Страница 10 из 13
– Czego tam? – usłyszałem głos kogoś, kto najwyraźniej był bardzo zaspany i bardzo niezadowolony.
– W imieniu Świętego Officjum, otwieraj! – zawołałem.
Zapanowała cisza. Nie sądziłem, by odźwierny myślał, że ktoś robi sobie głupie żarty. Fałszywe podawanie się za funkcjonariusza Inkwizytorium groziło karą kastracji, darcia pasów oraz palenia na wolnym ogniu. W związku z powyższym faktem niewielu trafiało się na szerokim świecie aż tak śmiałych dowcipnisiów.
– Spytam mojego pana – tym razem usłyszeliśmy głos, który nie był już ani zaspany, ani niezadowolony.
– Jeśli nie otworzysz drzwi, zostaniesz oskarżony o współudział w zbrodni – powiedziałem głośno. – Będziesz torturowany i spalony!
Dałem mu chwilę, by zrozumiał właściwe znaczenie tych słów.
– Liczę do trzech, po czym każę wyważyć drzwi -zapowiedziałem. – Masz rodzinę, chłopcze? – spytałem łagodniejszym tonem i odczekałem moment: – Raz!
Usłyszałem chrobot odmykanych skobli. Uśmiechnąłem się. -Dwa! Drzwi zaskrzypiały.
– Trzy!
Stałem naprzeciw siwobrodego i siwowłosego mężczyzny, który wpatrywał się we mnie z nieskrywanym przerażeniem. Przekroczyłem próg.
– Bóg z tobą, dobry człowieku. – Poklepałem go po ramieniu. – Prowadź nas do pana Griffa.
– Ależ pan tera śpią… – wyjąkał.
– Obudzimy – obiecałem łagodnie i lekko go popchnąłem. – Prowadź – rozkazałem.
Fragenstein musiał nas usłyszeć. Może stukanie do drzwi, a może, jeszcze wcześniej, wyważenie furty prowadzącej do posiadłości. W każdym razie zebrał wokół siebie kilkoro służby (słyszałem podniesione głosy) i zabarykadował się wraz z nimi w komnacie na parterze. Wiedziałem, że będą mogli się tam długo bronić, byłem też pewien, iż Griffo zdążył wysłać kogoś po pomoc. Może do burmistrza, a może do ojca. Miejskie władze nie mogłyby nic uczynić, lecz gdyby hrabia przysłał oddział żołnierzy… Teoretycznie powi
– Griffo Fragenstein – zawołałem – w imieniu Świętego Officjum żądam, byś otworzył drzwi!
To nie było działanie obliczone na przekonanie gospodarza. On wiedział przecież, z kim ma do czynienia. Jednak swoim ludziom mógł wmówić, iż został napadnięty przez rabusiów lub bandę wynajętą przez któregoś z konkurentów. Nawet spokojnych ludzi łatwo nakłonić
do mordowania napastników. Dużo trudniej ich nakłonić do mordowania inkwizytorów. Zza drzwi usłyszałem szmer nerwowych rozmów.
Za wydanie Griffa Fragensteina wyznaczono ogromną nagrodę – powiedziałem głośno.
Nie mijałem się z prawdą. Ten, który wyda swego mocodawcę, zostanie pobłogosławiony w czasie mszy świętej i będziemy się szczerze modlić o jego zbawienie. Czyż może być większa nagroda?
Szmer rozmów dochodzących zza drzwi przeszedł w huk kłótni.
Przystawiać taran! – rozkazałem donośnym głosem. – Nikogo nie brać żywcem! Łucznicy pod okno!
Teraz kryjówka Griffa przypominała gniazdo rozjuszonych szerszeni.
Otwieraaamy! – moich uszu dobiegł rozpaczliwy krzyk. Spodziewałem się takiej decyzji, ciekaw byłem tylko, gdzie jest Fragenstein.
Odsunęli skoble i wszedłem do środka. W komnacie naliczyłem sześciu mężczyzn. W tej sali mogli bronić się niemal w nieskończoność, chyba że wzięto by ich ogniem lub głodem. Oni jednak pokornie ulegli na sam dźwięk słów „Święte Officjum". Teraz wszyscy klęczeli pod ścianą.
– Panowie, wstańcie – poprosiłem łagodnie. – Przecież nikt was nie wini za grzechy waszego pryncypała. Powiedzcie tylko, gdzież on się podział?
Odpowiedziało mi milczenie.
