Страница 17 из 71
– Łazicie się tu kurwić, a potem leczyć was trzeba – mruknął strażnik. – Potrzebujesz pomocy medycznej? – To również było pytanie obowiązkowe. System rozpoznał mnie jako pracownika korporacji, zatem należało mi się odpowiednie traktowanie.
– Nie, poradzę sobie – odparłem, przechodząc przez otwartą furtkę.
Ulica stanowiąca umowną granicę między dzielnicami nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wystarczyło odpowiednio oddalić się od Przymurza i człowiek od razu mógł poczuć się bezpieczniej. Można tu było spotkać patrole, ale bioćpuny bardzo rzadko zapuszczały się bliżej centrum, choć dróg przez płot pewnie znalazłoby się kilka. Zupełnie jakby Miasto powoli umierało, a Pustynia zdawała się pochłaniać je po kawałku, niepowstrzymywana przez ścianę.
Stojący po drugiej stronie jezdni strażnik miejski majstrował coś przy swoim hełmie. Pewnie przestawiał osłonę na tryb dzie
Mijałem migający żółtym i zielonym światłem dystrybutor syntetycznej żywności i nagle zatrzymałem się jak wryty. Poczułem nieodpartą ochotę na enBara. Nigdy nie lubiłem tego świństwa: obrzydliwie słodki kawałek bliżej niezidentyfikowanej substancji dopuszczonej jako środek spożywczy uzupełniający zapotrzebowanie na energię. Zapewne speeders i wydarzenia ostatniej nocy tak mnie wyczerpały, że organizm domagał się uzupełnień. Bez dłuższego namysłu wstukałem mój kod i odebrałem ze szczeliny dwa szeleszczące opakowania. Jedno rozerwałem natychmiast niecierpliwym ruchem i wbiłem zęby w baton. Smakował okropnie, mimo to zjadłem ponad połowę. Resztę wyrzuciłem, lecz drugiego schowałem do kieszeni, właściwie nie bardzo wiedząc, po co to robię. Przecież i tak nie zamierzałem go zjeść.
Do swojego bloku dowlokłem się ostatkiem sił. Cyfrowe narkotyki sprawiły, że sięgnąłem do najgłębszych rezerw, i teraz nieubłaganie nadchodziła pora, żeby za to zapłacić. Ból w ciele przeszedł w tępe pulsowanie, ale czułem, że później może być gorzej.
Z trudem przestawiając nogi, dotarłem do swojego mieszkania. Przesunąłem kartą przez czytnik, zielona dioda zamrugała uspokajająco. Trafienie kluczem do dziurki okazało się znacznie trudniejszym wyzwaniem. Dobrą minutę stałem z czołem opartym o drzwi, próbując otworzyć zamek. Wychyliłem szklankę wody i chciałem już zwalić się na łóżko, które emitowało w tej chwili własną grawitację. Nie mogłem położyć się w takim stanie, choć naprawdę bardzo chciałem. W łazience opatrzyłem ranę na ramieniu. Nie krwawiła już prawie wcale, bolała za to jak cholera, choć nie zagrażała życiu. Zawsze goiłem się szybko, może tym razem też tak będzie. Zacząłem już odzyskiwać władzę w ręce, więc byłem dobrej myśli.
Chyba zdążyłem zasnąć, zanim jeszcze moja głowa wgniotła poduszkę.
Biegnę przez niekończące się korytarze, rytm bębnów napędza szaleńczy łomot tłukącego o żebra serca. Gdzieś z boku terkocze karabin maszynowy, pisk opon zmusza do dalszego pędu. Na tle pokrytych obłażącą farbą ścian migają fragmenty kodu, nielegalny port kłuje lekko i promieniuje bolesnym ciepłem. Mijam terminal, sękata łapa wyskakuje z niego i uderza, cios rzuca mną o ścianę. Rogata czaszka pochyla się, jakby przyglądając się ciekawie, puste oczodoły są przerażająco inteligentne. Stwór otwiera paszczę, z której wydobywa dźwięk dzwoniącego telefonu.
