Страница 31 из 52
– Tomasz Olszakowski, archeolog – przedstawił się nieznajomy. – Jak pan poznał, że jestem nauczycielem? – zaciekawił się. – Po okularach – wyjaśnił naukowiec. – Tu w okolicy się ich nie nosi… tubylcy uważają noszenie szkieł zahańbę, chyba większą niż umiejętność czytania i pisania uśmiechnął się z przekąsem. – Widzę, że zaciekawił pana ten zabytek.
– Właśnie – mruknął Olszakowski. – Cholernie ciekawa rzecz. Nie sądziłem, że w naszym kraju można natknąć się na tak ładne zabytki megalityczne… – Mamy przecież kamie
– Tak, na ruskim poligonie – archeolog wyciągnął z torby fotografię lotniczą. Położył ją na płaskim szczycie jednego z głazów trylitu. – Trzeci miał być podobno za pałacem. – A owszem, dzieciaki wspominały – przypominał sobie Kowalski.
– Jeśli połączymy je liniami – przyłożył linijkę i pociągnął długopisem kreski – to, jak pan widzi, powstanie trójkąt równoboczny. I to wykreślony z dokładnością do kilkunastu metrów. – Faktycznie – zdumiał się nauczyciel.Niestety, ci z pałacu nikogo nie chcą puścić za bramę – warknął archeolog. – Ale napisałem donos do wojewódzkiego konserwatora zabytków, w którym domagam się wykonania inspekcji. Nie chcieli po dobroci wpuścić,będzie trzeba wejść siłą…Wie pan coś na temat tego ruskiego obozu? – zaciekawił się. Aha. Tyle, co nic, na dobrą sprawę. Wieś wysiedlono jeszcze w 38 roku. Przejął ją instytut Ahenersbe.Co to było? – zdziwił się Kowalski, jednocześnie wyjmując z kieszeni znalezioną blaszkę. – Leżała w tymwiększym kręgu – wyjaśnił. Archeolog obejrzał ją z zainteresowaniem i oddał właścicielowi.Ahenerbe to był instytut Himlera. Zajmowali się ezoteryką, wywoływaniem duchów, szukali śladów kosmitów,gromadzili relacje z procesów o czary i w ogóle robili nieziemskie szopki. A kręcił tym facet z tego pałacu, graf Zygfryd von Hosenduft, osobisty astrolog i jasnowidz Hitlera.O choroba – gwizdnął przez zęby nauczyciel.Dupa wołowa, a nie jasnowidz – uśmiechnął się doktor Olszakowski – W każdym razie doradzał wodzowii widać, jakie efekty to doradzanie przyniosło… Ruscy mieli tam jednostkę rakietową i chyba kompanię karną, sądząc po tych zasiekach między domkami. A może trzymali jakichś swoich naukowców pod drutami, żeby im niezwiali. Cholera wie. Tak czy siak asfaltówka, którą dociągnęli do kamie
– Będę tu na dniach robił wykop sondażowy – powiedział archeolog. – Tak się chcę trochę wgryźć w głąb ziemi. Proszę zachodzić, zawsze miło pogadać z kimś inteligentnym…
Samochód pędził wąską szosą. Reflektory łowiły dziurawy asfalt i rosnące na poboczach drzewa.Dokąd jedziemy? – zaciekawił się Jakub,
– Bez komentarza – powiedział kierowca. – Niedługo będziemy na miejscu, tam wam wszystko wyjaśnią. Faktycznie, niebawem pojazd wjechał pomiędzy baraki niedużej popegeerowskiej wsi. Wysiedli z pojazdu. I rozejrzeli się ciekawie. Po prawdzie, w ciemnościach nie było wiele widać. Gdzieś daleko słychać było porykiwanie krów.Witamy w Chlewiskach – powiedział głos w ciemności. – Panie Jakubie, jesteśmy zaszczyceni, że udało nam się pana porwać… Zapraszamy na małą imprezę z okazji pańskiego przybycia… Oczywiście pański towarzysz – postać skłoniła się przed Semenem – także jest mile widziany. Po skrzypiących, drewnianych schodkach weszli do jednego z baraków. Spora sala zastawiona była stołami. Pomieszczenie oświetlało kilkanaście lamp naftowych. Na stołach piętrzyły się stosy pieczonej wołowiny, pomiędzy nimi stały flaszki z białym denaturatem. Egzorcysta nie lubił tego akurat trunku, no ale głupio było odmawiać… Zasiedli na honorowych miejscach u szczytu stołu i zaczęła się uczta.
