Страница 32 из 70
Zasadzka
Jechaliśmy z Kampali na północ Ugandy, w stronę granicy z Sudanem. Kolumnę wozów prowadził jeep z wystającym ponad szoferką cekaemem, za nim ciężarówka wiozła pluton żołnierzy, potem jechało kilka samochodów osobowych, a na końcu odkryta japońska półciężarówka, w której siedzieliśmy my – trzej dzie
W naszym samochodzie, oprócz dwóch miejscowych reporterów i mnie, jedzie jeszcze trzech żołnierzy. Swoje kałasznikowy zawiesili na nagich ramionach (jest gorąco, więc zdjęli koszule). Nazywają się – Onom, Semakula i Konkoti. Najstarszy z nich – Onom – ma siedemnaście lat. Czasem czytam, że w Ameryce czy Europie dziecko strzeliło do i
Tam, gdzie walki trwają już dziesięciolecia (jak w Angoli czy Sudanie), większość starszych już dawno wyginęła albo wymarła z głodu i epidemii – zostały dzieci i to one dalej prowadzą wojnę. W krwawym chaosie, jaki panuje w różnych krajach Afryki, pojawiły się dziesiątki tysięcy sierot – głodnych i bezdomnych. Szukają one, kto by je nakarmił i przygarnął. Najłatwiej znaleźć jedzenie tam, gdzie jest wojsko – żołnierze mają największą szansę zdobycia żywności: w tych krajach broń jest nie tylko orężem walki, to także sposób na przetrwanie, czasem jedyny, jaki istnieje.
Opuszczone, osamotnione dzieci ciągną tam, gdzie stacjonuje wojsko, gdzie ma ono swoje koszary, obozy, punkty postoju. Tu pomagają, pracują, stają się częścią armii, „synami pułku". Dostają broń i szybko przechodzą chrzest bojowy. Ich starsi koledzy (też zresztą dzieci!) często lenią się i kiedy zanosi się na bój z nieprzyjacielem, wysyłają tych malców na front, w ogień starcia. Te zbrojne potyczki dzieciarni są szczególnie zażarte i krwawe, bo dziecko nie ma w sobie instynktu samozachowawczego, nie czuje i nie rozumie grozy śmierci, nie zna lęku, który dopiero przyniesie dojrzałość.
Wojny dzieci stały się możliwe także dzięki rozwojowi techniki. Ręczna broń maszynowa jest dziś lekka i krótka, jej nowe generacje coraz bardziej przypominają zabawki dzieci
Ten fakt, że dziecko jest w stanie posługiwać się tylko ręczną, krótkodystansową bronią (bo nie potrafi prowadzić ognia baterii artyleryjskiej czy pilotować bombowca), spowodował, że starcia w wojnach dziecięcych mają formę bezpośredniego zderzenia, bliskiego, niemal fizycznego, kontaktu, że malcy strzelają do siebie, będąc oddaleni o krok. Żniwo tych pojedynków jest zwykle straszne. Bo nie tylko giną ci, co padają zabici na miejscu. W warunkach, w jakich toczą się tamte wojny, umrą również ra
Po całym dniu jazdy dotarliśmy do miasteczka Soroti. Po drodze mijaliśmy spalone wsie i osady – wszystkie doszczętnie ograbione. Żołnierze zabrali, co się dało – nie tylko to, co mieszkańcy mieli na sobie, nie tylko ich meble i sprzęty, narzędzia, którymi pracowali, i naczynia, w jakich jedli, ale także wszelkie rury, druty i gwoździe, wszystkie okna, drzwi i nawet dachy. Jak mrówki, objadając kość, nie zostawiają na niej grama mięsa, tak kolejne fale uciekających i rozbestwionych maruderów oczyściły kraj ze wszystkiego, co dało się ruszyć z miejsca i zabrać ze sobą. Również Soroti było zniszczone. Stacja benzynowa rozbita, pompy zabrane. Ławki ze szkoły wywiezione. Z wielu domów zostały tylko szkielety, ale i
Soroti to stolica ziem zamieszkanych przez dorodny lud nilo – chamicki – Iteso. Jest ich ponad milion. Dzielą się na wiele plemion i klanów. Zajmują się głównie hodowlą krów. Krowa to ich największy skarb. Jest ona nie tylko miernikiem bogactwa, ale posiada również właściwości mistyczne. Jej istnienie, jej obecność łączą człowieka z niewidocznym, wyższym światem. Iteso nadaj ą krowom imiona i wierzą, że każda ma swoją osobowość, własny charakter. Chłopiec Iteso w pewnym wieku dostaje pod opiekę krowę. W czasie specjalnej uroczystości przejmuje również jej imię-odtąd będzie nazywać się tak jak ona. Dziecko bawi się ze swoją krową, spędza z nią wolne chwile, jest za nią odpowiedzialne.
Wśród witających nas osób był mój znajomy jeszcze z lat sześćdziesiątych (wówczas minister) Cuthbert Obwanor. Ucieszyłem się tym spotkaniem, zaraz zaczęliśmy rozmawiać. Chciałem, aby pokazał mi okolicę, bo w tych stronach byłem po raz pierwszy. Poszliśmy na spacer. Zaraz jednak spacer okazał się dość kłopotliwy. Bo tu na widok idącego mężczyzny kobiety usuwają się z drogi i klękają. Klęcząc na obu kolanach, czekają, aż on nadejdzie. Zwyczaj nakazuje, aby je pozdrowił. One, odpowiadając, pytają – co mają dla niego uczynić? Jeżeli powie, że nic, poczekają, aż odejdzie, wstaną i pójdą w swoją stronę. Siedzieliśmy później z Cuthbertem na ławce przed jego domem i sceny powtórzyły się: przechodzące kobiety podchodziły do nas, klękały i w milczeniu czekały. Bywało, że mój gospodarz zajęty rozmową nie zwracał na nie uwagi. Nie poruszone klęczały nadal. Wreszcie pozdrawiał je i życzył dobrej drogi, wtedy wstawały i bez słowa odchodziły. Mimo że był już wieczór, ciągle panowało gorąco, w powietrzu wisiała jakaś duszna, rozgrzana ociężałość. Ukryte w głębokich zakamarkach nocy natarczywie i donośnie grały świerszcze.
W końcu poszliśmy zaproszeni przez miejscowe władze do jedynego czy