Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 71

Tuż za rogiem korytarz rozszerzał się nieco i kończył zamkniętymi metalowymi drzwiami bez klamki. Pomieszczenie było jaśniej oświetlone, na jednej ze ścian wymalowano od szablonu graffiti przedstawiające ostrze lancetu wpisane w kwadratowy mikroprocesor. Czyżby Kabel dorobił się oficjalnego logo?

Wiz.un klepnął mnie w ramię i wskazał umieszczoną pod sufitem kamerkę telewizji przemysłowej.

– Uśmiechnij się – polecił, odwracając twarz w stronę obiektywu.

– Widzę, że u rzeźnika wiele się zmieniło – mruknąłem, idąc za jego przykładem.

– Fakt, interesy idą mu chyba całkiem nieźle – słowa szamana częściowo zagłuszył zgrzyt otwierających się drzwi.

Kolejny pokój pełnił rolę śluzy. Nie było tu kamer, za to przejścia pilnował rosły ochroniarz o twarzy naznaczonej licznymi bliznami, z których przynajmniej część wyglądała na umyślną skaryfikację. W połączeniu z wydatnymi kośćmi policzkowymi i grubymi łukami brwi robiło to niepokojące wrażenie, zupełnie jakby drzwi pilnowało jakieś brakujące ogniwo ewolucji. Jego prawa ręka była w całości wykonana z połyskującego ciemną szarością metalu.

– Cześć, Grabson! – Mój towarzysz bez wahania podszedł do osiłka, starając się nadać swoim słowom poufały ton.

Wzrok goryla mówił wyraźnie, że wcale nie są w takiej komitywie, jaką chciał udawać przede mną Wiz.un.

– Broń? – rzucił szczekliwie.

Westchnąłem ciężko, ale podałem mu orła i teleskopową pałkę.

– Tylko żeby nie zginęły – uprzedziłem, widząc, jak chowa je do stojącej z tyłu metalowej szafki.

Grabson spojrzał na mnie, całym sobą dając do zrozumienia, że po pierwsze, moje słowa stanowią dla niego obrazę, a po drugie, nawet gdyby moje rzeczy zniknęły, konsekwencje, jakie mógłby ponieść, nie robią na nim żadnego wrażenia.

Sapnął jeszcze coś do siebie i wcisnął przycisk na konsoli umieszczonej w ścianie. Zdawało mi się, że słyszę cichą pracę przekładni i serwomechanizmów, gdy prostował palec groźnie wyglądającej protezy. Nowe pomieszczenie w niczym nie przypominało poprzedniego miejsca pracy Kabla. Obskurna piwnica, w której kilka lat temu instalował mi nielegalne modyfikacje, nie umywała się do tej sali. Stojący na środku duży stół operacyjny lśnił czystą chirurgiczną stalą. Wisząca nad nim okrągła szpitalna lampa była w połowie wygaszona, ale i tak zalewała wszystko chłodnym białym blaskiem. Wokół i pod ścianami stały wózki, na których piętrzyły się popiskujące cicho komputery, ich monitory raz po raz ożywały, ukazując przesuwające się zielone ciągi danych, to znów gasły, strasząc nieprzeniknioną czernią. Leżące na podłodze przewody zebrano w schludne wiązki, pospinane opaskami zaciskowymi.

Panująca tu czystość i specyficzny porządek – na pierwszy rzut oka noszący znamiona chaosu – niespodziewanie uspokoiły mnie. Pomieszczenie wyglądało niemal jak sala kliniki RepTeku, pomyślałem, że może nie będzie tak źle. Kabel najwyraźniej przeszedł długą drogę od czasu, gdy ostatnio go widziałem. Skoro stać go było na ochronę i taki sprzęt, musiał naprawdę wyszkolić się w swoim fachu, a to dawało nadzieję, że przeżyję jego zabiegi.

– Wiz.un i Neth. Czekaliśmy na was – odezwał się niewysoki, chudy chłopaczek w białym kitlu, podnosząc głowę znad trzymanego w ręku tabletu. – Pan doktor zaraz przyjdzie.

Parsknąłem krótkim śmiechem, a pielęgniarz spojrzał na mnie zdziwiony.

– To Kabel skończył medycynę? – zapytałem, powstrzymując chichot. – Myślałem, że co najwyżej technikum elektryczne, i to zaocznie.

