Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 28 из 84

– Posłuchaj mnie, córeczko.

Zaparło go znowu. Trochę mnie wzruszył tą córeczką, ale czekałam na ciąg dalszy. I ciąg dalszy nastąpił.

– Powi

– Coś ty powiedział?!

– To, co słyszałaś. Dziecko powi

– Tato, nie jest możliwe, żebyś mówił poważnie…

– Jak najpoważniej. Powi

– Rany boskie. Ale nie tą metodą. Czy to jest też mamy zdanie?

– Nie pytałem jej. To znaczy o metodę. Ale ona też uważa, że powi

Boże mocny, ojciec to mówił jak najpoważniej.

– Tato, ale przecież z ogłoszenia może się trafić jakiś męt.

– Rozpoznam męta. Mam doświadczenie.

Ja chyba śnię.

– Tato, więc ty uważasz, że mam wyjść za pierwszego lepszego faceta, do którego nic nie czuję, którego właściwie nie znam i który jest mi najzupełniej obojętny tylko po to, żeby mieć tatusia do dziecka?

– Tak. Tak będzie najwłaściwiej. Jeżeli masz choć odrobinę odpowiedzialności, pójdziesz za moją radą. Ja ci pomogę. Dam to ogłoszenie w twoim imieniu.

– Ani się waż tato! Nie życzę sobie, żebyś cokolwiek robił w moim imieniu. Od piętnastu lat mam dowód osobisty i odpowiadam za siebie. I nie będziesz decydował o moim życiu. Ani o życiu mojego dziecka. Proszę, uważaj dyskusję za nieodwołalnie skończoną.

Wstał. Zważywszy na charakter fotela, udało mu się to zrobić nadspodziewanie majestatycznie.

– Taka jest twoja decyzja, Wiktorio?

– Taka. Nie wracajmy już do tego tematu.

– Dobrze. Jeżeli odrzucasz moją pomoc, odrzucasz również mnie i rodzinę. Będziesz musiała radzić sobie sama i sama wypić piwo, którego nawarzyłaś.

– Czy mówisz w imieniu całej rodziny? Mamy, Meli, Krzyśka?

– Mówię w imieniu rodziny, której jestem głową – odpowiedział uroczyście i enigmatycznie, z czego wywnioskowałam, że jeśli nawet mama wie o jego misji dziejowej, to na pewno nie wiedzą Krzysiowie. Tak czy siak, dolne rejony domu raczej mogę uważać za niedostępne dla siebie.

– Przykro mi to słyszeć – powiedziałam. – Liczyłam raczej na waszą pomoc, niż na takie dictum. Ale skoro tak, to będę musiała poradzić sobie sama. Nie wyobrażaj sobie, że przyjdę do ciebie prosić o łaskę. Mam jeszcze przyjaciół.

– Ale żadnego, który by cię chciał – dobił mnie kochany tatunio, odwrócił się, odstawił kieliszek z niedopitym koniakiem i poszedł sobie.

Wiedziałam od dawna, że kiedyś pożrę się z ojcem na dobre. Jakoś sobie poradzę.

Mam nadzieję, że mama i Mela nie odwrócą się ode mnie zadkiem jak troskliwy tatunio. No a Krzysia i Bartka jestem pewna.

Tak czy inaczej – jutro płyniemy. Liczę na to, że kotusiowi odrobina Bałtyku nie zaszkodzi. Ostatecznie on cały czas sobie pływa. Wolałabym tylko, żeby ta czwórka, która wieje, nie zamieniała się w nic poważniejszego. Czwórki też już nie lubię.

Czwartek, 9 listopada

Musieliśmy wystartować spod telewizji o szóstej rano. Było dość przyjemne powietrze jak na listopad, ale co i

Poubieraliśmy się jak na biegun północny. Paweł, stary narciarz, miał na sobie rozmaite ambitne gore – i i

Krysia była szalenie podekscytowana, ponieważ nigdy jeszcze nie pływała na kutrze rybackim.

– Taka łupinka, takie maleństwo – wydziwiała. – I toto nam zapewni bezpieczeństwo?

– Kryśka, sama chciałaś – przypomniał jej Paweł. – Sama się zapierałaś, że zrobisz dźwięk za Bereta, byleby tylko płynąć. To teraz nie gadaj.

– Muszę sobie chociaż pogadać – jęknęła Krysia. – Strasznie się boję!

