wbiegają napastnicy. Gart waha się przez ułamek sekundy, który może kosztować go życie. Wydzieram się do niego, sam nie wiedząc dobrze, co właściwie krzyczę. Rozlega się basowy pomruk gładkolufowej strzelby, broń grzmi raz za razem, na betonie wybuchają fonta

Gart spojrzał na mnie wybałuszonymi oczami, dysząc przy tym ciężko. Chyba chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego zgiął się wpół i zwymiotował. Gwałtowne torsje szarpnęły nim jeszcze kilka razy, wreszcie oparł się plecami o ścianę i osunął na podłogę.

– Spokojnie, szturmowcy się tu nie zapuszczą – zapewniłem go. – Na pewno nie we dwóch.

Rozejrzałem się wokół, mając nadzieję, że blok nie jest zamieszkały.

Chłopak podniósł głowę i popatrzył na mnie nieprzytomnie.

– Złamałeś mi rękę – powiedział, trzymając się za nadgarstek.

W tej chwili zdałem sobie sprawę, że mój już nie boli, choć musiałem go przecież mocno nadwyrężyć, ciągnąc skrzypka za sobą.

– Przepraszam – bąknąłem, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Jesteś ulepszony?

Spojrzałem na niego zdziwiony.

– No wiesz, implanty stymulujące mięśnie, neuroizolatory bólowe, dopalacze cyfrowo-fizjologiczne...

– Wiem, co znaczy ulepszony, ale nie mam nic z tych rzeczy – przerwałem mu. – Dlaczego pytasz?

– Leciałeś jak szalony, ostrzej niż po speedersie – wyjaśnił, obmacując rękę. – W pewnym momencie nawet uniosłeś mnie tak, że nie dotykałem ziemi. Wtedy chyba strzeliła mi kość. – Syknął z bólu, jakby chciał zaakcentować swoje słowa.

Nie zdążyłem mu odpowiedzieć. Dotyk zimnej lufy na potylicy potrafi dosłownie odebrać mowę.

Wyraz twarzy siedzącego na ziemi Garta mówił wyraźnie, że jesteśmy w dupie. Ciężkie milczenie przedłużało się, w Mieście cichły właśnie syreny. Upał lub nacisk lufy na tył mojej czaszki sprawił, że po skroni wolno spłynęła mi kropelka potu.

– Ręce na widoku, jebańcy. – Głos napastnika przypominał skrzypienie drzwi, które w zawiasach miały pusty

Posłusznie postąpiłem kilka kroków i dołączyłem do Garta. Ponieważ stał przodem do napastnika, nie czekając na pozwolenie, również się odwróciłem.

Na muszce trzymał nas jakiś niewysoki dziadyga. Ubrany w bure łachmany bliżej nieokreślonego kształtu, na czole miał czarne, brudne gogle. Wysoko uniesione krzaczaste brwi nadawały jego pomarszczonej twarzy lekko zdziwiony wyraz.

Mierzył do nas z karabinu poskładanego chyba z kilku różnych modeli. Kolba owinięta srebrną taśmą, klekoczący, powgniatany magazynek, brak kabłąka spustowego – ewidentna samoróbka. Nie miałem pewności, czy to ustrojstwo w ogóle wystrzeli, ale patrząc wprost w ciemny wylot lufy, postanowiłem nie sprawdzać tego doświadczalnie.

– Sprytne. To było. – Mówił nieco dziwnie, jakby dawno nie miał okazji z nikim rozmawiać. – Ze szturmowcami. Te, jebańcu, skąd wiedziałeś, że was nie trafią?

– Nie wiedziałem – odparłem krótko i powoli opuściłem ręce.

Oparł karabin o ścianę, po czym wyprostował się i spojrzał na nas.

– Mówcie, co tu robicie.

– Ściga...

– Idziemy w stronę Industrialnej – przerwałem Gartowi. – Tamci na nas napadli.

– Świry, tfu! – Zaakcentował swoją pogardę, spluwając gęstą flegmą pod buty. – Jebańcy.

Starzec najwyraźniej był nieco szalony. Z cichym chrzęstem podrapał się po łysiejącej głowie.

– Chodźcie za mną, pomogę wam. Dobrze wam z oczu patrzy. Jebańcy niech tam leżą. – Niedbale machnął ręką w kierunku drzwi.