Страница 4 из 74
– No, no – powiedział mistrz Ritter, tym razem z nutą niechętnego podziwu.
Przyznam, że rozwój sytuacji też mnie zaskoczył, gdyż jasełka zwykle nie przybierały aż tak drastycznej formy. Owszem, zły i dobry łotr zawsze byli krzyżowani naprawdę, ale do tych ról wybierano zatwardziałych kryminalistów, skazanych na śmierć przez miejską ławę. Natomiast pierwszy raz zobaczyłem, aby na scenie zabito legionistów, a drugi z odgrywających postać Jezusa aktorów musiał być zawodowym szermierzem, gdyż ciosy wyprowadził z widocznym na pierwszy rzut oka kunsztem. Publiczność była zachwycona, lecz ja zastanawiałem się, kiedy twórcom wpadnie do głowy, żeby uzbrojonych Chrystusa i Apostołów wpuścić pomiędzy oglądającą przedstawienie gawiedź. W końcu Pismo mówiło wyraźnie: tego dnia ulice Jeruzalem spłynęły krwią. Kto wie, czy któregoś dnia inscenizacyjna wyobraźnia autorów nie przybliży dawnych czasów mieszkańcom Hez-hezronu w sposób o wiele bardziej dosłowny niżby sobie tego życzyli.
Przedstawienie w zasadzie się skończyło, a grający Jezusa aktor podniosłym tonem cytował Świętą Księgę. Do ramion zdążono mu przyczepić złocistą aureolę, a pod sufitem, na sznurach, unosiło się coś białego i skrzydlatego, co wedle zamierzeń twórców miało symbolizować anioła. Mogłem mieć tylko nadzieję, że mój Anioł tego nie widzi, gdyż bywał drażliwy na punkcie swego wizerunku oraz lubił, kiedy okazywano mu szacunek.
– Chodźmy – westchnąłem, ująłem Rittera za ramię i zaczęliśmy się przepychać przez tłum.
Ktoś zrugał mnie, że przeszkadzam w widowisku, ktoś i
W końcu udało nam się wydostać na ulicę. Przygrzewało mocne, kwietniowe słońce, a w tym pierwszym wiose
– Znowu odrzuciliście mi sztukę – rzekł mistrz Ritter oskarżycielskim, choć jednocześnie nieco zrezygnowanym tonem.
– Nie my, lecz biskupia kancelaria – wyjaśniłem, unikając jednocześnie pijaka, który omal nie wpadł wprost w moje objęcia. – Wiecie przecież, że Inkwizytorium nader rzadko zajmuje się sprawami delikatnej, artystycznej materii.
– Czy nie wszystko jedno? – Machnął ręką. – Wiecie, jakie poniosłem straty?
– A dlaczego nie piszecie komedii? – zapytałem i odtrąciłem dłoń złodziejaszka, który próbował obmacać pas Rittera. – Zajmijcie się pogodnymi stronami życia.
Dwie tłuste przekupki rozjazgotały się przy straganach i jedna próbowała zdzielić drugą po głowie cynową patelnią, przy czym poślizgnęła się na kupie przegniłych kapuścianych liści i runęła jak długa z wysoko zadartą spódnicą. Spod materii błysnęły grube łydki, poznaczone krwistoczerwonymi wykwitami rozdrapanych pryszczy.
– O właśnie – powiedziałem. – „Wesołe przekupki z Hezu”. Macie gotowy temat na sztukę.
– Drwicie sobie. – Łypnął na mnie ponurym wzrokiem, a jego blade, niedogolone policzki pokrył ceglasty rumieniec.
– Nie drwię – odparłem. – Czytałem wasze dzieła. Tragiczne miłości, źli władcy, intrygi, zdrady, oszustwa, trucicielstwo, skrytobójstwa, cierpienie w kazamatach, duchy pomordowanych… Komu to potrzebne, Heinz?
Usiedliśmy przy stole ustawionym przed karczmą „Pod Postronkiem i Pętlą”. Nosiła taką dziwną nazwę, bo podobno dawno temu w najbliższej okolicy wznosiła się miejska szubienica. Właściciel pokazywał nawet gościom przegniły pniak, który miał być niegdyś tej szubienicy podstawą, ale osobiście uważałem to za chwyt obliczony na przyciągnięcie klienteli.
