Страница 49 из 84
– Maksio! A co ty tu robisz?
Z forda wyjrzała najpierw przepiękna głowa o kształcie patrycjuszowskim, a potem wypadł z impetem przecudnej urody oficer, bardzo bogato udekorowany galonami. Pańskim gestem nakazał wartownikowi otwarcie spornej bramy, przy czym Ewa musiała jednak nieco się odsunąć. Uczyniła to i też wypadła z impetem z samochodu. Po czym zrobili z cudnym oficerem niedźwiedzia, chichocząc i pokrzykując. Trochę to trwało, przez ten czas my z Krysią stanęłyśmy obok, a spłoszony wartownik pogadał z kimś tam przez interkom.
– Dziewczyny – powiedziała lekko zasapana Ewa, wydobywając się z uścisków wspaniałego oficera – to mój ukochany przyjaciel i ulubiony narzeczony, którego nie widziałam od czasów maturalnych. On jest książę. Maksiu, czy ty tu może jesteś dowódcą?
– Jeszcze nie – rzekł dyplomatycznie Maksio. – Panie pozwolą że się przedstawię: Maksymilian Pfaffenhoffen, do usług!
– Bardzo nam miło – powiedziałyśmy jednym głosem, po czym z Kryśką wymieniłyśmy nazwiska. Byłyśmy olśnione zarówno aparycją pana Maksia, jak i jego książęctwem, które w oczy biło.
– Maksiu – Ewa błyskawicznie wyciągnęła z torebki wizytówkę – musisz do mnie zadzwonić! Musimy się spotkać! Tylko że my teraz mamy interes do twojego szefa i już pędzimy, bo tempus fugit, a nie wypada się spóźniać. Co ty w ogóle jesteś – tu wskazała na imponujące galony – admirał?
– Tylko komandor porucznik. – Maksio uśmiechnął się mile. – Chyba to po was?
Wartownik najwidoczniej zawiadomił kogo trzeba, bo w naszym kierunku zdążał kolejny przepiękny oficer z mniejszą nieco ilością złota na rękawach. Pożegnałyśmy się spiesznie z olśniewającym, księciem komandorem Maksiem, który wycofał szybko forda, aby Ewka mogła jednak wjechać na parking dowództwa flotylli.
Istotnie, był to wysła
Ostatni kapitan zastukał do drzwi ze złotą tabliczką i oczom naszym ukazał się nadzwyczaj przystojny starszy pan, z którego postaci biło dostojeństwo i powaga. Chichot zamarł nam w krtani.
Pan admirał przedstawił się nam z niebywałym szacunkiem połączonym z galanterią. Niemal usłyszałam szelest własnej krynoliny, wlokącej się za mną po dywanie… Boże, żaden z naszych kolegów tak nie potrafi! No, może jeden Maciek. Ale on nie stwarza takiego dystansu. W ciągu sekundy przeistoczyłyśmy się z lekko zwariowanych kobitek z telewizji w prawdziwe, stuprocentowe damy. Oczywiście, najłatwiej przyszło to Ewie, która w końcu jest hrabiną.
Obie z Krysią starałyśmy się dostosować. Sposób bycia pana admirała sprawiał, że po prostu nie można było z nim tak rozmawiać, jak do tego przywykłyśmy na co dzień. Absolutnie niemożliwe było również używanie technicznego języka telewizyjnego!
Weszliśmy do gabinetu dowódcy i usiedliśmy za stołem. Kapitan adiutant był wciąż obecny. Stał, wyraźnie na coś czekając.
– Czy pozwolą panie, że zaproponuję małą kawę albo może herbatę, jeśli panie sobie życzą? – Pan admirał zawiesił głos.
Panie pozwoliły. Kawę.
Pan kapitan skłonił głowę i wyszedł.
A my, zgodnie z zasadą, że o interesach nie mówi się tak od razu – no i zgodnie z naszym zamierzeniem (powi
– Nie pretenduję do miana znawcy – odparł skromnie pan admirał. – Uważam jednak, że powi
– Widzę tu obraz naszego wspólnego znajomego, pana Emanuela Bielskiego – powiedziałam, spoglądając na ścianę nad biurkiem dowódcy. – To świetny marynista, prawda?
– Tak, to prawda. Drugi jego obraz mam w domu. Państwo się znają?
