Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 47 из 56

Kotwica

Ciągle nad Morzem Śródziemnym, morzem Herodota, z tym że w jego wschodniej części, tam gdzie Europa styka się z Azją i gdzie oba kontynenty łączą się ze sobą siecią łagodnie ukształtowanych, słonecznych wysp, których ciche, spokojne zatoki zachęcają żeglarzy do odwiedzin i postoju.

Wódz Persów Mardonios opuszcza zimowe leże w Tesalii i wyrusza na południe, spiesznie wiedzie swoją armię przeciw Atenom. Kiedy jednak przybywa do miasta, nie zastaje w nim jego mieszkańców. Ateny są zniszczone i puste. Ludność wyemigrowała, schroniła się w Salaminie. Wysyła więc tam swojego człowieka, niejakiego Murychidesa, aby ponownie przedłożył Ateńczykom propozycję poddania się bez walki i uznania króla Kserksesa za swojego władcę.

Murychides przedkłada ją najwyższej władzy ateńskiej -Radzie Pięciuset – a obradom tego zgromadzenia przysłuchuje się w tym czasie tłum Ateńczyków. Wszyscy słuchają, jak zabiera głos jeden z jej członków, imieniem Lykidas, mówiąc, że jego zdaniem lepiej byłoby przyjąć pojednawczą ofertę Mardoniosa i jakoś ułożyć się z Persami. Usłyszawszy to, Ateńczycy wybuchają gniewem, obstępują mówcę i kamienują go na miejscu.

Zatrzymajmy się chwilę przy tej scenie.

Jesteśmy w demokratycznej Grecji, dumnej z wolności słowa i ze swobody myśli. I oto jeden z obywateli wypowiada publicznie swoje zdanie. Natychmiast podnosi się krzyk! A Lykidas po prostu zapomniał, że trwa wojna, a jeśli jest wojna, to wszystkie swobody demokratyczne, wolność słowa idą w kąt. Wojna bowiem rządzi się i

Więc ledwie Lykidas kończy swoje wystąpienie, a już go uśmiercają. Można sobie wyobrazić, jak zirytowany, pobudzony i znerwicowany był słuchający go tłum. Byli to ludzie, którym armia perska deptała po piętach, którzy stracili już pół kraju, stracili swoje miasto. W miejscu, gdzie obraduje Rada i tłoczą się gapie, nietrudno o kamienie. Grecja jest krajem kamienia, wszędzie go pełno. Wszyscy po nim stąpają, wystarczy się schylić. I to się właśnie dzieje! Każdy sięga po najbliższy, najbardziej poręczny kamień i wali w Lykidasa. Ten prawdopodobnie z początku krzyczy, przerażony, a potem zlany krwią, jęczy z bólu, kuli się, rzęzi, błaga o litość. Ale na próżno! Tłum w stanie furii, w stanie obłędu i szału już nie słyszy, nie myśli, nie jest w stanie się zatrzymać. Ochłonie dopiero, kiedy Lykidasa ukamienuje, przemieni w miazgę, zmusi do milczenia na zawsze.

Ale nie koniec na tym!

Herodot pisze, że kiedy niewiasty ateńskie dowiedziały się o całym zajściu, zachęcając się nawzajem i zabierając jedna drugą, po-szły z własnego popędu do domu Lykidasa i ukamienowały jego żonę

i dzieci.

Żonę i dzieci! A cóż wi

coś o tych Persach? I że rozmawianie z nimi było czymś naga

Los Lykidasa pokazuje, jak ostry, bolesny i budzący wielkie emocje był wśród Greków problem kolaboracji z najeźdźcą. Co robić? Jak się zachować? Co wybrać? Współpracować czy stawiać opór? Rozmawiać czy bojkotować? Układać się i próbować przeżyć czy wybrać gest heroiczny i polec na polu chwały? Trudne, jątrzące pytania, dręczące dylematy.

