Страница 51 из 74
Ten człowiek nie tylko nie powinien znać tych ksiąg, ale nawet słyszeć ich tytułów. Jednak wiedziałem też, że największe choćby tajemnice wyciekają, jeśli tylko wie o nich zbyt wielu ludzi. A przecież o „Sztuce demonologii”, dziełach Yussufa al Ahmadiego, czy pogańskim dębie uczono w Akademii Inkwizytorium (zagadnienia te przedstawiano również biegłym egzorcystom). Zrozumiałe więc, że prędzej czy później, mogli się o nich dowiedzieć również postro
– Dajcie pokój – powiedziałem natrętowi. – Czy godzi się dysputować o takich sprawach w domu Bożym?
– Ależ ja żądam, abyście mnie aresztowali. – Jego blada, szczupła twarz pokryła się krwistymi rumieńcami.
– A spalić was gdzie? Tu czy może w stolicy, bo więcej ludzi przyjdzie na spektakl? – Zażartowałem z poważną miną.
– Chcę, abyście mnie odprowadzili do klasztoru Amszilas! – niemal wykrzyczał. – I ja dobrze wiem, i wy dobrze wiecie, czym zajmują się tamtejsi mnisi… – dodał nieco spokojniejszym tonem i przysiadł obok mnie. – Zróbcie to, na miecz Pana! – zasyczał mi niemal w samo ucho, zionąc jednocześnie pomieszanym odorem przetrawionej cebuli i zgniłych zębów.
Odsunąłem się, gdyż moje delikatne powonienie jedynie z najwyższym trudem znosiło podobną gamę zapachową.
– Nadużywacie mojej cierpliwości – rzekłem spokojnie, chociaż o powi
– Na miecz Pana! – warknął. – Co mam zrobić, żebyście mnie aresztowali? Sprofanować, jak wy to mówicie, święte relikwie?
Wypowiedział te słowa i nagle rzucił wzrokiem w stronę ołtarza. Poderwał się z miejsca, jakby zamierzał wprowadzić w czyn śmiałe słowa. Na to już nie mogłem pozwolić. Chwyciłem go za ramię i klapnął obok mnie z bolesnym jękiem.
– Dość tego – powiedziałem stanowczo. – Chodźmy.
– Ano chodźmy. – Zgodził się bez oporu i nawet z satysfakcją w głosie.
Szedłem tuż za nim, niezadowolony, że z jego powodu będę musiał opuścić chłodne wnętrze i wyjść na rozgrzany, kamie
– Pozwólcie no tutaj. – Wskazałem rosnący nieopodal dąb, pod którego rozłożystymi gałęziami mogliśmy poszukać cienia, a jednocześnie znaleźć się z dala od ciekawskich uszu, gdyby takowe się znalazły.
Stanęliśmy przy grubym, szarobrązowym pniu o spękanej i spieczonej korze. Na jednym z konarów zauważyłem zwęglony ślad po uderzeniu pioruna.
– No więc? – spytałem. – Czego naprawdę ode mnie chcecie?
– Tylko tego, co powiedziałem. – Nie wiem, czy mi się wydawało, czy nie, ale chyba zgrzytnął zębami. – Aresztujcie mnie i odprowadźcie do klasztoru.
– Wiecie co? – Spojrzałem na niego uważnie. – Może was aresztuję i przesłucham tutaj, na miejscu, w Gorlitz?
Zauważyłem, że zbladł i wyraźnie się zaniepokoił.
– Nie, nie, nie – powiedział szybko. – Błagam was, tylko Amszilas… Uwierzcie, muszę tam dotrzeć jak najprędzej.
– Do Amszilas kawał drogi – westchnąłem. – I po co ja wam jestem potrzebny? Jedźcie sami, oddajcie się w ręce zako
– Nie rozumiecie! – Chyba chciał mnie chwycić za ramiona, ale powstrzymał się. – Musicie mnie chronić przez te trzy dni podróży… On, on… chce mnie zabić!
