Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 74

– Co mam robić? Powiedzcie mi, co mam robić? – zapytał z głęboką rozpaczą w głosie.

Nie wiem, czy słyszał moje słowa o Hiobie. Zresztą sam zastanawiałem się, czy mogły one być tak naprawdę wystarczającym pocieszeniem, gdyż grzesznie sądziłem, że Hiob jednak nie cieszył się szczególną miłością Pana. A nawet jeśli, to była to miłość wyrażana w sposób dla samego Hioba mocno niezrozumiały.

– Nie jestem egzorcystą – odparłem. – Nie ośmieliłbym się liczyć, że zdołam powtórzyć dzieła Jezusa Chrystusa. Niemniej znam ludzi, którzy obdarzeni Boską łaską, poświęcili życie uwalnianiu niewi

Ostatnie słowa dodałem tylko z grzeczności, gdyż zamierzałem rycerza de la Guardię zaprowadzić przed oblicze egzorcystów, czy tego będzie chciał, czy nie. Byłem pewien, iż mnisi z klasztoru Amszilas mieli do czynienia z podobnymi przypadkami i poradzą sobie z kolejnym. Chociaż co do tego, czy Rodrigo przetrwa ich zabiegi, żywiłem już pewne wątpliwości…

– Gaspaaaar! – Usłyszałem za oknem przeciągłe wołanie brata Sforzy. – Pozwól tu, mój chłopcze.

Rycerz de la Guardia usłyszał te słowa i jego piękna twarz wykrzywiła się nienawiścią. Ale potem opuścił nagle głowę i zamarł w bezruchu. Kiedy otworzył oczy, zobaczyłem, że na jego obliczu nie maluje się żadne ludzkie uczucie. Było jak zastygła maska.

– Ktoś Wesołego Kata wzywa, gdyż żadna rzecz się bez niego nie obywa – wydusił z siebie skrzekliwym głosem.

– Panie de la Guardia – powiedziałem. – Na Boga żywego!

Coś drgnęło w jego oczach.

– Boże, byłem nim… Czułem to… – jęknął. – Proszę… nie… nie więcej…

Runął w moją stronę tak szybko, że nawet nie zdołałem się cofnąć. Ale on tylko padł na klęczki i przytulił twarz do moich kolan.

– Błagam – wyszeptał. – Błagam was…

Położyłem dłonie na jego ramionach i poczułem, jak mocno drżą.

– Gaaaaspaaar! – Rozległo się zza okna.

– Póki jestem – wyjęczał rycerz u moich kolan. – Zróbcie to, póki to właśnie ja jestem… Ja nie mogę, grzech śmiertelny, ale wy…

– Wstań, Rodrigo – rozkazałem twardo, a on z trudem się podniósł.

Cały czas przytrzymywałem go, teraz spojrzałem mu prosto w oczy.

– Panie Rodrigu Estebanie de la Guardia y Torres – powiedziałem. – Jesteście prawym szlachcicem i dobrym człowiekiem.

Pchnąłem go ostrzem pod serce tak, że nie mógł nawet poczuć, co się stało. Tylko jego oczy, wpatrzone we mnie z cierpieniem, nagle złagodniały. Nie pozwoliłem upaść ciału na podłogę i przeniosłem je na łóżko. Ze stóp rycerza zdjąłem ciżmy i wzułem mu jego długie buty z twardej skóry. Złotą maskę, kubrak, pantalony oraz ciżmy zawinąłem w koc. Zamierzałem je wynieść i spalić, tak aby żaden ślad nie pozostał po Wesołym Kacie z Tia

– Będę o tobie pamiętał w modlitwach, rycerzu – powiedziałem.

Miałem jedynie nikłą nadzieję, by modlitwy człowieka tak nędznego jak ja mogły przeważyć szalę na błogosławionym ołtarzu Pana. Jednak szczerze wierzyłem, iż nawet jeśli Pan zdecydował się ukarać granadzkiego szlachcica, to kara ta nie będzie zbyt sroga.

– Gaaaspaaar! – Rozległo się znowu wołanie brata Sforzy. – Czekam na ciebie w moim pokoju, chłopcze!

I wtedy do głowy wpadła mi szalona myśl. Zwykle jestem człowiekiem rozważnym, cierpliwym, nieskorym do pochopnych czynów i prowadzącym nudne, leniwe życie. Ale teraz postanowiłem działać, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, iż działanie takie może mnie sporo kosztować.