Wiz.un szturchnął mnie łokciem pod żebra, co tylko bardziej mnie rozśmieszyło. Nie wiedzieć czemu, cała sytuacja wydała mi się nagle absurdalnie zabawna. Nie wiedziałem, czy to cieknący port mieszał mi w połączeniach nerwowych, czy naprawdę było się z czego śmiać.

– Zrobimy szybki skan, żeby ocenić skalę uszkodzeń – powiedział chudzielec, gdy opanowałem wesołość. – Proszę za mną.

Podprowadził mnie do krzesła stojącego pod ścianą obok wózka z komputerem. Na monitorze wyczekująco mrugał płaski zielony kursor.

– Który port? – Pomocnik Kabla mówił odwrócony tyłem do mnie, grzebiąc w szufladce ze złączami i przewodami.

– Niestandardowy mam usmażony, więc trzeba będzie przez legalny – odparłem, patrząc, jak wyciąga kolejne wtyczki w różnych rozmiarach. Niektóre z nich wyglądały naprawdę dziwacznie, „pan doktor” zainteresował się chyba także technikami eksperymentalnymi. – Problem w tym, że ten cieknie.

– Nie szkodzi, zrobimy obejście i filtr. – Wybrał odpowiednią końcówkę oraz nieznaną mi przejściówkę. Połączył oba mieniące się pozłacanym blaskiem elementy i podszedł do mnie. – To złącze jest jednokierunkowe, skonfigurowane wyłącznie na odbiór. Podpiąłem do niego dodatkowy dyfraktor, wyłapie i rozproszy ewentualne zakłócenia zwrotne. To oznacza, że żadne impulsy z maszyny nie powi

– Teoretycznie? – spytałem, choć nie byłem pewny, czy chcę znać odpowiedź.

Zresztą i tak byłem pogodzony z losem, bo zacząłem podwijać rękaw, zanim jeszcze pielęgniarz udzielił mi odpowiedzi.

– Z uszkodzonymi portami tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo. – Wzmocnił wypowiedź wzruszeniem ramion. – Czasem sieją impulsy tak mocno, że sam kontakt nawet bez transferu może pogorszyć sytuację.

– Świetnie – skwitowałem, widząc, jak z wprawą zakłada lateksowe rękawiczki.

Odruchowo zacisnąłem zęby, gdy podłączał mnie do maszyny. Poczułem mocne ukłucie i palące mrowienie wokół zatopionego w ciele gniazdka, ale nie straciłem przytomności jak poprzednio. Ekran komputera ożył nagle, wyświetlił najpierw sygnaturę mojego portu, by kilka sekund później zalać się potokiem surowych danych.

– To potrwa tylko chwilkę, nasze algorytmy skanujące są najwyższej jakości – zapewnił mnie chłopak.

Zachowywał się jak profesjonalista w legalnym szpitalu. Rzetelna informacja dla pacjenta, uspokajający ton i przesadna dbałość o higienę zdradzały, że raczej nie nauczył się swojego fachu w podziemnych klinikach szemranych rzeźników. Może był kiedyś sanitariuszem w którejś z lecznic RepTeku?

Wiz.un wlepiał wzrok w monitor, ale nie sądziłem, żeby rozumiał cokolwiek z płynących na nim znaków. Urządzenie wyciągało ze mnie informacje zapisane nieobrobionym kodem. Przed przepuszczeniem przez translatory lub choćby interpretator niewiele można było z tego wywnioskować.

Seria cichych pisków zasygnalizowała zakończenie procedury. Pielęgniarz wyciągnął ze mnie wtyczkę, skóra wokół portu zapiekła nieco mocniej. Wprowadził kilka krótkich komend na klawiaturze, po czym na ekranie pojawił się sunący powoli pasek postępu.

– Analiza danych zajmie kilka minut. Zaraz wracam – oznajmił i zniknął w jednym z bocznych pomieszczeń.

Siedziałem w milczeniu, obserwując powolny progres pracy programu. Gdzieś z oddali dochodził miarowy stukot przetaczającego się pociągu metra, cicho popiskiwały pracujące komputery. Dopiero teraz, otoczony stalą chirurgiczną w jasnym świetle podziemnej sali operacyjnej, uświadomiłem sobie, że naprawdę mogę umrzeć. Krytyczny błąd organizmu. Funkcje życiowe wykonały niedozwoloną operację i zostaną zamknięte. Odcięcie zasilania bez szansy na backup.

