Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 20 из 70

Wszelkie próby zaprzyjaźnienia się z jaszczurkami kończą się niczym. Są to stworzenia bardzo nieufne i płochliwe, które chodzą (czy raczej – biegają) swoimi drogami. To nasze niepowodzenie ma także pewien sens metaforyczny: potwierdza ono, że można żyć razem, pod jednym dachem, a jednak nie sposób się porozumieć, znaleźć wspólny język.

Na Zanzibarze nie mogę patrzeć na harce jaszczurek, ponieważ wieczorem wyłączaj ą tu światło i muszę w ciemnościach cierpliwie czekać, aż przyjdzie dzień. Trudne są te długie i puste godziny spędzone w półśnie na bezczy

Wczoraj o świcie (który nie jest tu nigdy blady, lecz od razu purpurowy, kolorowy, ognisty) rozległ się na ulicy dźwięk małego dzwonka. Z początku odległy i przytłumiony, przybliżał się coraz bardziej, aż stał się wyrazisty, silny i wysoki. Wyjrzałem przez okno. W perspektywie wąskiej uliczki zobaczyłem Araba – sprzedawcę gorącej kawy. Na głowie miał haftowany czepek muzułmanina, z ramion zwisała mu luźno biała galabija. W jednej ręce niósł stożkowate, metalowe naczynie z dzióbkiem, w drugiej koszyk pełen porcelanowych filiżanek.

Picie pora

Kiedy tu przyjechaliśmy, sprzedawcy kawy nie było. A teraz, ledwie minęło pięć dni, pojawił się znowu: życie i wchodziło w stare łożyska, wracała norma, wracała codzie

Przywracanie normalności jest w Afryce o tyle łatwe i może być szybkie, że tu wszystko jest wielce prowizoryczne, nietrwałe, lekkie i liche, że więc da się błyskawicznie zniszczyć wioskę, uprawę czy drogę, ale też potem prędko je odbudować.

Zwykle przed południem chodziliśmy na pocztę wysyłać korespondencje. Było nas już dziesięciu, gdyż wpuszczono później jeszcze siedmiu dzie

John z UPI, wysoki i wiecznie zaaferowany blondyn, po odebraniu i przeczytaniu depeszy, którą właśnie otrzymał, złapał się za głowę, a kiedy wyszliśmy z poczty, wziął mnie na bok i pokazał blankiet z alarmującym tekstem. Redakcja zawiadamiała Johna, że w Kenii, Tanganice i Ugandzie wybuchły w nocy bunty wojskowe i że musi natychmiast udać się do tych krajów. – Natychmiast! – zawołał John. – Natychmiast, ale jak?

Wiadomość była zaskakująca. Bunt wojska! Wyglądało to poważnie, choć nie znaliśmy żadnych szczegółów. Ledwie tydzień temu – Zanzibar. Dziś już cała Afryka Wschodnia! Najwyraźniej kontynent wchodził w niespokojny okres zamieszek, rewolt, przewrotów. Ale my, mieszkańcy Zanzibar Hotel, mieliśmy teraz i

Po powrocie do hotelu odbyliśmy naradę, na której John poinformował o swojej depeszy. Wszyscy chcieli wracać na kontynent, ale nikt nie wiedział jak. Wyspa była nadal odcięta od świata, nie istniała żadna komunikacja. Co gorsza, wyglądało na to, że miejscowi, ciągle bojąc się interwencji, trzymali nas jako zakładników. Karume, jedyny człowiek, który mógł nam pomóc, był nieuchwytny, najczęściej przebywał na lotnisku, ale teraz nawet tam go nie widywano.

Właściwie jedynym wyjściem było próbować drogi morskiej. Ktoś przeczytał w przewodniku, że do Dar es-Salaam jest stąd 75 kilometrów. Z pewnością statkiem to przyjemna podróż, ale skąd wziąć statek? Łódź też nie wchodziła w grę. Nie można było wtajemniczać tutejszych właścicieli łodzi, bo albo siedzieli w więzieniach (jeżeli w ogóle żyli), albo baliby się czy mogliby donieść. Przede wszystkim istniało niebezpieczeństwo, że niedoświadczeni i przypadkowi ludzie marszałka polnego, rozproszeni wzdłuż całego brzegu, jeżeli zobaczą łódź, zaczną do niej strzelać – nikt nad nimi na dobrą sprawę przecież nie panował.

W czasie naszej narady goniec przyniósł z pocztą nową depeszę. Redakcja ponaglała Johna: wojska zajęły już lotniska i budynki rządowe, a premierzy trzech krajów gdzieś zniknęli, być może ukrywają się, ale nie jest pewne, czy jeszcze żyją. Słuchaliśmy tych sensacji i – uwięzieni na wyspie – zaciskaliśmy zęby z bezradności i wściekłości. Tak naprawdę narada skończyła się niczym. Pozostało jedno: czekać. Dwóch Anglików – Peter z Reutersa i Aidan z Radia Tanganika – poszło do miasta szukać swoich pobratymców i próbować z ich pomocą znaleźć wyjście. Zdesperowani czepialiśmy się już każdej szansy.

Pod wieczór Peter i Aidan wrócili i zwołali nową naradę. Znaleźli pewnego starego Anglika, który postanowił stąd wyjechać przy najbliższej okazji i chce sprzedać łódź motorową w dobrym stanie. Łódź stoi niedaleko, w porcie, w bocznym, ustro

– Murzyn to jest Murzyn. Co jak co, ale spać to on musi.

– Kiedy minie pomoc, uruchomimy silnik i zaczniemy uciekać. Noce są teraz takie ciemne, że nawet gdyby próbowali strzelać, wątpliwe, czy w nas trafią.

Kiedy skończyli, zapadło milczenie. Potem odezwały się pierwsze głosy. Jak to zwykle, znaleźli się zwole

Wieczorem przyszedł drobny, siwy pan ubrany w tradycyjny strój brytyjskich urzędników kolonialnych: w białą koszulę, szerokie białe szorty i białe podkolanówki. Poszliśmy za nim. Ciemności były tak gęste, że ledwie migotała przed nami jego niewyraźna sylwetka: to pojawiając się, to znikając, jak zjawa. W końcu poczuliśmy pod nogami deski – z pewnością byliśmy na molo. Teraz szeptem stary powiedział, żebyśmy schodzili po stopniach do łodzi. Po jakich stopniach? Do jakiej łodzi? Nic nie było widać. Ale kolonialista nalegał, jego głos nabrał tonów rozkazujących, a poza tym, gdzieś w pobliżu mogli czaić się ludzie marszałka polnego. Mark, Australijczyk, duże, masywne chłopisko o szerokiej, poczciwej twarzy, schodził pierwszy, gdyż jeszcze w czasie narady utrzymywał, że umie żeglować i może poprowadzić łódź. On też miał klucz do łańcucha, którym łódź była przypięta do mola, i wiedział, jak uruchomić silnik. Kiedy Mark trafił stopą w dno łodzi, rozległ się plusk i wszyscy syknęli, żeby ciszej! Ciszej! Schodziliśmy teraz po kolei: Anglicy – Peter i Aidan, Niemiec – Thomas, Amerykanin – John, Włoch – Carlo, Czech – Jarek, i ja. Każdy po omacku starał się ustalić kształt łodzi, wyczuć ręką brzeg burty i to, jak są rozmieszczone grodzie, a następnie usiąść gdzieś na ławeczce albo po prostu rozłożyć się wygodnie na dnie.