Wobec tej alternatywy Grecy są cały czas podzieleni, a te podziały nie ograniczają się do dyskusji i słownych utarczek. Walczą ze sobą zbrojnie, na polach bitewnych, Ateńczycy z Tebanami, Fokijczycy z Tesalami, skaczą sobie do gardeł, wydłubują oczy, obcinają głowy. Żaden Pers nie wywołuje u Greka tyle nienawiści, co drugi Grek, tyle że z przeciwnego obozu czy skłóconego z nim plemienia. Może dochodzą tu do głosu jakieś kompleksy, winy, zaprzaństwa, zdrady? Utajone lęki, strach przed klątwą bogów?

W każdym razie do nowej konfrontacji dojdzie już niedługo, w dwóch ostatnich bitwach tej wojny, stoczonych pod Platejami i Mykale.

Najpierw – Plateje. Otóż kiedy Mardonios stwierdził, że Ateńczycy i Spartanie nie ugną się i nie pójdą na ustępstwa, zrównał Ateny z ziemią i wycofał się na północ, na ziemie kolaborujących z Persami Tebańczyków, gdzie płaski i równy teren był dogodny dla sztandarowej formacji Persów – ciężkiej ko

poczucie, że zbliża się chwila wielka, chwila rozstrzygająca i śmiertelna. Płynęły dni, a obie strony tkwiły w zatrważającym, obezwładniającym bezruchu, pytając bogów – każda swoich -czy to odpowiednia chwila, aby zacząć bitwę, ale odpowiedź była, że – nie.

W któryś z tych dni jeden z Tebańczyków, Grek kolaborant Attaginos urządza ucztę dla Mardoniosa, na którą zaprasza pięćdziesięciu najznamienitszych Persów i tyluż prześwietnych Tebańczyków, sadzając każdą parę Pers-Tebańczyk na osobnej sofie. Na jednej z tych sof siedzi Grek Tersander, a obok niego Pers, którego nazwiska Herodot nie podaje. Obaj razem jedzą i piją, aż w pewnym momencie Pers, wyraźnie nastrojony refleksyjnie, pyta Tersandera: – Czy widzisz tych ucztujących Persów i wojsko, które zostawiliśmy obozujące nad rzeką? Persa musiały dręczyć jakieś złe przeczucia, bo mówi do Greka: – Z tych wszystkich po upływie krótkiego czasu zobaczysz tylko garstkę pozo-stałą przy życiu. To rzeki ów Pers i równocześnie obficie zalewał się łzami. Tersander, starając się powstrzymać szloch najwyraźniej upijającego się na smutno Persa, a sam jeszcze trzeźwy, mówi do niego bardzo rozsądnie: – Czyż więc nie wypada powiedzieć tego Mardoniosowi i ludziom z jego najbliższego otoczenia? Na co jednak Pers odpowiada brzmiącym tragicznie, ale jakże mądrym zdaniem: – Mój przyjacielu, co ma się stać z woli boga, tego nie może odwrócić człowiek; jako że nikt nie chce słuchać tych, którzy mówią prawdę. Przecież wielu Persów wie dobrze o tym, co przed chwilą powiedziałem, a jednak zniewoleni koniecznością, czynimy to, co czynimy. Dla człowieka nie ma większego bólu do zniesienia niż ten, kiedy wszystko widzi, a nic nie jest w stanie uczynić.

Wielką bitwę pod Platejami, która skończy się klęską Persów i na długo zdecyduje o panowaniu Europy nad Azją, poprzedzają drobne potyczki, w których jazda Persów atakuje broniących się Greków. W jednej z nich ginie faktyczny zastępca

dowódcy wojsk perskich – Masistios. Podczas ataku jazdy szwadronami koń Masistiosa, wyprzedzając i

Teraz wybucha zażarta walka wokół zwłok. Zwłoki wodza są świętością. Uciekający Persowie walczą, aby je ze sobą unieść. Walczą na próżno. Pokonani, wracają do obozu. Po przybyciu jazdy do obozu pogrążyło się w żałobie po Masistiosie całe wojsko, a najbardziej Mardonios; ostrzygli sobie włosy, ostrzygli sierść koniom i bydlętom jucznym i wznieśli tak potężny lament, że w całej Beocji rozbrzmiało echo, bo zginął mąż, który po Mardoniosie cieszył się największym uznaniem u Persów i u króla.