Potrząsnąłem głową, odganiając te myśli. Nie dam się tak łatwo, przecież nie wykończy mnie jakiś durny cyfrak. Łańcuch błędów w kodzie i niedokończonych linijek, które kierowane idiotyczną namiastką sztucznej inteligencji zebrały się w całość. Cieknący w wyniku starcia z takim bytem port to zdecydowanie zbyt błahy powód, żeby umierać.

Znów zachciało mi się palić, ale nie wiedziałem, jak zareagowałby na to Kabel. Wprawdzie podczas mojej pierwszej operacji sam kopcił, nawet trzymając w ręku skalpel, ale w jego nowej klinice nie zauważyłem popielniczek, ani tym bardziej petów na podłodze, więc na wszelki wypadek postanowiłem się powstrzymać.

Boczne drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem i do pomieszczenia wkroczył Kabel w białym kitlu. Wiz.un miał rację, mocno zmienił się od czasu, gdy widziałem go po raz ostatni.

Rzeźnik zawsze miał słabość do modyfikacji, także własnego ciała. Ostatnie kilka lat musiało być dla niego bardzo pracowite. Lewe oko miał obudowane jakimś syntetycznym ustrojstwem. Metalowy, opleciony wiązką nanokabli implant zagłębiony w kości policzkowej i łuku brwiowym podtrzymywał zintegrowaną z gałką oczną soczewkę świecącą lekkim błękitnym blaskiem. Rękawy fartucha miał podwinięte, więc nic nie zasłaniało wszczepów na przedramionach Kabla. Niewielka rurka tkwiąca w ciele nad prawym nadgarstkiem była półprzezroczysta, widziałem przepływającą przez nią krew. Tuż pod skórą lewej ręki, od łokcia do końcówek palców, umieszczone były przewody, wyglądające trochę jak nieizolowane nanokable. Co kilka sekund w obu kierunkach przebiegały przez nie czerwone świetlne impulsy.

– Neth, kopę lat, że tak powiem! – Kabel podszedł do mnie, szeroko rozkładając ręce w powitalnym geście. Jego twarz rozciągnęła się w nieprzyjemnym uśmiechu. – Nie byłeś u mnie, odkąd spłaciłeś ostatnią ratę za swoje ulepszenia.

– Jakoś nie było okazji – burknąłem niepewnie, z fascynacją przyglądając się ruchom niebieskiej soczewki. – Widzę, że sporo się zmieniło.

– Fakt, że tak powiem, nowa klinika w niczym nie przypomina poprzedniej nory – odparł, wyraźnie usatysfakcjonowany. – Wiesz, lepsza klientela, wyższe wymagania, lepsze technologie.

– Więc pewnie także wyższe ceny – stwierdziłem.

– O tym później, nie wiem jeszcze, jaki jest, że tak powiem, zakres szkód. – Rzucił okiem na monitor, ale program wciąż mielił dane.

– Kroisz teraz szychy z RepTeku? Wszczepiasz pornostymulanty i implanty na potencję? – zapytałem, bo zaintrygowała mnie ta gadka o lepszej klienteli.

– Tajemnica lekarska. – Chwilę mierzył mnie wzrokiem, sztuczna soczewka błysnęła zielenią i czerwienią, by sekundę później znów rozjarzyć się błękitem.

– Nad sobą też nieco popracowałeś – powiedziałem, gdy cisza zaczęła się przedłużać.

Kabel w odpowiedzi skinął tylko głową, najwyraźniej nie chcąc się chwalić swoimi modyfikacjami. Komputer zapiszczał cicho, oznajmiając, że przeanalizował informacje. Rzeźnik wprowadził kilka komend na klawiaturze, mruknął coś sam do siebie. Podrapał się w głowę, impulsy biegnące w lewej ręce przyspieszyły gwałtownie, soczewka w oku znów zmieniła kolor. Wyjął z kieszeni przewód, wpiął go w umieszczony za uchem port i podłączył się do komputera. W tej samej chwili jego twarz przygasła, przestała wyrażać cokolwiek. Zupełnie jakby na chwilę się wyłączył, czy raczej przeszedł w i