Obudziłem się na podłodze, ściskając przepoconą kołdrę. Wstrząsały mną dreszcze jak przy wysokiej gorączce, mięśnie pulsowały bólem. Oddalony o kilka metrów telefon brzęczał uparcie, ale dzielący mnie od niego dystans zdawał się nie do pokonania. Coś było mocno nie tak, czułem się chory i zupełnie rozbity, zdołałem wrócić na posłanie i znów zapadłem w deliryczną drzemkę.
Kiedy ponownie otworzyłem oczy, w mieszkaniu panowała ciemność. Musiałem przespać cały dzień, choć równie dobrze mogłyby to być dwa. Sen nie przyniósł ulgi, nadal bolało mnie właściwie wszystko. Usiadłem na łóżku, świat wokół zawirował niebezpiecznie, ale po chwili wrócił mniej więcej do normy. Telefon rozjazgotał się znowu, tym razem postanowiłem podjąć próbę odebrania. Chwiejnym krokiem podszedłem do stolika, oparłem się o niego ciężko i wcisnąłem odpowiedni przycisk.
– No, wreszcie! – Lekko zniekształcony przez głośnik głos należał do Wiz.una. – Jesteś tam?
– Jestem. – Krótka odpowiedź kosztowała mnie sporo wysiłku.
– Jak poszło wczoraj? Spodziewać się ciebie? – dopytywał szaman.
– Chuj z taką robotą – stwierdziłem zgodnie z prawdą. – Nie masz pojęcia, w co ty mnie wpakowałeś.
– Co masz na myśli? – W jego tonie zabrzmiały ostrożne nuty.
– Nic, po prostu było ciężko. Bardzo – powiedziałem, siadając na podłodze, bo stanie za bardzo mnie męczyło. – Ten cyfrak... czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
– Koniecznie musisz mi wszystko opowiedzieć! – emocjonował się diler. – Będzie czas, jak przyniesiesz to, po co poszedłeś.
– Wiz.un, ja nic nie muszę – poprawiłem go. – Ewentualnie mogę, ale teraz chyba nawet to nie.
– Coś się stało?
– Nie wiem. – Rozmowa zaczynała mnie męczyć, przed oczami czarne mroczki dołączyły do czerwonej poświaty. – Jestem chory, zużyłem wczoraj kilka wtyczek.
– Przyjadę do ciebie. – Szamanowi musiało bardzo zależeć na tych dyskach i próbkach, bo nie podejrzewałem, że chce mnie odwiedzić wyłącznie z troski o moje zdrowie. – Będę za jakąś godzinę.
Siła przyciągania łóżka wzmogła się gwałtownie, poddałem się jej i świat znów wypełniły wydarzenia ostatniej nocy odgrywane w krzywym zwierciadle snu.
Łomot bębnów kanibali pły
– Wyglądasz jak gówno – powiedział Wiz.un zamiast powitania. – Co ci się stało?
– Wszystko – burknąłem, obierając kurs powrotny do wyrka. – Jak chcesz coś do picia, to będziesz musiał sam sobie wziąć. – Dla zaakcentowania mojej gości
– Przyniosłem trochę rzeczy, postawimy cię na nogi.
– EnBara? – Sam nie wiem, czemu przyszło mi to do głowy.
– Widzę, że załadowałeś speedersa – stwierdził zupełnie bez związku, uśmiechając się przy tym pod nosem. – Mają zaszytą reklamę podprogową – wyjaśnił, widząc moje zdziwione spojrzenie. – Rozumiesz, to z troski o klientów. Te wtyczki nieźle tarzają, więc dodałem im zapis, który wymusza uzupełnianie energii.
– Kurwa, ja nawet nie lubię tych batonów. – Pokręciłem obolałą głową. – Takie są skutki ładowania przez legalny port.
– Nie martw się, reklama wygaśnie za kilka godzin. Przy okazji nie będziesz musiał czyścić złącza. Bardzo porządnie zakodowałem te speedersy, jedyny ślad, jaki zostawiają, dotyczy tej zajawki na enBara. System uzna, że złapałeś ją od publicznego terminala. Dobra, kładź się. Zobaczymy, jak ci pomóc.
