Страница 49 из 70
Sadig Rasheed. Sudańczyk. Jeden z dyrektorów komisji ekonomicznej do spraw Afryki:
– Afryka musi się ocknąć, musi się obudzić;
– należy powstrzymać postępujący proces marginalizacji Afryki. Czy to się uda, nie wiem;
– obawiam się, czy społeczeństwa Afryki będą zdolne zająć postawę autokrytyczną, a od tego wiele zależy.
Dokładnie o tym rozmawiamy któregoś dnia z A., starym, osiadłym tu od lat Anglikiem. A mianowicie: siła Europy i jej kultury, w przeciwieństwie do i
Czy kultury afrykańskie (bo jest ich wiele, tak jak wiele jest afrykańskich religii) należą właśnie do tych nietykalnych, bezkrytycznych? Tacy Afrykańczycy jak Sadig Rasheed zaczęli się nad tym zastanawiać, chcąc znaleźć odpowiedź, dlaczego Afryka w wyścigu kontynentów zostaje w tyle.
Obraz Afryki jaki ma Europa? Głód, dzieci-szkieleciki, sucha spękana ziemia, slumsy w mieście, rzezie, AIDS, tłumy uchodźców bez dachu nad głową, bez odzienia, bez lekarstw, wody i chleba.
Więc świat spieszy z pomocą.
Jak w przeszłości, tak i dziś Afryka jest postrzegana przedmiotowo, jako odbicie jakiejś i
Tymczasem, poza wszystkim, istnieje ona dla siebie samej, w sobie samej, wieczny, zamknięty, osobny kontynent, ziemia gajów bananowych, nieforemnych poletek manioku, dżungli, olbrzymiej Sahary, z wolna wysychających rzek, rzednących lasów, chorych, monstrualnych miast – obszar świata naładowany jakąś niespokojną i gwałtowną elektrycznością.
Dwa tysiące kilometrów przez Etiopię. Drogi puste, bezludne. Góry i góry. O tej porze roku (jest zima w Europie) góry są zielone. Są niebotyczne i wspaniałe w słońcu. Cisza wszędzie ogromna. Ale wystarczy przystanąć, przysiąść na skraju drogi i wsłuchać się. Gdzieś daleko słychać monoto
Bo też to jest świat dzieci. Połowa ludności Afryki nie ma jeszcze piętnastu lat. We wszystkich armiach – dużo dzieci, w obozach uchodźców – większość to dzieci, w polu pracują dzieci, na rynku handlują dzieci. W domu przypada dziecku najważniejsza rola -jest odpowiedzialne za dostarczenie wody. Wszyscy jeszcze śpią, a mali chłopcy zrywają się w ciemnościach i pędzą do źródeł, do stawów, do rzek po wodę. Nowoczesna technologia okazała się wielkim sojusznikiem tych malców – dała im bowiem w prezencie tani, lekki, plastikowy kanister. Kilkanaście lat temu ten kanister zrewolucjonizował życie w Afryce. Warunkiem przetrwania w tropiku jest woda. Ponieważ na ogół nie ma tu kanalizacji i wody jest wszędzie mało, trzeba ją nosić na duże odległości – czasem kilkanaście kilometrów. Wieki całe do tego celu służyły ciężkie gliniane lub kamie
I oto pojawił się plastikowy kanister. Cud! Rewolucja! Po pierwsze jest stosunkowo tani (choć w niektórych domach to jedyna ce
Wszystkie dzieci noszą wodę! I oto widzimy całe tabuny rozhasanej dzieciarni, jak bawiąc się i przekomarzając idą gdzieś do odległego źródła po wodę. Jakaż to ulga dla umordowanej do kresu sił kobiety afrykańskiej! Jakaż to przemiana w jej życiu! O ileż więcej czasu ma ona teraz dla siebie, dla domu!
W ogóle plastikowy kanister ma nieskończoną ilość zalet. Wśród najważniejszych jest ta, że zastępuje człowieka w kolejce. A w kolejce po wodę (tam, gdzie przywoziły ją cysterny) trzeba było stać przez całe dnie. Stanie w tropikalnym słońcu jest torturą. Dawniej stągwi nie można było postawić i pójść do cienia, bo mogli j ą ukraść, a była zbyt droga. Teraz natomiast zamiast kolejek ludzi ustawia się kolejki plastikowych kanistrów, a samemu idzie się do cienia albo na rynek, czy w odwiedziny do znajomych. Jadąc przez Afrykę widać te kilometrowe, kolorowe rzędy kanistrów oczekujących, aż pojawi się woda.
Jeszcze o dzieciach. Wystarczy zatrzymać się gdzieś w wiosce, w miasteczku, a nawet po prostu w polu – od razu pojawi się gromada dzieci. Wszystkie nieopisanie oberwane. Koszuliny, porcięta w nieprawdopodobnych strzępach. Za jedyny majątek, za jedyne pożywienie mają małą tykwę z odrobiną wody. Każdy kawałek bułki czy banana zniknie pochłonięty w ułamku sekundy. Głód wśród tych dzieci jest czymś stałym, jest formą życia, drugą naturą. A jednak to, o co proszą, nie jest prośbą o chleb czy owoc, nie jest nawet prośbą o pieniądze.
Proszą o ołówek.
Ołówek kulkowy, cena dziesięć centów. Tak, ale skąd wziąć dziesięć centów?
A oni wszyscy chcieliby chodzić do szkoły, chcieliby się uczyć. Oni zresztą czasami idą do szkoły (szkoła wiejska to po prostu miejsce w cieniu wielkiego mangowca), ale nie mogą nauczyć się pisać, bo nie mają czym, nie mają ołówka.
Gdzieś pod Gondarem (do tego miasta królów i cesarzy Etiopii traficie posuwając się od Zatoki Adenu przez Dżibuti w kierunku na El Obeid, Tersaf, Njamenę i jezioro Czad) spotkałem człowieka, który szedł z pomocy na południe. To właściwie jest najważniejsze, co da się o nim powiedzieć – że szedł z północy na południe. Aha, jeszcze można by dodać, że szedł tak w poszukiwaniu swojego brata.
Był bosonogi, ubrany w połatane, krótkie spodnie i na grzbiecie miał coś, co kiedyś mogło nazywać się koszulą. Poza tym miał trzy rzeczy: kij wędrowca, kawałek płótna, który rano służył mu za ręcznik, w godzinach upału – za osłonę głowy, a w czasie snu – za przykrycie ciała, a także, przewieszoną przez ramię drewnianą, zamykaną czarkę na wodę. Nie miał żadnych pieniędzy. Jeżeli po drodze ludzie dadzą mu coś zjeść – zje, jeżeli nie – idzie głodny. Ale całe życie jest głodny, w głodzie nie ma nic nadzwyczajnego.
Szedł na południe, ponieważ brat ruszył kiedyś z domu właśnie na południe. Kiedy to było? Dawno. (Rozmawiałem przez kierowcę, który znał parę słów po angielsku i całą przeszłość określał jednym terminem – dawno). Ten człowiek też idzie już dawno. Idzie gdzieś z gór Erytrei, spod Keren.
O tym, jak iść na południe, wie – rano trzeba iść prosto w słońce. Kiedy kogoś spotka, pyta, czy nie widział, czy nie zna Solomona (to imię brata). Ludzie nie dziwią się takiemu pytaniu. Cała Afryka jest w ruchu, jest w drodze, w pogubieniu. Jedni uciekają przed wojną, drudzy przed suszą, i