Страница 9 из 52
– Przeczytał i treść wskoczyła mu do głowy – wyjaśnił rzeczowo. – Ale chyba da się przywrócić stan pierwotny. – Dobrze by było. Ta książka pochodzi z Biblioteki Śląskiej. Egzorcysta zabrał się do rzeczy z werwą i znajomością rzeczy. Na początek poświęconą kredą narysował krąg wokół leżącego, potem obok nakreślił pentagram i zmusił lekarza, żeby wszedł do środka.To dla bezpieczeństwa – powiedział. Wreszcie uznawszy, że wszystko jest w porządku, zapalił świece i otworzywszy pustą książkę, zaczął odmawiać jakieś zaklęcia po starocerkiewno-słowiańsku. Wokół leżącej postaci pojawiała się parokrotnie świetlista aureola, ale zaraz znikała. – Za silny – powiedział wreszcie Jakub.
– Nie da się? Już chyba nieźle szło…
– Zrobię inaczej. Wejdę do jego umysłu.
– Czy to na pewno bezpieczne?Nie. Ułożył nieduży stosik z ziół i zapalił je. Uniósł się paskudny, czarny dym. Jakub zdjął koszulę i zaciąwszy się w palec, wymalował na skórze skomplikowany wzór. Potem dotknął palcem czoła i natychmiast padł jak podcięty. Lekarz patrzył na niego przestraszony. Po długiej chwili wahania postanowił pospieszyć mu z pomocą, ale ledwie wysunął nogę poza pentagram, poczuł coś w rodzaju uderzenia prądem. Tymczasem Jakub Wędrowycz miał drobne problemy. W chwili, gdy dotykając czoła, otworzył połączenie, w jego umysł wtargnęło jakieś monstrum. Wbiło się jak kleszczami w jego myśli i zaczęło wysysać jaźń. Jakub nawet się nie bronił, nie musiał. Monstrum zjadało jego wspomnienia oraz myśli i puchło coraz bardziej, a potem nagle zwinęło się w sobie i zaczęło uciekać. Podążył za nim. Spotkali się na szarej równinie pośród zwojów mózgowych prezesa. – Nu i papai ty – powiedział Jakub.Stwór zwijał się w konwulsjach. – Nie smakowało? – zmartwił się egzorcysta.Potwór z pogardą bryznął jakąś mazią.Widzisz robaczku już raz taki jeden mentalny wampir we mnie wlazł. I co się stało? Zdechł. Ciebie też to czeka. Stwór już się nie ruszał. Jakub zarzucił go na ramię i wyniósł na zewnątrz. Rzucił go z rozmachem na betonową posadzkę i wskoczył w swoje ciało. Starł kropkę z czoła. Nu, gotowe – powiedział do oniemiałego lekarza. – Można wyjść. Lekarz pochylił się nad ciemnym, rozlanym kształtem na podłodze.Co to jest? – zdumiał się. Uporządkowana ektoplazma. Można to spalić na przykład – podpalił stwora świeczką. Po chwili została tylko garść popiołu. – I już. Po problemie. – A prezes?
– Żyje. Dojdzie do siebie.
– Ale co to było?
– Mentalny wampir. Siedział w książce i podczas czytania wylazł. Zjadał myśli. Stąd nastąpiła desynchronizacja zachowania. Zresztą, co ja będę tłumaczył. To pan jestpsychiatrą. – I jak go pan załatwił?Wlazł mi do głowy i nażarł się moich myśli. Widać zaszkodziły mu. Lekarz usiłował wyobrazić sobie myśli Jakuba. To musiało być niezłe, cuchnące bajoro. No, popracowaliśmy, to może teraz coś niecoś wypijemy?
– A książka?
– Zobaczmy. Książka była znowu zapisana. Nic z niej nie wylezie?Nic. Poszli do gabinetu doktora i raczyli się spirytusem laboratoryjnym skażonym eterem. Lekarz rozcieńczał i pił ze szklanki po herbacie, a egzorcysta pił nierozcieńczony prosto ze słoja. Gdzieś koło północy Jakub był właśnie w wesołym i trochę podniosłym nastroju wywołanym przez alkohol, a lekarz na najlepszej drodze do delirium tremens, gdy niespodziewanie ktoś zapukał do okna. Unieśli głowy i wlepili zdumiony wzrok w niepokojące zjawisko za szybą. Na wzorzystym, perskim dywanie siedzieli arabski czarownik i niedoszły Indianin. Dywan unosił się w powietrzu.
– No, ładną kurację przechodzi pan panie Jakubie – powiedział czarownik. – Na pewno nie chce pan lecieć z nami? Jakub wziął pod pachę słój.
– Podrzucicie mnie w rodzi
Drewniany umysł
Jakub wstał chwiejnie od stołu. Krzesło popchnięte jego tyłkiem przewróciło się, a że było stare, rozleciało się na kawałki. Egzorcysta z trudem utrzymując równowagę, dotarł do zbawczej ściany i opierając się o nią, ruszył do drzwi. Złośliwy próg usiłował podstawić mu nogę, ale Jakub kopnął energicznie i wypróchniała belka wyleciała na zewnątrz. Coś złapało go za gumofilca. Popatrzył w dół i stwierdził, że to jedna z sześćdziesięciu puszek od piwa przyczepiła się do buta. Wreszcie wytoczył się na zewnątrz. Na niebie coś wisiało, ale czy było to słońce, czy księżyc w pełni, trudno było powiedzieć. Wszystko tonęło w zielonych oparach. Za to było dość chłodno, co pozwoliło mu się domyśleć, że chyba jest jesień. – Kurde – mruknął Jakub. – Nie trza było pryty mieszać z piwem. Świat zakołysał się gwałtownie, jak gdyby ziemia chciała strącić pasożyta ze swojego grzbietu, ale nie udało się. Wreszcie Wędrowycz przywędrował na miejsce. Stanął, opierając się czołem i jedną ręką o drzewo, drugą zaś rozsupłał drut trzymający rozporek i wydobywszy ptaszka, zaczął lać. Jego dobrze wytresowany organizm przez ostatnie dwie godziny cierpliwie przetaczał alkohol do pęcherza, toteż struga, którą wypuszczał, miała mniej więcej czterdzieści procent mocy. Z każdym wylanym litrem egzorcysta był coraz bardziej trzeźwy. Wreszcie opróżnił zbiorniki i zadowolony schował kuśkę. Ruszył w stronę szopy. Zielone cienie ustąpiły i mógł teraz stwierdzić, że jednak jest dzień. I faktycznie chyba była jesień.Nie ma się co byczyć, gdy robota czeka – mruknął do siebie. Jaka konkretnie robota czeka, tego nie wiedział… Pól nie obsiewał od lat, czekając na dotacje z UE. Dotacje wprawdzie dotąd nie napłynęły, ale on wytrwał twardo w swoim postanowieniu. Zwierząt także już od dawna nie trzymał… Prawie doczłapywał już do szopy, gdy nieoczekiwanie usłyszał śpiew. Hej, my chłopcy z nadprzestrze