Страница 8 из 56
I
U i
Spółkowanie tych wszystkich Indów, których wymieniłem, odbywa się publicznie jak u zwierząt; i wszyscy mają prawie tę samą barwę skóry co Etiopowie. Ich nasienie rodne, którym zapładniają kobiety, nie jest białe, jak u i
Potem pojechałem jeszcze do Madrasu i Bangalore, do Bombaju i Chandigaru. W miarę tej podróży nabierałem przeświadczenia o deprymującej beznadziei tego, co robię, o niemożności poznania i zrozumienia kraju, w którym jestem. Indie są takie wielkiej Jak opisać coś, co, jak mi się wydawało, nie ma granic, nie ma końca?
Dostałem bilet powrotny z Delhi, przez Kabul, Moskwę, do Warszawy. Do Kabulu doleciałem, kiedy zachodziło słońce. Intensywnie różowe, aż fioletowe niebo rzucało ostatnie blaski na otaczające dolinę ciemnogranatowe góry. Dzień dogasał, pogrążał się w zupełnej, głębokiej ciszy – była to cisza krajobrazu, ziemi, świata, której nie mógł zmącić ani dzwonek zawieszony u szyi osiołka, ani drobny trucht przechodzącego obok baraku lotniska stada owiec.
Policja zatrzymała mnie, ponieważ nie miałem wizy. Nie mogli odesłać mnie z powrotem, gdyż samolot, który mnie tu przywiózł, od razu odleciał, na pasie startowym nie byfo żadnej i
Raptownie ściemniło się i od razu zrobiło się zimno. Dygotałem, bo przyleciałem prosto z tropiku i byłem tylko w koszuli. Strażnik przyniósł drewna, chrustu, suchej trawy i na płycie rozpalił ognisko. Dał mi swój płaszcz, a sam okrył się wysoko, aż po oczy, ciemną wielbłądzią derką. Siedzieliśmy naprzeciw siebie bez słowa, nic nie działo się dookoła, gdzieś daleko odezwały się świerszcze, a potem, jeszcze dalej, zawarczał silnik samochodowy.
Rano przyjechali policjanci i przywieźli ze sobą starszego mężczyznę handlowca, który w Kabulu kupował bawełnę dla łódzkich fabryk. Pan Bielas obiecał zająć się wizą, był tu już jakiś czas, miał znajomości. Rzeczywiście, nie tylko załatwił wizę, ale przyjął mnie do swojej willi, zadowolony, że nie będzie mieszkał sam.
Kabul to pył i pył. Doliną, w której leży miasto, przeciągają wiatry, które niosą z okolicznych pustyń tumany piasku, wszystko przykrywa i wszędzie wciska się jasnobrunatna, szarawa zawiesina, opadająca tylko w tych godzinach, kiedy wiatry cichną,;i powietrze robi się przejrzyste, krystalicznie czyste.
Każdego wieczoru ulice wyglądają tak, jakby odbywało się na nich spontanicznie zaimprowizowane misterium. Bo ciemności, jakie tu panują, rozświetlają tylko płomyki kaganków palących się na ulicznych straganach, lampki i łuczywa, których chwiejny i ruchliwy blask oświetla tandetne i ubogie towary rozkładane przez sprzedawców wprost na ziemi, na skrawkach jezdni, na progach domów. Między tymi rzędami światełek przesuwają się w milczeniu ludzie, postacie zasłonięte, popędzane chłodem i wiatrem.
Kiedy samolot z Moskwy zaczął zniżać się nad Warszawą, mój sąsiad drgnął, chwycił rękoma za poręcze fotela i zamknął oczy. Miał szarą, zniszczoną, pooraną bruzdami twarz. Zleżały, tani garnitur wisiał luźno na chudej, kościstej postaci. Ukradkiem, kątem oka spojrzałem na niego. Zobaczyłem, jak po policzkach zaczynają mu płynąć łzy. I za chwilę usłyszałem tłumiony, ale wyraźny szloch.
– Przepraszam – powiedział do mnie. – Przepraszam. Ale nie wierzyłem, że wrócę.
Był grudzień 1956. Ludzie ciągle wracali z gułagów.
Rabi śpiewa upaniszady
Indie były moim pierwszym spotkaniem z i
wiedzą, nieoczytaniem, ignorancją. Przekonałem się, że i
Pierwszą reakcją na tę naukę, z której wynikała konieczność wielkiej pracy nad sobą, była ucieczka w kraj, powrót do miejsc znanych, swojskich, rodzi
doświadczenia wspólnota.
Ale, oczywiście, Indie zapamiętałem. Im większy był mróz, tym chętniej myślałem o upalnej Kerali, im szybciej zapadał zmrok, tym wyraźniej powracał obraz olśniewających wschodów słońca w Kaszmirze. Świat nie był już jednolicie mroźny i śnieżny, ale podwoił się, zróżnicował: był jednocześnie mroźny i upalny, białośnieżny, ale i zielony, rozkwiecony.
Jeżeli miałem trochę czasu (bo pracy w redakcji było mnóstwo) i odrobinę grosza (niestety, rzadki wypadek), szukałem książek o Indiach. Ale wyprawy do księgarń i antykwariatów kończyły się najczęściej fiaskiem. W księgarniach nie było nic. Raz dostałem w antykwariacie wydany w 1914 roku Zarys filozofii indyjskiej Pawła Deussena. Profesor Deussen, jak przeczytałem, wielki indolog niemiecki i przyjaciel Nietzschego, tak objaśnia istotę filozofii Hindusów: „Świat to maya, złudzenie – pisze. – Wszystko jest złudne, z jednym wyjątkiem, z wyjątkiem mego własnego ja, mego atmana… Żyjąc, człowiek czuje się wszystkim, więc nie może pożądać niczego, bo ma wszystko, co mieć można, i ponieważ czuje się wszystkim, nie będzie krzywdził nikogo i niczego, bo nikt nie krzywdzi sam siebie".
Deussen gani Europejczyków: „lenistwo europejskie – ubolewa – stara się uchylić od studiów nad filozofią indyjską", może zresztą dlatego, że w ciągu czterech tysięcy lat swojego nieprzerwanego istnienia i rozwoju filozofia ta jest tak gigantycznym i niezmierzonym Światem, że onieśmiela i paraliżuje każdego śmiałka i entuzjastę, który chciałby ją objąć i zgłębić. W dodatku w hinduizmie sfera niepojmowalnego jest bezgraniczna, a wypełniająca ją różnorodność oparta jest na najbardziej oszałamiających, przeczących sobie nawzajem, gwałtownych kontrastach. Wszystko tu naturalnym sposobem przechodzi w swoje przeciwieństwo, granice rzeczy doczesnych i zjawisk mistycznych są pły