– No cóż – powiedziałem. – A chciałem być grzeczny. Skoro tak…
Dałem znak moim ludziom, chwycili jednego ze służących Fragensteina. Rzucili go na podłogę, wykręcając mu dłonie do tyłu.
– Zatkajcie mu gębę – rozkazałem. Potem ująłem jego prawą dłoń w swoje ręce.
– Sroczka kaszkę warzyła.
Swoje dzieci karmiła.
Temu dała w garnuszeczku,
temu dała w rondeleczku,
temu dała na miseczce,
temu dała na łyżeczce – wyrecytowałem.
Przy słowie „garnuszeczku" złamałem mu mały palec, przy słowie „rondeleczku" palec serdeczny, przy „miseczce" środkowy, a przy „łyżeczce" wskazujący.
Przyznam, że pomysł umilenia tortur dziecięcym wierszykiem przyszedł mi do głowy niespodziewanie. Słyszałem kiedyś o człowieku nazywanym Wesołym Katem z Tia
– No dobra, druga ręka – poleciłem. – Zaraz, poczekaj – dodałem z udanym zdziwieniem. – On chyba… chciałby coś powiedzieć… Puść.
Torturowany przeze mnie mężczyzna zaczerpnął spazmatycznie tchu. Z oczu łzy lały mu się wartkim strumieniem.
– Ej, chłopaki nie płaczą. – Poklepałem go po policzku. – Gadaj!
– Zniiiknąąął zaaa ściaaanąąą – zaszlochał. – Jak Booogaaa…
– Nikt nie znika za ścianą – przerwałem mu. – Dawaj lewą rękę!
– Błaaaagam! Nieeee!
Musiałem stłumić ten wrzask i upadł mi pod nogi juk worek.
– Następnego! – rozkazałem. – Tym razem zaczniemy od wydłubania oczu.
Następny okazał się człowiekiem rozsądnym oraz wielce przywiązanym zarówno do prawego, jak i do lewego oka.
– Drzwi… są… tajne… tu! – wrzasnął, zanim ktokolwiek zdążył go dotknąć. – Wystarczy się oprzeć!
Faktycznie, w miejscu, które wskazał, zbudowano sekretne przejście. Zerknąłem. W dół wiodły drewniane stopnie. Kazałem związać więźniów, wziąłem Świecznik i ruszyłem schodami.
Tak jak przypuszczałem, sekretny korytarz prowadził do ogrodu, a jego wylot znajdował się pod namiotem utworzonym z gałęzi rozłożystej wierzby. Jednak o tym przekonałem się dopiero później, gdyż Griffo nie próbował uciekać. Krzątał się po bibliotece i w pośpiechu ładował tomy do wielkiego wora. Gdyby nie ta pożałowania godna chciwość lub – jak kto woli -
zamiłowanie do ksiąg, zapewne zdołałby uciec i zyskać na czasie.
Dostrzegł, jak wbiegam do komnaty, rzucił we mnie sztyletem. Bardzo zręcznie, szybko oraz z biegłością znamionującą doświadczenie. Nie zdążyłem się uchylić i ostrze wbiło mi się w pierś.
– Mój Boże, jakże byłem przezorny – powiedziałem, strząsając nóż, który utkwił w siatce kolczugi.
Fragenstein wściekle zaklął i pognał w stronę drzwiczek umiejscowionych tuż obok szafy bibliotecznej. Nie myśląc długo, chwyciłem krzesło, cisnąłem nim w Griffa. To był solidny mebel. Dębowy, rzeźbiony, ciężki. Trafił go prosto w plecy. Podbiegłem i kopnąłem leżącego w brzuch, a kiedy skulił się, przyłożyłem w nerki. Zaskomlał.
– A więc jesteście adeptem mrocznej sztuki – stwierdziłem, rozglądając się uważnie po komnacie. – Proszę, proszę… Kto by się spodziewał.
Griffo otarł twarz z krwi i patrzył na mnie wzrokiem szczura zagonionego w kąt piwnicy. Ale to nadal był niebezpieczny szczur, mili moi, i wiedziałem, że muszę uważać, by nie rzucił mi się do gardła.
Spojrzałem na księgi leżące na blacie stołu, wziąłem pierwszą z brzegu. Otworzyłem ją i gwizdnąłem.
– Znacie perski? – spytałem.
– Perski, arabski i hebrajski. – W jego głosie nie słyszałem ani złości, ani przerażenia. Albo pogodził się już z losem, albo liczył na szczęśliwą jego odmianę. – Grekę oraz łacinę też – dodał.