Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 70

Dawno już zapomniałem o Sebui, o naszej wyprawie do Konga i nocy spędzonej w wiosce Amba, kiedy lata później, w Maputo, wpadła mi w ręce książka o świecie czarów w Afryce Wschodniej, a w niej raport antropologa E.H. Wintera, w którym zdaje on sprawę z badań, jakie prowadził wśród Amba.

Amba, stwierdza Winter, stanowią bardzo osobliwą społeczność. To prawda, że podobnie jak i

Amba są niepiśmie

Amba, którzy stanowili jednolitą, zwartą społeczność, żyją w małych wioskach rozrzuconych w rzadko zalesionym buszu i choć przyjęli, że czarownicy stanowią integralną część ich społeczności, często posądzają sąsiednią wioskę swoich pobratymców, że czarownik, który zesłał nieszczęście, żyje w utajeniu właśnie tam. Wtedy takiej wiosce, którą podejrzewaj ą o zło, wypowiadają wojnę. Napadnięta wioska broni się, a z czasem przystąpi do wojny odwetowej, wówczas, w odpowiedzi, zagrożeni itd., itd. W rezultacie Amba toczą nieusta

Mimo dzielącej ich podejrzliwości i wrogości przygnębiające fatum, które nad nimi zaciążyło, łączy też ich we wspólnotę, sprawia, że potrafią być solidarni. Jeżeli na przykład przekonam się, że żyjący w mojej wiosce utajony czarownik nie daje mi żyć, wówczas przeniosę się do i

Czarownik chce nas zamęczyć na śmierć – oto, do czego dąży. W dodatku nie ma na niego lekarstwa, nie wiadomo, jak się bronić. Jedynym ratunkiem jest ucieczka. Oto dlaczego ludzie, których widziałem wówczas nocą, jak nieśli chorego na noszach, przemykali się chyłkiem, uciekali. Czarownik rzucił na chorego czary, a choroba była sygnałem, że szykuje on jego zgon. I dlatego krewni pod osłoną nocy próbowali schować gdzieś ofiarę, ukryć ją przed wzrokiem czarownika, aby w ten sposób uratować jej życie.

Choć nikt nie wie, jak wygląda czarownik, dużo o nim wiemy. Porusza się tylko nocą. Uczestniczy w sabatach, na których zapadaj ą na nas wyroki. Śpimy, a tam zdecydowano o naszym nieszczęściu, którego się nawet nie spodziewamy. Może on przenosić się w dowolne miejsce z wielką szybkością, nawet szybciej niż błyskawica. Pasjami lubi ludzkie mięso, przepada za ludzką krwią. Nie mówi, nie znamy jego głosu. Nie znamy rysów twarzy, kształtu głowy.

Ale być może urodzi się kiedyś człowiek o takim wzroku i takiej sile woli, że usilnie wpatrując się w ciemności nocy, zobaczy, jak zaczynają one gęstnieć, tężeć, skupiać w czarne kryształy i jak coraz wyraźniej układają się one w milczącą i mroczną twarz czarownika.

Ci ludzie, gdzie są?

Ci ludzie, którzy tu powi

W tle, daleko, widać kilka zniszczonych baraków. Ale poza tym – pusto. I mokro – bo to pora deszczowa.

To miejsce, gdzie jesteśmy, nazywa się Itang. Itang leży w zachodniej Etiopii, blisko granicy Sudanu. Od kilku lat znajdował się tu obóz 150 tysięcy Nuerów – uchodźców z wojny sudańskiej. Jeszcze kilka dni temu byli tu. A dzisiaj jest pusto. Gdzie poszli? Co się z nimi stało? Jedyne, co narusza martwotę tych bagien, jedyne, co słychać, to rechot żab, jakiś obłędny, ropuszy wrzask, donośny, hałaśliwy, ogłuszający.

Latem 1991 roku wysoki komisarz NZ do spraw uchodźców Sadako Ogata udała się do Etiopii odwiedzić obóz w Itang. Dostałem propozycję, żeby jej towarzyszyć. Rzuciłem wszystko i pojechałem, ponieważ była to rzadka okazja, by dotrzeć do takiego obozu. Warto wspomnieć, że z różnych przyczyn obozy te znajdują się na ogół w miejscach odległych i odosobnionych, do których dojazd jest trudny, a wstęp najczęściej wzbroniony. Życie w nich jest udręką, smutną wegetacją, ciągle na granicy śmierci. Jednak poza grupą lekarzy i pracowników różnych organizacji charytatywnych ludzie mało wiedzą na ten temat, ponieważ takie miejsca zbiorowego cierpienia świat skrupulatnie izoluje i nie chce o nich słyszeć.

Uważałem zawsze za niemożliwe, żeby zobaczyć Itang. Aby się tam dostać, należy najpierw znaleźć się w Addis Abebie. Tam trzeba by wynająć (ale od kogo?) i opłacić (ale za co?) samolot do odległej o pięćset kilometrów Gam-beli, jedynej miejscowości w pobliżu Itang, która ma lotnisko. To już granica z Sudanem, więc nieopisanie trudno byłoby zdobyć pozwolenie na lądowanie. Ale załóżmy, że mamy samolot i nawet pozwolenie. Przylatujemy do Gam-beli. Gdzie się udać? Do kogo pójść w tym biednym miasteczku, gdzie na rynku, w strugach ulewy, stoi nieruchomo kilku bosonogich Etiopczyków? Stoi, myśląc o czym? Czekając na co? A my skąd w Gambeli mamy wziąć samochód, kierowcę, ludzi do wyciągania wozu z błota, liny i łopaty? Skąd żywność? Ale załóżmy, że to wszystko mamy. Kiedy byśmy dojechali na miejsce? Czy wystarczyłby jeden dzień? Ile posterunków po drodze musielibyśmy przekonać, przebłagać, przekupić, aby pozwoliły nam jechać dalej? Aż w końcu, już u celu przy bramie, wartownik kazałby nam wrócić, bo w obozie akurat panuje epidemia cholery czy dyzenterii, albo nie ma komendanta, który musi dać zgodę, albo kogoś, kto mógłby tłumaczyć rozmowę z Nuerami, mieszkańcami obozu. Czy też, jak dzieje się to właśnie teraz, za bramą nie zobaczylibyśmy już nikogo, żywej duszy.