Страница 14 из 74
– Pomyślałem sobie, że może uprowadził Ilonę w rodzi
– A to ciekawe, czego szukacie u mnie?
– Ale do Gottingen jest co najmniej pięć dni drogi – kontynuowałem, nie zwracając uwagi na jego docinki. – W jaki sposób można przewieźć tam dziewczynę, która, jak mniemam, opiera się i nie opuści żadnej okazji, by wydać porywacza i wezwać ratunku? Jesteście dramaturgiem, więc odpowiedzcie.
– Na miecz Pana – jęknął. – Teraz jestem tylko diablo śpiącym człowiekiem. I tak mnie łeb boli… – poskarżył się. – No, ale niech wam będzie. Związałbym dziewkę, zakneblował, władował na wóz, przykrył jakimiś towarami, nocą dał coś zjeść… – Wzruszył ramionami i stęknął.
– Byłaby pewnie zachwycona. – Uśmiechnąłem się. – Nie w tym rzecz jednak. Skąd wzięlibyście pieniądze na wóz i konie?
– Pożyczyłbym?
– A od kogo? Jeśli bylibyście tylko pomocnikiem aktorów? Człowiekiem bez majątku i perspektyw?
– Skoro miał braci, może oni przyjechali wozem?
– Mówiliście, że ojciec wydziedziczył Schwimmera, a więc wnioskuję, że trzyma rodzinę twardą ręką. Dałby synom wóz oraz konie, nie wiedząc w dodatku, na co są im potrzebne? Oni nie muszą jeździć do Hezu, bo w Gottingen jest duży targ. A więc?
– Na miecz Pana, uwiecznię was w którymś z dramatów i ręczę, że tego pożałujecie! Czego wy ode mnie chcecie?
– Myślcie!
– Nie chcę myśleć – zajęczał. – Chcę spać!
– A jeśli nie udał się do domu pod Gottingen, to na pewno potrzebował bezpiecznego schronienia tu, w Hezie, i również jakiejś gotówki. Kto z waszych znajomych mógł mu zaoferować gościnę? Kto nie ma kłopotów z pieniędzmi?
– Oooo. – Przeciągnął, podnosząc się na łóżku i patrząc na mnie nagle otrzeźwiałym wzrokiem. – Chyba wiem, dokąd zmierzacie…
– Czy to możliwe, Heinz?
– Na głowę Belzebuba – mruknął. – Trafiło się ślepej kurze ziarno. To możliwe, panie Madderdin, diablo możliwe – urwał na moment, a potem pogłaskał się po brodzie i zagryzł wargi, jakby myśląc, czy może się zdobyć na wyznanie. – Andreasa łączyły szczególne więzy z Joha
– Czyżby o budzącej odrazę namiętności, za którą sprawiedliwy Bóg pokarał mieszkańców Sodomy? – zapytałem i nie ukrywam: byłem zdumiony, choć wiedziałem też, że w aktorskim światku dzieją się takie rzeczy, iż w zasadzie jakiekolwiek zdumienie mogłem sobie darować.
– Ano właśnie – odparł.
– I Kuffelberg pomógł Schwimmerowi w porwaniu oraz ukryciu dziewczyny w zamian za to, że Schwimmer obdarzy go swymi względami?
– Być może.
– To chore, Heinz.
– Miłość – westchnął, jakby to słowo tłumaczyło wszystko.
– A skąd u was taka chęć do pomocy, co?
– Skoro wpadliście na ten trop, prędzej czy później sami odkrylibyście co trzeba – powiedział. – A że zaoszczędziłem wam czasu oraz wysiłku, więc pewnie okażecie swą wdzięczność w stosowny sposób. – Uśmiechnął się z trudem.
– Ano okażę – obiecałem mu. – Choć nie ukrywam, że wcześniej mogliście się podzielić ze mną tymi rewelacjami.
– Nie donoszę na kolegów – odparł z godnością.
– I nikt by się nie ośmielił was do tego nakłaniać – odparłem.
Ritter wyjaśnił mi dokładnie, gdzie mieszka Andreas Kuffelberg. Była to mniej zamożna część dzielnicy kupieckiej, położona częściowo przy jednej z rzecznych odnóg, a częściowo na wyspie, gdzie pasażerów przez płytkie błocko przewoził ciągnięty linami prom. Jednak domostwo Kuffelberga znajdowało się jeszcze niedaleko brzegu. Był to dom położony w wąskiej uliczce i przyciśnięty do i
Długą chwilę stałem ukryty w cieniu jednego z zaułków i obserwowałem wejście. Jednak nic się tam nie działo. Nikt nie wchodził ani nikt nie wychodził, dostrzegłem tylko, że ktoś otworzył okie
– Czego tam?