– Oczywiście. We wrześniu byliśmy na tym nadzwyczajnym wernisażu w bunkrach. Emanuel twierdził, że gdyby nie pomoc pana admirała, nie mogliby zrobić tego tak efektownie.
W tym momencie rozległo się lekkie pukanie, drzwi się otworzyły i wszedł pan kapitan z tacą. Na tacy firmowa zastawa marynarki woje
Przy kawce jeszcze trochę pogaworzyliśmy sobie mile na tematy artystyczne. Swoboda bycia Ewki okazała się nieoceniona. Zresztą wszystkie trzy usiłowałyśmy oczarować admirała – chociaż w części tak, jak on nas oczarował od pierwszego kopa. Przepraszam: od pierwszego wejrzenia… Na ścianach wisiało parę różnych obrazków, wymieniliśmy więc na ich temat uwagi, niektóre były malowane wyraźnie przez dzieci, więc znowu pogadaliśmy o dzieciach, stąd już blisko było do Orkiestry, w końcu odważyłam się wypuścić próbną strzałę:
– Panie admirale… skoro już mówimy o konieczności pomocy dzieciom, ciekawa jestem, jakie jest pańskie zdanie na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Bo wiemy, że wielu ludzi żywi wątpliwości, traktuje to jak żebractwo…
– Och, nie. – Admirał wzdrygnął się ledwie dostrzegalnie. – Na pewno nie żebractwo. Myślę, że to bardzo dobra akcja, cokolwiek by o niej mówiono. Pomagaliśmy już przy niej parokrotnie.
– To cudownie – ucieszyła się otwarcie Ewa – bo my mamy do pana admirała wielką prośbę o pomoc… właśnie w związku z Orkiestrą!
– Dla pań wszystko – powiedział admirał dwornie. – Czy mogę wiedzieć, czegóż to panie sobie życzą?
– Niedużo, panie admirale. – Krysia spuściła skromnie oczęta. – Tylko jeden okręt.
Admirał uniósł jedną brew i się uśmiechnął.
– Jeśli nie chcesz mojej zguby, kanonierkę daj mi luby – zadeklamował. – O różne rzeczy już kobiety mnie prosiły… A na co paniom okręt?
– W zasadzie dla dekoracji – powiedziałam. – Ale nie tylko. Ponieważ robimy transmisję z koncertu na plaży w Niechorzu, pomyśleliśmy sobie w gronie kolegów, że byłoby cudownie, gdyby taki okręt do nas mógł dopłynąć. Oczywiście jeżeli by to było możliwe z technicznego punktu widzenia. I ten okręt by zacumował przy pirsie, i był tam aż do wieczora. My byśmy zapowiadali jego przybycie na antenie, potem pokazalibyśmy, jak do nas płynie, potem można by zrobić wywiad z jego dowódcą, potem stałby przy tym pirsie i ludzie by go podziwiali, a na końcu wziąłby udział w Światełku do Nieba, jeszcze nie wiemy w jaki sposób, ale na pewno można by ustawić na pokładzie załogę z pochodniami.
Dopiero kiedy to wszystko powiedziałam, zrobiło mi się głupio. Boże, czego my wymagamy od normalnych ludzi! Ewa też pewnie pomyślała coś w tym rodzaju, bo zaczęła agitować:
– Zależy nam na tym, żeby pokazać, jak wielu ludzi chce pomóc dzieciom… A i dla marynarki to jest korzystne ze względu na publicity… – Zamilkła.
Admirał zastanawiał się głęboko.
– To by nie musiał być największy okręt na świecie – pospieszyła z informacją Krysia. – Nam wystarczy nawet taki mały kuter. A już będzie wiadomo, że marynarka woje
– Hm – powiedział admirał – mały kuter… Nie, nie… Ja sądzę że przyślemy okręt minowo-desantowy, tylko musimy najpierw sprawdzić, czy w ogóle będzie można do was dopłynąć. Proszę pań, umówmy się tak: najpierw zadamy pracę domową naszym specjalistom, zbadamy warunki hydrograficzne, policzymy wszystko, a jeżeli się tylko da, to okręt do was tam przypłynie.
Spojrzałyśmy po sobie z niedowierzaniem. On się po prostu zgodził!
– Panie admirale… – zaczęłam z uczuciem.