Mark odłożył kilof i przez dłuższą chwilę wybierał pokruszone cegły z otworu. Odkładał je na bok.
– I jak to wygląda? Kapłanka stanęła na pryzmie ziemi. – Chyba faktycznie to to miejsce – powiedział w zadumie. Spory ten pagórek, teraz trafiłem na resztki sklepienia… – Na pewno ten – wyjęła z kieszeni złożony kilka razy plan posiadłości. – Mały budyneczek to kaplica grobowa von Hosenduftów. Otarł pot z czoła i ponownie zaczął kuć. Cegły ustąpiły, jego oczom ukazał się niewielki, czarny otwór. Kapłanka podała mu latarkę. Zaświecił do środka. – Krypta wypełniona częściowo gruzem – zameldował.
– Świetnie. Poszerz dziurę, zeskoczysz na dół i będziesz mi podawał cegły – zadysponowała. – Zniszczy sobie pani ręce – zaprotestował.
– Wezmę rękawice – ruszyła w stronę pałacu. Po niebie sunęły ciężkie, jesie
Jakub Wędrowycz obudził się na kacu gigancie… Łeb bolał go, jakby ktoś wbił w niego gwóźdź. Obok na pryczy spał Semen. On także wyglądał na nieco wykończonego nocną imprezą…Gdzie my, kurde, jesteśmy? – zastanowił się egzorcysta. A potem podszedł do okna. Kilka baraków, obory, wokoło pola obsiane lucerną i ściana lasu. Stary kozak też się obudził. Zniósł balangę lepiej niż egzorcysta.Cholera – powiedział. – Nie trza było tyle pić. W tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich, wysoki na co najmniej dwa metry, brodaty mężczyzna. Miał może sześćdziesiąt lat. Jego twarz wydawała się im znajoma. Jakby z telewizji albo z gazet…Osama bin Laden – przedstawił się. Jakub zamknął oczy i policzył powolutku do dziesięciu. Gdy je otworzył, Arab nadal stał w tym samym miejscu, więc chyba nie było to delirium.Ten bin Laden? – zainteresował się.Ostatecznie niejednemu psu burek.Oczywiście – gość dobrze mówił po polsku. – Miłomi powitać panów w Chlewiskach. Jakub dźwignął się z łóżka. Kac powoli mijał.
– To pan nas wyciągnął z pudła? – zaciekawił się…
– Nie da się ukryć – gospodarz uśmiechnął się lekko. Jest mi pan potrzebny, panie Jakubie. – A do czego tak konkretnie?
– Wprawdzie alkohol to wynalazek szatana, ale potrzebujemy go do naszych prac i na wynagrodzenie dla robotników. Chciałbym, aby uruchomił pan tu gorzelnię. Na razie potrzebujemy około stu litrów dzie
– Kurde – powiedział stary kozak – A tośmy się wkopali. W życiu bym nie przypuścił, że się facet u nas ukrywa – mruknął Jakub.
– No cóż – westchnął Semen – skoro nie złapali go w Afganistanie, to gdzieś musi być. Więc dlaczego nie tutaj? Za oknem widać było Arabów w burnusach i gablijach. Snuli się po terenie, niektórzy mieli kałasze. Pomiędzy barakami dreptali także byli kołchoźnicy w drelichach i kufajkach. Na dachu jednego z magazynów umieszczono półksiężyc. – Tam pewnie mają meczet – wydedukował Jakub.
– Kurczę, Lepper mówił, że w Polsce jest robiony wąglik w jakiejś wiosze… Zdaje się powiedział Klewiska… – A my jesteśmy w Chlewiskach – przypominał Wędrowycz – To znaczy, że dobrze mówił, tylko pomylił nazwę, albo ktoś wcześniej się pomylił i przez to nie znaleźli… Gorzej, że zbliża się pełnia księżyca, a my utknęliśmy na dobre… Bo nie sądzę, żeby nas łatwo wypuścili…
Krypta była stosunkowo niska, a za to bardzo długa. Gruz wypełniał ją do połowy wysokości. Kapłanka, posuwając się na czworaka, dotarła pod ścianę. Reflektor w jej ręce dobrze oświetlał wnętrze lochu. – Gdzieś tutaj – mruknęła.