– To po co jedziesz? – Marek nie mógł zrozumieć tak rażącego braku konsekwencji.

– Żeby spróbować.

No, rzeczywiście. To jest motywacja.

A po co ja się tam pcham, w czwartym miesiącu ciąży, kretynka?

Jak to po co? Chcę mieć dobry materiał. Te kanonierki wyłaniające się z mgły. Te dramatyczne rozmowy przez radio. Pycha. Pawełkowi też oczy się świecą. Jeżeli nie umrzemy tam z choroby morskiej, to będziemy mieli obrazki marzenie wariata.

Jedyne, czego się boję naprawdę, to choroba morska. Zatonięcia kutra z załogą i gośćmi nie przewiduję, oni wychodzą w gorszą pogodę, ci rybacy, ci wspaniali mężczyźni na swoich pływających gruchotach. A Wojtyński prawdopodobnie ma kutry o jakiej takiej sprawności technicznej. Ciekawe, czy sam stanie za sterem. Jeżeli nie, to może da się nam namówić? I zagra?

Uśpiły mnie te myśli. Ekipa już chrapała.

Obudziliśmy się jakoś tak synchronicznie, wszyscy razem, koło Międzyzdrojów. Krysia stwierdziła, że jej strach się pogłębia, zarządziła więc po łyku dla kurażu i wyciągnęła z torby wolnocłowego ballantine’a.

– Wicia nie powi

Chlapnęli sobie z Pawełkiem, po czym Krysia butelkę schowała. Dojeżdżaliśmy do promu, Marek, zamiast na prom dla obcych, pojechał na miejską przeprawę, bo czas nam się kurczył, a Krysia zobowiązywała się załatwić z żeglugą, że nas przepuszczą.

Jak ona robi te rzeczy, nie wiem. Ale jako kierownik produkcji umie załatwić wszystko. Powi

Teraz też dopadła faceta przy trapie i zaczęła coś gadać, rękami czyniąc dramatyczne gesty. Facet, który najpierw kręcił głową, w miarę przemowy naszej kierowniczki przestawał nią kręcić, a zaczynał kiwać. Potem zagadał coś do swojego walkie-talkie i z gestów obojga Marek wywnioskował, że możemy wjeżdżać.

Wjechaliśmy. Krysia wsiadła. Zadzwoniło. „Bielik III” ruszył. Nad Świnoujściem wstawał ścierkowaty dzień.

– Kręć, Pawełku – powiedziałam. – Parę obrazków z góry miasto, basen rybacki, jeżeli złapiesz…

Paweł skinął głową, wziął kamerę, statyw i Marka i poszedł na pomost przy sterówce.

– Słuchaj, Wicia – zapytała mnie znienacka Krysia – a ty się naprawdę nie boisz?

– Trochę się boję. Ale widzisz, ja wierzę w człowieka. To tak samo, jak latałam samolotami albo śmigłowcem. Wychodzę z założenia, że pilot nie samobójca, będzie chciał wylądować. Rybak tak samo. Najwyżej puścimy pawia.

– Ale czy to dziecku nie zaszkodzi?

– Nie miałam czasu się zastanawiać, mam nadzieję, że nie, bo co się może stać? Za to mam teraz i

– Powiesz?

– Powiem, czemu nie. Tatunio mnie wypisał z rodziny. Powiedział, że mam sobie sama radzić, ponieważ nie przyjęłam jego propozycji pomocy.

– Nie przyjęłaś propozycji pomocy? Zwariowałaś?

– Wiesz, na czym miała polegać ta pomoc? – Niespodziewanie dla siebie samej zaczęłam się śmiać. – Ojciec zaofiarował się, że w moim imieniu da ogłoszenie matrymonialne do gazet, żeby moja dzidzia miała jednak tatusia.

Oczy Krysi powiększyły się znacznie.

– Poważnie? To jak to miało brzmieć?

– Przystojna trzydziestka w stanie błogosławionym pozna odpowiedniego pana…

Obie wpadłyśmy w chichot…

– Koniecznie dobrze sytuowanego…

– I z dobrym charakterem…

– Żeby lubił dzieci…

– I żonę…

– A nie, o lubieniu żony mowy nie było. Chodziło tylko o tego tatusia, bo kobieta sama dziecka nie wychowa, co najwyżej degenerata.

– O Jezu. I co, odstawili cię od rodzi