Rycerz Rodrigo Esteban de la Guardia y Torres był człowiekiem zbliżonym do mnie posturą i niemal identycznego wzrostu. A ponieważ jako Wesoły Kat chodził ciągle skulony, wykrzywiony i kolebiąc się jak kaczka, więc miałem nadzieję, że drobne różnice między nami nie zostaną przez nikogo zauważone. Pewien problem byłby z włosami, gdyż la Guardia miał włosy koloru dojrzałej pszenicy, a moje przypominają barwą nocne niebo (nawet srebrzą się w nich niestosowne do mego wieku pasma siwizny – skutek wytężonej walki o dusze grzeszników). Na szczęście, nosząc złotą maskę, Gaspar spinał wysoko włosy, więc ich koloru nie było widać.

Wyrzuciłem na podłogę cały strój Wesołego Kata i zacząłem się szybko przebierać. Z nieukrywanym obrzydzeniem, gdyż szaty Gaspara przesycone były smrodem zastarzałego potu oraz krwi. Swoje własne ubranie zawinąłem w koc i wsadziłem pod łóżko. Wyszedłem z izby, stara

– No, jesteś wreszcie – powiedział serdecznie Sforza.

– Źle się Gaspar dzisiaj miewa, smutek w sercu mu nabrzmiewa – zaskrzeczałem, starając się nadać głosowi ton i brzmienie jak najbardziej podobne do tych, które słyszałem z ust Wesołego Kata.

– Dbaj o gardło, Gaspar – powiedział surowym tonem Sforza. – Bo coś strasznie dzisiaj chrypisz.

– Biedny Gaspar dziś choruje, czy go troszkę ktoś żałuje? – skleciłem rym, mając nadzieję, że nie jest gorszy od tych, którymi raczył nas Wesoły Kat.

– O tak, biedny Gaspaaar – przeciągnął jałmużnik. Zbliżył się do mnie, a ja nie miałem się już gdzie cofnąć, gdyż za mną były tylko drzwi. Zako

– Źle się Gaspar teraz czuje, lecz wieczorem pofigluje – zrymowałem, starając się skrzeczącemu głosowi nadać ton zalotności. Szczerze mówiąc, wyszło to upiornie, ale Sforza cofnął dłoń.

– Idź, idź – rzekł. – Prześpij się albo co. Wieczorem cię zawołam.

– Każdy dzień jest jak niedziela, gdy czekasz na przyjaciela – zamruczałem pod nosem i uchyliłem drzwi. Od własnych rymów już mnie zęby bolały.

Poszedłem do izby Wesołego Kata i stara

Przesiedziałem do zmroku w samej bieliźnie, gdyż nie mogłem wytrzymać w obrzydliwym stroju Wesołego Kata. Ale kiedy zobaczyłem, że na zewnątrz zrobiło się już ciemno, wtedy z powrotem przybrałem postać Gaspara Louvaina. Wziąłem ze sobą skrzyneczkę z rzeczami niezbędnymi do osiągnięcia celu, który sobie wyznaczyłem, i koc, w który wcześniej zawinąłem własne ubranie. Potem cichutko wyszedłem na korytarz. Delikatnie zapukałem do drzwi kanonika.

– Gaspaaar? – zapytał. – Lepiej już się czujesz?

– Żaden człek nie narzeka, gdy uciecha przed nim czeka – zaskrzypiałem i tak podrażniłem gardło, że o mało się nie rozkaszlałem.

Szczęknął odsuwany skobel i jałmużnik wpuścił mnie do izby, w której mrok rozjaśniał tylko żółty, drgający płomień lampki.

– Chodź, chodź – nakazał pospiesznie, a ja bez słowa wślizgnąłem się do pokoju.

Nie czekałem, gdyż nie miałem na co czekać. Zdzieliłem brata jałmużnika w skroń, a on padł na ziemię, jak worek kartofli, i huknąłby jeszcze czerepem w podłogę, gdybym nie chwycił go na czas za ramię. W końcu nie chciałem, by umarł, prawda? Nie byłem aż tak litościwy, aby na to pochopnie pozwolić.

Przywiązałem brata Sforzę do łoża, tak że pozycja, którą przybrał, przypominała literę „X”. Potem zapaliłem drugą lampkę (lubię mieć dobre światło w czasie pracy, gdyż tylko wtedy można osiągnąć komfort zadowalający obie strony) i rozłożyłem na stole narzędzia. Nie było tego dużo, ale osobie o bogatej wyobraźni oraz jakich takich umiejętnościach powi