– Dzbanek piwa i dwa kufle – rozkazałem służebnej dziewce.
Ritter próbował ją chwycić za pośladki, kiedy odchodziła, ale wywinęła się zręcznie i wyszczerzyła do niego w uśmiechu połamane zęby.
– Myślicie, że kiedyś będzie wolno nam pisać i wystawiać, co zechcemy? – spytał. – A tylko widz lub czytelnik będą decydować o wszystkim?
– Oczywiście, że nie. – Roześmiałem się. – Co też wam chodzi po głowie, panie Ritter? Czy pozwolilibyście dziecku zagłębić się samotnie w nieznany las, nie mówiąc wcześniej, którędy ma iść i nie usuwając niebezpieczeństwa z jego drogi? Słowa mają ogromną moc, więc naszą powi
– Zapewne macie rację – mruknął, ale widziałem, że nie jest przekonany. – A może, może… – zastukał nerwowo palcami w blat – napisałbym sztukę o Świętym Officjum? O trudzie codzie
– Dajcie pokój Świętemu Officjum – rzekłem stanowczo. – Nie chcemy, byście pisali o nas źle, nie chcemy także, byście pisali o nas dobrze. Nie chcemy, byście w ogóle o nas pisali. Inkwizytorium jest zbyt pokorne, by służyć za temat sztuki. Ganiąc nas, popełnilibyście grzech, a chwaląc – zawstydzilibyście.
– No tak – stropił się. – Więc mówicie: „Wesołe kumoszki z Hezu”?
Powiedziałem wprawdzie „przekupki”, ale być może słowo „kumoszki” było nawet lepsze.
– Niech się kłócą o utargi i mężczyzn, walą po głowach patelniami, szarpią za kudły, wywracają na podłożonych przez kogoś liściach kapusty, intrygują pomiędzy sobą… To się spodoba ludziom, wierzcie mi. Oni zawsze lubią oglądać głupszych od siebie.
– Ale czy to będzie jeszcze prawdziwa sztuka, panie Madderdin? – Spojrzał na mnie z przejęciem. – Ja chciałbym pisać o życiu i o śmierci, o wielkich miłościach i tragicznych wyborach, o zżerającej ludzi nienawiści i o niedościgłym honorze, o tym, gdzie przebiega granica pomiędzy uczciwością a podłością, fałszem a prawdą… – Odetchnął głęboko i opuścił głowę. – A nie o jędzach bijących się patelniami.
– Macie pisać o tym, czego pragnie wasza publiczność – powiedziałem.
– Baaa – odparł, zadumany. – Lecz czegóż ona pragnie? Chciałbym to wiedzieć…
– My jesteśmy waszą publicznością – rzekłem z uśmiechem. – Więc najpierw starajcie się nas zadowolić, a potem jakoś już pójdzie. Przede wszystkim nie zadawajcie wielu pytań, zwłaszcza takich, na które ciężko znaleźć odpowiedź. Świat jest zbyt skomplikowany, abyście jeszcze wy zmuszali ludzi do myślenia. Ofiarujcie im chwilę beztroskiej zabawy, każcie śmiać się z bohaterów waszych sztuk, by poczuli, że są lepsi od nich…
Dziewczyna postawiła przed nami dwa kufle o wyszczerbionych brzegach i dzban z urwanym uchem. Ritter znowu próbował ją klepnąć, ale tym razem z tak mało widocznym zapałem, że nawet nie musiała odskakiwać. Uśmiechnęła się szczerbatym uśmiechem i odeszła, kołysząc biodrami. Łyknąłem piwa i skrzywiłem się.
– Brudne kufle, stary dzbanek, chrzczone piwo, bezzębna posługaczka – piszcie właśnie o tym. Śmiało, z otwartą przyłbicą, piętnujcie plagi naszych czasów.
– Bardzo zabawne – mruknął, nurzając wąsy w piwie. Widziałem, że nie jest pewien, czy mówię poważnie, czy też kpię sobie z niego.