– Do mistrza Kuffelberga z poleceniem od mistrza Rittera – wyjaśniłem, zdobywając się na ton jednocześnie uniżony i lekko zniecierpliwiony.
– Już, już… – Dla kobiety nazwisko Rittera nie było widać obce, bo usłyszałem chrzęst odmykanego skobla.
Drzwi się uchyliły i w progu zobaczyłem starą, pomarszczoną kobiecinę, której twarz przypominała wymięte i brudne prześcieradło poznaczone kozimi bobkami. W tym wypadku rolę kozich bobków grały brązowe brodawki, obrastające jej twarz ze zdumiewającą równomiernością. Wszedłem do środka, spychając staruszkę na bok.
– Gdzie Kuffelberg? – zapytałem tym razem ostrym tonem.
Z pokoju wyłoniła się jakaś barczysta postać i stanęła w cieniu. Trudno jednak było nie rozpoznać w niej Kuffelberga, pomimo że tym razem miał gładko wygolone policzki, a nie doczepioną rudą, rozwichrzoną brodę.
– Pan Madderdin? – W jego głosie zaniepokojenie walczyło o lepsze ze zdziwieniem. Postąpił kilka kroków w moją stronę. – Wejdźcie, proszę.
– Słówko na osobności – powiedziałem.
Wydawało mi się, że pobladł, ale bez słowa wskazał stołowy pokój, w którym obok ogromnego łoża piętrzyło się mnóstwo aktorskich rekwizytów. Zamknął za nami drzwi.
– Czym wam mogę służyć? – spytał.
– Gdzie jest Schwimmer? – Postanowiłem nie owijać niczego w bawełnę.
– Ha, więc dlatego tu jesteście! – Klepnął się dłońmi w uda. – Ludzie Loebego też mnie o to pytali. Nawet pozwoliłem im rozejrzeć się po domu…
– Nie twierdzę, że jest tutaj – powiedziałem – ale uwierz mi, Andreasie, że lepiej dla ciebie będzie, jeśli wyznasz całą prawdę. Pomaganie przestępcy jest karane z całą surowością prawa, choć wiem też, że Loebe zamierza je w tej mierze zastąpić…
– Ja tam nic nie wiem – burknął. – A w ogóle spieszę się na próbę, więc jeśli nie macie nic przeciwko…
Nie zamierzałem dalej słuchać, gdyż jego bezczelność obrażała moje uczucia. Zrobiłem szybki krok i złapałem go lewą ręką za krocze, a prawą dłoń zacisnąłem mu na gardle, by nie mógł krzyczeć. Zwarłem na jego przyrodzeniu palce, jakby były kleszczami imadła. Zachrypiał, nie mogąc krzyknąć, a oczy niemal wypłynęły mu z bólu. Zwolniłem nieco uścisk, gdyż chciałem, by skupił się na wysłuchaniu moich słów, a nie kontemplowaniu własnego cierpienia.
– Przykro będzie, jeśli już nigdy nie dasz rady wsadzić go w rzyć młodego chłopca, prawda? – spytałem i znowu ścisnąłem mocniej.
Zaraz jednak ponownie zwolniłem chwyt, bo nie chciałem, by mi tu zemdlał. Po policzkach Kuffelberga spływały rzęsiste łzy, a w oczach malowało się już tylko przerażenie oraz boleść. Pociągnąłem nosem.
– Zesrałeś się – powiedziałem z obrzydzeniem.
Odepchnąłem go i padł pod ścianę. Skulił się tam natychmiast w kłębek, obejmując dłońmi krocze. Pozwoliłem mu trochę powyć i trochę poszlochać, po czym kucnąłem przy nim.
– Gdzie jest Schwimmer? – zapytałem, wyciągając zza cholewy buta krótki, ale ostry sztylet, i starając się, by aktor dostrzegł ten gest.
– Uuuuu sieeebie – wychlipał cicho. – Gdzieś tam w wiosce.
– Niedaleko Gottingen?
– Seitzen, nazywa się Seitzen!
Przekląłem w myślach pamięć Aloisa Pimke, który na trzy strzały wszystkie miał nietrafione. Niemniej literę „S” zapamiętał dobrze.