Jego głos stał się niemal piskliwy, a dłonie zaczęły mu tak drżeć, że jedną musiał przytrzymać drugą. No cóż, kimkolwiek był ten człowiek, z całą pewnością wierzył we własne słowa. Oczywiście, nie oznaczało to jednak, że ja mam w nie pochopnie uwierzyć.
– Uspokójcie się – rzekłem łagodnie. – I powiedzcie mi: kto was chce zabić?
Rozejrzał się wokoło spłoszonym wzrokiem.
– On – wyszeptał. – Demon.
– Ach, tak… Demon… – powtórzyłem. – No to zmienia postać sprawy! Macie tu może w Gorlitz jakąś rodzinę?
– Rodzinę? – Skrzywił się. – A co rodzina… – urwał. – Nadal mi nie wierzycie. – Ciężko oparł się o pień drzewa. – Sądzicie, że jestem szalony, prawda? I macie rację, na miecz Pana! Jestem szalony, czy raczej byłem szalony, kiedy… – Zaczerpnął spazmatycznie tchu, wbijając w korę paznokcie. Zauważyłem, że jego palce są zażółcone plamami, być może pochodzącymi z pracy nad alchemicznymi odczy
– Ależ proszę bardzo. – Zgodziłem się i spojrzałem z nadzieją w niebo, by zobaczyć, czy słońce zaczyna już chylić się ku zachodowi. Nie zaczynało.
– Nazywam się Casimirus Neuschalk i byłem doktorem teologii cesarskiego uniwersytetu – rzekł i to potwierdzało moje przypuszczenia, co do jego profesji oraz skąd mógł znać tytuły zakazanych dzieł. – Nie będę wnikał w to, jak i dlaczego poznałem tajemne sztuki. – Obróciłem na niego wzrok, ale patrzył gdzieś obok mnie. – Ważne tylko, że popełniłem błąd, inkwizytorze. Zawarłem pakt z siłami, których teraz nie potrafię okiełznać. Moje życie nie jest warte funta kłaków i nie sądzę, abym bez waszej pomocy przeżył nawet tę noc.
Przygryzł wargi tak mocno, że na jego ustach pojawiła się kropelka krwi.
– W zamian za opiekę podzielę się mą wiedzą z mnichami z Amszilas – powiedział, ciężko wzdychając. – Wyjawię wszystko. Od kogo otrzymałem księgi, kto był moim mistrzem, jakich zaklęć używałem… – Znowu westchnął. – Powiem wszystko, czego tylko zażądają. W zamian za życie.
– Zanim przejdziemy do tego, co wam grozi, pozwólcie, że zadam kilka pytań…
Skinął głową w milczeniu.
– Widzieliście dzieło al Ahmadiego w oryginale czy łacińskim lub greckim odpisie?
– We wszystkich trzech.
– Wyjawcie mi więc, z łaski swojej, kto w arabskim wydaniu nazywany jest Królem Demonów, co w wydaniach greckim oraz łacińskim skrzętnie pominięto?
– Jezus Chrystus. – Wzruszył ramionami. – Ale mylicie się, mówiąc, że pominięto. W wydaniu łacińskim zapisano tylko inicjały: I.C.
– A jakimi znakami zapisano imię naszego Pana w oryginale?
– Nie znakami – burknął. – Al Ahmadi przedstawił postać na krzyżu, zastępując imię rysunkiem.
– Nie powi
– Nie powinienem – przyznał. – Gdybym nie widział na własne oczy.
– Jak dostaliście się do dębu druidów?
– Przez otchłań krwi, chaosu oraz bólu – odparł, krzywiąc się, jakby na wspomnienie niemiłego wydarzenia.
– Jakim próbom was poddano?
– Żadnym. Podróż do dębu już jest próbą samą w sobie.
– Jak wygląda dąb? Ilu ludzi trzeba, by objąć jego pień? Czy dużo jest większy od tego, przy którym stoimy?