Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 63 из 74

Kaci w pewnym momencie zapominali, że tortura jest tylko środkiem do osiągnięcia celu, a nawet jeśli pamiętali, zwykle wydawało im się, że tym celem jest wydobycie zeznań. Nic bardziej błędnego, moi mili! Zeznania może wydobyć byle oprawca z dłutem i rozgrzanymi kleszczami w dłoniach. Zazwyczaj sama prezentacja narzędzi wystarczała, by większość ludzi zyskiwała nadnaturalną ochotę do prowadzenia rozmów i obszernego odpowiadania na każde zadane pytanie. Tymczasem to nie wydobyte torturami zeznania są uwieńczeniem naszej pracy! Oczywiście, one też się liczą, zwłaszcza kiedy przesłuchujący potrafi odsiać ziarno od plew. Ale ważne jest, by skruszony grzesznik przyznał się głośno do błędów i bez skrupułów ujawnił wspólników, żałując każdej spędzonej z nimi chwili. Liczą się jedynie łzy żalu, wylewane na oczach gawiedzi, szczere przyznanie do winy i przemożna, nieubłagana chęć odbycia pokuty.

To wszystko ma znaczenie nie tylko dla nas samych, dla naszej wiary oraz dla ochrony niewi

– Jak to zdechło? – zapytał kolejny czeladnik. – Zapił się znowu czy co?

– Ciii… – Rudowłosy syknął i rozejrzał się wokoło, ale po maślanym spojrzeniu poznałem, że niewiele już widzi. Na mnie nie zwrócił uwagi. – Nie wiadomo, co tam…

– A kimż-że oni byl-li?

– He-re-ty-cy. – Rudowłosy starał się mówić cicho, ale nie udało mu się to.

Ha, pomyślałem, heretycy. Ciekawe, czy to prawda. Gdyż do heretyków, czarowników i w ogóle wszelkiego rodzaju odstępców od wiary stosuje się szczególną miarę. Złodziej lub morderca może umrzeć w czasie przesłuchania. Ale nigdy nie powi

Kompetencje duchownych i nas – inkwizytorów – nigdy nie zostały precyzyjnie rozgraniczone. Wszystko w zasadzie zależało od humorów Jego Ekscelencji, a on umiejętnie lawirował, sprzyjając raz tym, a raz tamtym i spokojnie wysłuchując wzajemnych żalów oraz skarg. Na domiar złego, w niektórych przypadkach dochodziły specjalne pełnomocnictwa, wydawane przez Ojca Świętego, które dodatkowo zaciemniały i tak już niejasny obraz.

Od sprawy, którą tak niemiłosiernie zawalił mistrz Folken, inkwizytorzy zostali odsunięci. Okazało się, że niesłusznie. Być może pewną rolę w tym wszystkim odegrało przyjęcie, na którym Folken chlał aż do rana, a po krótkim, pijackim śnie musiał zabrać się do pracy. Nie zdziwiłbym się też, gdyby do wina dosypano mu pewnych ziół. W każdym razie słyszałem, że na przesłuchanie przybył ledwo przytomny, a dłonie drżały mu tak, że musiał jedną z nich przytrzymywać drugą. A w takim stanie kiepsko się korzysta z bardzo precyzyjnych narzędzi i trudno też zagrać stosowną melodię na tak delikatnym instrumencie, jakim jest ludzkie ciało. Taaak, biskup Hez-hezronu zapewne poważnie się zastanowi, zanim powierzy następną sprawę kanonikowi, i odsunie tych, którzy herezją oraz bluźnierstwami powi

Kim byli dwaj ludzie, którzy tak niefortu

Wychyliłem następną szklaneczkę cienkiego wina i znowu zerknąłem w stronę czeladników. Rudowłosy kucał pod stołem i wydawał odgłosy, świadczące o tym, że słaby żołądek nie tolerował nadmiernych dawek trunku, a jego dwaj kompani siedzieli, wpatrując się bezmyślnie w pozalewany winem i sosami blat stołu. Uznałem, że nic więcej już nie usłyszę, więc wstałem i wyszedłem, gdyż smród spalenizny stawał się nie do wytrzymania, zwłaszcza dla osoby o tak czułym powonieniu jak moje.

Kiedy wychodziłem z pokoju, zaczepił mnie Korfis, właściciel gospody i weteran spod Schengen.

– Dzień dobry, Mordimerze – powiedział z uśmiechem na szerokiej twarzy.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry – odparłem.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

– A dokąd to z samego rana?

– Korfis, zastanów się, dokąd ja mogę iść z samego rana? Na pokazy cyrkowców? Do burdelu? A może poprzyglądać się statkom w porcie? Jak myślisz?

Niestety, moja jakże celna i błyskotliwa ironia nie dotarła do niego. Korfis był człekiem dzielnym, zacnym, lecz serdecznie głupim. Oczywiście, posiadał pewien właściwy jego pochodzeniu i zawodowi spryt, który pozwalał mu dość swobodnie unosić się na mętnych wodach Hez-hezronu. Prowadził nieźle prosperującą gospodę i z tego, co wiedziałem, zamierzał wykupić drugą, gdzieś na samych rogatkach miasta. Tak, tak, pomyślałem sobie, prędzej Korfis przeniesie się do domu z ogrodem w dzielnicy bogaczy niż uczyni to wasz uniżony sługa.

– Idę do Jego Ekscelencji – powiedziałem ze znużeniem. – Tak jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. I mam nadzieję, że wrócę na obiad.

Biskup zwykle miał na tyle przyzwoitości, że zaraz po południu posyłał jednego z kancelistów, aby doniósł mi, że w dniu dzisiejszym moje usługi nie będą potrzebne. No, ale „zwykle” nie znaczy „zawsze”. Nie raz i nie dwa czekałem aż do zachodu słońca, narażony na szydercze lub współczujące spojrzenia urzędników. Wreszcie biskup wychodził i spoglądał na mnie z dobrze udawanym zdumieniem.

– O, Mordimer – mówił. – Czyżbyś na coś jeszcze czekał?

A jeśli miał akurat atak podagry, to patrzył tylko na mnie bez słowa, jak na psie łajno, i wzruszał ze zniecierpliwieniem ramionami. W każdym razie, jedno i drugie oznaczało, że wreszcie mogę iść do domu. Jednak w końcu miało się okazać, że antyszambrowanie w biskupiej kancelarii nie jest zupełnie bezowocne.

Poranek był piękny, słoneczny i bezwietrzny, a smród stołecznych rynsztoków silniejszy niż zwykle. Aby dotrzeć do pałacu biskupa, musiałem przejść obok rybnego targu i odór ranił tam powonienie waszego uniżonego sługi, który wszak przyzwyczaił się, że na świecie istnieją i