– Wiz.un, nie sądzę, żeby medycyna naturalna czy medytacja mogły tu pomóc – marudziłem, siadając na łóżku.
– Zdaję sobie z tego sprawę. – Szaman postawił torbę na stoliku i zaczął metodycznie przeglądać jej zawartość. – Dlatego to, co przyniosłem, stanowi wręcz definicję medycyny bardzo nienaturalnej. Zaczniemy od łagodnego fizjowspomagacza i czegoś przeciwbólowego.
Na myśl o cyfrowych prochach żołądek podjechał mi do góry, po czym wywinął salto.
– To chyba nie jest najlepszy pomysł. Załadowałem wczoraj za dużo.
– Nie martw się, to nie taki ostry kod jak tamte. – Diler wciąż czegoś szukał. – Pomoże ci wyjść na prostą. Mam, to będzie dobre. – Odwrócił się do mnie, trzymając w ręku pozłacaną wtyczkę. – Nie odłączyłeś nawet przedłużacza? Kurwa, faktycznie nieźle cię potargało.
Odwinął mi rękaw i syknął przez zęby. Czułem, jak dotyka zdrętwiałej skóry wokół nielegalnego portu, przytrzymuje palcami i wyciąga tkwiący w ciele przewód.
– Musisz iść do Kabla – zawyrokował, kręcąc głową. – To złącze się kończy.
– Wiz.un, mówiłem ci już, ja nic nie muszę – odparłem, przymykając oczy. – Załadujesz mi wreszcie to cholerstwo?
Ciche kliknięcie, z jakim lśniący walec wskoczył na miejsce, zgasiło moją świadomość.
– ...cież widzę. Trzeba to z niego wydłubać.
– Kurwa, Link mnie zabije.
– Nie panikuj, dasz mu, czego chciał, kończę kopiować dyski.
Przytomność czaiła się gdzieś na obrzeżach mózgu niczym cyfrak przy terminalu. Falowała i drżała, lecz nie chciała powrócić na dobre. Głosy wokół mnie były przytłumione, jakby dobiegały z daleka, wychwytywałem fragmenty nie do końca zrozumiałych słów i zdań.
– Dasz radę go postawić...
– ...wiem, spróbuję.
Ciałem, którego istnienia miałem nikłą świadomość, wstrząsnęły gwałtowne dreszcze. Płaczliwy dźwięk elektrycznych skrzypiec zagłuszył i
Przebudzenie było bolesne. Światło kłuło w oczy, głowa pulsowała tępym bólem, wokół legalnego portu dostępowego rozlewało się nieprzyjemne, mrowiące ciepło. Zamrugałem z nadzieją, że odzyskam ostrość widzenia, ale niewiele to pomogło. Odwróciłem głowę i wtedy ją zobaczyłem.
Siedziała blisko, odwrócona do mnie bokiem. Część jej twarzy zakrywały ciemne włosy, poprzetykane fioletowymi i blond pasemkami. Zdziwiony, rozpoznałem dziewczynę, którą (chyba w poprzednim stuleciu) minąłem na schodach, wychodząc od Wiz.una. Była ubrana w te same obcisłe czarne spodnie i bluzkę w jaskrawym żółtym kolorze. Z bliska zobaczyłem, że w jej lewej brwi tkwi niewielki kolczyk.
Wpatrywała się w ekran leżącego na kolanach laptopa i w zamyśleniu przygryzała wargę. Jej chude palce krótkimi seriami stukały w klawiaturę. Z urządzenia wychodził przewód. Udało mi się skupić wzrok na tyle, by dostrzec, że jest zakończony wtyczką zatopioną w moim legalnym porcie. Sygnalizująca transfer danych dioda mrugała miarowo. Zielony, zielony, czerwony, zielony, zielony, czerwony.
Szarpnąłem się gwałtownie, kiedy do mojego otępiałego mózgu dotarło, co się właściwie dzieje.
– Hej, spokojnie. – Silna dłoń złapała mnie za nadgarstek prawej ręki, którą usiłowałem chwycić łączący mnie z komputerem kabel.